Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

przemyślenia

Statystyka, krew do macy i ruchy antynaukowe

sczachor

macaW życiu codziennym, ale także i w nauce, nastawieni jesteśmy na sukcesy. Pokazujemy głównie to, co się udało, zapominając o niepowodzeniach. Tymczasem to, co zakryte, owe niepowodzenia, są niezwykle ważne by w pełni zrozumieć to, co widać. Czyli nasze sukcesy.

Statystyka pozwala zobaczyć to, czego gołym okiem nie widać. Wyławia z wielości to, co jest najistotniejsze. Ale jednocześnie ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini: niby cała rozebrana, ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Obok wykres z artykułu, jeden z kilku tam zamieszczonych. Dotyczy opinii Polaków. Trudno jest je badać, bo można to robić za pomocą ankiet. Ale czy odpowiadający rozumie pytanie i czy odpowiada tak, jak myśli czy raczej tak, jak chciałby być widziany/odbierany/oceniany? To już zmartwienie naukowców jak poznać, to co nie jest na zewnątrz widoczne. Zazwyczaj jednak wykonujemy wiele różnych analiz statystycznych a pokazujemy w publikacji jedynie te, które "nam wyszły". Tych "odrzuconych" nie upubliczniamy (nauka opiera się na wielu porażkach, pomysłach, błędach).

Według wyżej prezentowanych danych jakiś odsetek ludzi ankietowanych w Polsce uważa, że dawniej Żydzi porywali dzieci chrześcijan, by po zamordowaniu pobrać krew, potrzebną do macy. Sam w dzieciństwie coś takiego słyszałem na podwórku, obok innych legend miejskich o czarnej wołdze itd. To, że jest jakiś odsetek ludzi wierzących (ekscytujących się) w takie fantasmagorie to nic dziwnego. Wszak są i zwolennicy płaskiej Ziemi, spisku reptilian, ilumiatów i wielu innych. Lubimy sensacje i ekscytujące plotki, nawet jeśli do końca w ich prawdziwość nie wierzymy. Pochodzą z czasów, gdy nie było telewizji i licznych książek (horrorów, sensacji itd.). I można by przejść do porządku dziennego, wzruszyć ramionami. Ale jest coś niepokojącego. Po pierwsze odsetek takich osób oraz to, że liczba wierzących w takie fake newsy w ostatnich kilku latach znacząco wzrosła (tak wynikałoby z załączonego wykresu). Czy dzieje się coś niedobrego? Jak interpretować te dane? I tym pytaniem dochodzimy do porównania z dziewczyną w bikini. Czego nie widać? Po pierwsze czy takie dane są wiarygodne i reprezentatywne. Na jakiej próbie przeprowadzono badania, jakimi metodami i jak wyciągano wnioski. Pozwoliłoby to wyciągnąć konstatacje czy i jak zebrane dane można interpretować i jak uogólniać.

Przyjmijmy, że te dane są wiarygodne i reprezentatywne. Cóż one znaczą? Możliwości interpretacji takich wycinkowych danych jest wiele. Ja pomyślałem o dwóch (co wcale nie zamyka możliwości formułowania innych hipotez). Po pierwsze wskazywałoby to na wzrost nastrojów antysemickich. Bo komuś, kogo nie lubimy, łatwiej przypiszemy złe cechy, nawet jeśli są fantastyczne. Człowiek myśli emocjami i to one zniekształcają obserwowaną rzeczywistość. Dlatego w nauce metodologia zmierza do tego, by wyeliminować emocje i aby wyniki badań i obserwacji było jak najbardziej obiektywne (temu służy min, powtarzalność wyników i eksperymentów).

Ale wróćmy do domniemanego wzrostu antysemityzmu w ostatnich latach w Polsce. Skąd miałby się brać, skoro Żydów praktycznie u nas nie ma? Pozostałość nastrojów i stereotypów sprzed 70-80 lat? Zatem hipoteza ta wymagałaby dodatkowego sprawdzenia – szukania innych „objawów” stanu ducha społecznego.

Druga hipoteza jest inna. Być może jest to ogólna tendencja wzrostu popularności ruchów antynaukowych (antyszczepionkowych, negujących antropogeniczne ocieplenie klimatu, antyewolucyjnych itd.). Zatem nie chodziłoby tylko o niechęć do Żydów (w sumie kultury żydowskiej nie znamy, jest dla nas obca, niezrozumiała) ale skłonność do uznawania za prawdziwe najróżniejszych koncepcji „magicznych”, fantastycznych i spiskowych. Ale i tę hipotezę należałoby sprawdzić (zweryfikować) innymi ankietami, eksperymentami itd. To nie są jedyne hipotezy, jakie można sformułować na podstawie załączonych danych statystycznych.

Z interpretacjami danych statystycznych trzeba być ostrożnym. Bo niby wszystko widać, ale przecież to co najważniejsze i tak jest zakryte. Po pierwsze zakryta jest teoria (paradygmat). Czyli całościowy zestaw faktów, koncepcji, hipotez, modelów. To w odniesieniu do tej całości odnosimy fragmentaryczne dane. I wydaje się nam, że pasują lub nie: tak jak pojedyncze puzzle w układance. Po drugie trzeba mieć więcej danych i to z różnych źródeł. Żeby odróżnić przypadkową zbieżność danych od rzeczywistej prawidłowości.

Nie wiem więc dokładnie jakie pewne i wiarygodne wnioski można wyciągnąć z wyrywkowych i pojedynczych danych statystycznych. Dodawanie krwi ludzkiej do macy… wydaje się niezwykle mało prawdopodobne (nie pasuje do paradygmatu). Przynajmniej nie w czasach nowożytnych. Etnografowie być może mogą wyjaśnić pochodzenie i uwarunkowania takiego mitu. Z kolei socjologowie mogą być może wyjaśnić utrzymywanie się takiego mniemania. A mnie niepokoi duży odsetek ludzi (blisko 25 %!), skłonnych dać wiarę w takie dziwactwa w wieku XXI ! W sumie groźne jest to ze społecznego punktu widzenia. W pewnych sprzyjających warunkach takie stereotypy przestają być ciekawostka socjologiczną czy etnograficzną i przekształcają się prześladowania, chuligańskie ekscesy czy nawet pogromy. Jest tak jak z organizmem - póki silny i zdrowy nic złego się nie dzieje ale kiedy wycieńczony i osłabiony wtedy nawet niegroźne bakterie czy wirusy mogą doprowadzić do ciężkiej choroby a nawet śmierci.

 

źródło ilustracji: https://oko.press/zydzi-porywali-dzieci-mace-polacy-coraz-czesciej-uwazaja-wstrzasajace-liczby/?fb_comment_id=1859790604096006_1860721390669594#f3882c3aedc0c6

Ps.1. A czy ktoś może wiem skąd się wziął ten zabobon o porywaniu dzieci i dodawaniu krwi do macy?

P.s. 2.Czy we współczesnych cukierniach też dodają syntetycznej „krwi” identycznej z naturalną (tu mała ironiczna aluzja do różnych syntetycznych dodatków do żywności, barwników, aromatów itd.)

Trzecia kultura a idea otwartego uniwersytetu

sczachor

26165647_1676648539062208_864880638777298770_nKiedy zmienia się szybko środowisko, to niektóre gatunki wymierają. Tak jak mezozoiczne dinozaury. Bez wątpienie w środowisku społecznym i edukacyjnym obecnie wiele się zmienia. Czy współczesne uniwersytety przetrwają (a jeśli tak, to w jakiej postaci)? Wracając do analogi z wymieraniem dinozaurów – nie wszystkie wymarły, niektóre przetrwały dzięki ewolucji. To ptaki, są liczne i powszechne. Zatem nie wszytko ginie, część się zmienia. To aluzja do tego, co zachodzi we współczesnej kulturze, edukacji i na nie tylko polskich uniwersytetach. Dlaczego i jak zachodzą te zmiany?

Coraz częściej i więcej pisze się i mówi o promocji nauki (i uniwersytetów) jak i popularyzacji wiedzy. Bez wątpienia działania te są słuszne. Ale w słowie „promocja” zawiera się trochę aspektów „chropowatych” – dlaczego niby promować wiedzę tak jak produkty w każdym biznesie i przedsiębiorstwie? Może wystarczy wynająć specjalistyczne firmy, zapłacić i nie zawracać sobie więcej głowy? Niech się zajmą fachowcy od marketingu. Z kolei popularyzacja wiedzy przez lata miała także pewien kontekst negatywny. Prawdziwi naukowcy są od uprawiania nauki a popularyzacją niech zajmą się jacyś dziennikarze, humaniści czy mniej zdolni naukowych. Przecież popularyzacja to mało twórcze zajęcie i podejście edukacyjne – prostymi słowy powiedzieć to, co już dawno wszyscy (w nauce) wiemy i od dawna jest w podręcznikach akademickich. Teraz tylko trzeba to zgrabnie opowiedzieć w czasopismach czy audycjach. Ale to nie jest przecież zadanie dla prawdziwych naukowców…

Na promocję nauki i popularyzację wiedzy można spojrzeć jednak inaczej, szerzej. Dlatego chcę mocniej położyć akcent na trzecią kulturę i pewne zjawiska, jakie zachodzą w kulturze i na uniwersytetach od kilku dziesięcioleci.

Jedno ze zjawisk w kulturze, kiedyś nazwane trzecią kulturą, teraz mocno objawia się w formie centrów naukowych, pikników naukowych, kawiarni naukowych czy naukowego blogowania. Trzecia kultura, narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w. a przynajmniej tam została dostrzeżona i nazwana. Według Johna Brockmana trzecia kultura to uczeni i myśliciele badający świat empirycznie (nauki empiryczne, nauki przyrodnicze). Trzecia kultura to naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, które od zawsze nurtują ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, jaki jest sens istnienia. Zaskakujące jest również to, że często prowadzą dialog z mistycyzmem i religią.

To nie jest walka przyrodników z humanistyką, Bogiem itd., ale tylko (częściowa) rezygnacja z pośrednictwa humanistów i dziennikarzy w opowiadaniu (relacjonowaniu) odkryć przyrodniczych i ich interpretacji. W szczególności w naukach empirycznych dzieje się bardzo dużo, ciągle pojawiają się nowe odkrycia, nowe hipotezy, nowe teorie. I to takie które, „nawet filozofom się nie śniły”, zmuszając do ponownego przemyślenia kwestii, które od dawna wydawały się raz na zawsze rozstrzygnięte. Od czasów rewolucji naukowej z XVI wieku proces ten nabiera przyspieszenia. Po wieku chemii i fizyki nadszedł wiek biologii. Zmiany i skala odkryć są tak duże, że podręczniki za tym nie nadążają (zbyt wolny cykl wydawniczy w stosunku do pojawiających się odkryć). W rezultacie ogólne kształcenie przyrodnicze w szkołach średnich i na studiach szybko się w części dezaktualizuje a wykształcony człowiek może mieć znaczące luki w wiedzy i rozumieniu współczesnego stanu wiedzy (niech za przykład posłużą tylko napisy na etykietach produktów spożywczych „bez GMO”). Dotyczy to także naukowców różnych specjalności (przykład z książką „Sapiens. Od zwierząt do bogów” z mocno zdezaktualizowanymi informacjami na temat ewolucji, człowieka i kultury).

Kiedyś to humaniści byli pośrednikiem w przekazywaniu, analizowaniu i upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej (całej wiedzy, w tym, i przyrodniczej). Wszystko w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Narastał coraz większy dysonans między przyrodnikami a humanistycznymi elitami. Pół wieku temu chemik fizyczny i pisarz w jednej osobie, Charles Snow w książce „Dwie kultury” trafnie to opisał. Zbyt szybki jest przyrost wiedzy, by mogli interpretować i przekazywać społeczeństwu humaniści (jedynie oni). To nie jest negowanie znaczenia humanistyki, to jest rezygnacja z nieporadnego pośrednictwa (coś na pewno trzeba zmienić). Bo przy gwałtownym przyroście wiedzy we wszystkich dyscyplinach oraz rosnącej specjalizacji naukowej wszyscy potrzebujemy stałego aktualizowania i przystępnego, jasnego popularyzowania wiedzy z innych dyscyplin. W oświeceniu można było być uczonym i mieć aktualną wiedzę o wszystkich badaniach z zakresu całej wiedzy. Teraz można być tylko wyspecjalizowanym naukowcem a wiedza ogólna wyniesiona przed laty ze szkoły (czy nawet studiów) jest mocno nieaktualna. Zmierzam do tego, że tak zwana popularyzacja i upowszechnianie wiedzy nie jest jak kiedyś przekazem (z pośrednictwem) od naukowców do zwykłych zjadaczy chleba a jest upowszechnianiem wiedzy dla wszystkich (także skierowana do naukowców). Jest bardziej dialogiem interdyscyplinarnym i wzajemnym aktualizowanie stanu wiedzy w różnych jej obszarach.

Wyodrębnione przez Snowa "dwie kultury" to kultura humanistów ("uczonych o literackiej proweniencji" – teoretycznie lepiej wprawionych w komunikacji międzyludzkiej, sprawniej i lepiej opowiadających i piszący, bo mówienie i pisanie to domena humanistów i ich warsztatu) oraz kultura przyrodoznawców, empiryków (naukowcy o chyba mniej sprawnej komunikacji, nie docierają co szerokiej publiczności, kiepsko mówią i kiepsko piszą – tak przynajmniej było, w pewnym uproszczeniu). Przyczyną narastającego od XIX wieku podziału stał się z jednej strony, burzliwy rozwój nauk ścisłych i techniki, z drugiej zaś konserwatyzm elit społecznych, z uporem lansujących tradycyjny, humanistyczny model kształcenia. Zajęte kiedyś pozycje elit intelektualnych były pilnie strzeżone przed nowymi „probówkarzami”, poruszającymi zasadnicze dla ludzkości kwestie. W zasadzie nowożytna nauka zaczęła się w Renesansie gdy uczeni przestali studiować jedynie księgi a zapragnęli sprawdzić w terenie jak wygląda mandragora, ssaki, ogień, Ziemia itd. Nie tylko analizować tekst z księgi ale sprawdzić w terenie i eksperymentalnie. Tak narodziła się współczesna rewolucja naukowa. Rola weryfikacji empirycznej stale rosła.

W połowie XX wieku C.P. Snow ujawnił narastający konflikt i wywołał ożywioną dyskusję. Sam pamiętam dyskusje (nie wiedząc nic jeszcze o książce „Dwie kultury) rozmowy z pewnym chemikiem – dziwiliśmy się, dlaczego niektórzy humaniści z dumą podkreślają publicznie, że nie znają się na fizyce, biologii czy chemii. A jednocześnie przyrodniczy raczej nie obnoszą się z faktem braków w lekturze Szekspira itd. Zatem nawet u nas trzeba się wstydzić braku znajomości teatralnej czy literackiej ale już nie ignorancji w zakresie wiedzy przyrodniczej.

Snow liczył na dialog i wzajemne zrozumienie obu kultur. Brockman poszedł niecierpliwie dalej, stworzył termin trzeciej kultury jako swoistej samodzielności komunikacyjnej przyrodników, tych którzy sami o swoich odkryciach piszą i mówią, wprowadzając je do obiegu ogólnospołecznego także w kontekście najważniejszych pytań ludzkości. Temu procesowi sprzyjało upowszechnienie się druku, podniesienie poziomu scholaryzacji i wzrost czytelnictwa. Wydaje się, że w wieku XXI procesy ujawniania się trzeciej kultury nabrały dynamizmu i powszechności. Stąd coraz częściej mówimy z afirmacją o promocji nauki czy popularyzacji wiedzy.

Ujawniony przez Snowa i Brockmana konflikt w kulturze w jakimś stopniu był tylko fragmentem szerszych zmian w społeczeństwie współczesnym. Po ich publikacjach narodziła się trzecia rewolucja technologiczna. We współczesnym świecie zmieniło się jeszcze więcej i jeszcze szybciej. Narodziły się zupełnie nowe formy komunikacji, skracające znacząco dystans między laboratorium a „szarym” obywatelem. Już w wieku XXI jak grzyby po deszczu powstawać zaczęły centra naukowe, upowszechniające naukę, pikniki i festiwale naukowe. Narodziła się zupełnie nowa jakość a w jakimś sensie tradycyjne uniwersytetu poczuły się zagrożone. Dzięki mobilnemu internetowi i upowszechniającej się coraz bardziej literaturze faktu dostęp do wiedzy jest tak duży jak nigdy wcześniej.

O jeszcze jednym czynniku chciałbym wspomnieć: znaczący wzrost liczby osób wykształconych na poziomie wyższym. Magistrów, licencjatów i inżynierów jest stanowczo za dużo, jeśliby wykształcenie wyższe traktować jako elitarne i zawodowe. Ale wystarczająco dużo jest przygotowanych odbiorców kultury naukowej, głodnych wiedzy o świecie (uniwersytet zmienia się z elitotwórczego i zawodowego na kulturotwórczy). Dostrzegliśmy edukację ustawiczną i pozaformalną. Uniwersytety albo dostrzegą tę szansę (i ewolucyjnie się zmienią), albo „wyginą”, to znaczy ich rola zostanie zmarginalizowana, np. przez zupełnie nowe formy upowszechniania wiedzy i edukacji.

Do tradycyjnej już misji uniwersytetów tworzenia nauki i standardowej dydaktyki (studenci w cyklach kilkuletnich) dodać trzeba coraz istotniejszą trzecią misję – misję społeczną, w tym edukację otwartą, pozaformalną. Twórcze uniwersytety otwierają się coraz bardziej, czego znamiennym przykładem jest chociażby siódma już ogólnopolska Noc Biologów, która odbędzie się 12 stycznia 2018 roku. Do tego trzeba zupełnie nowych form. W tej misji mieści się zarówno popularyzacja wiedzy jak i promocja nauki. Ale rozumiane nie jako proste działania marketingowe, mające zapewnić kandydatów na studia czy proste upowszechnianie wiedzy od naukowców do mniej wiedzących uczniów, ale jako szeroką dyskusję i upowszechnianie wiedzy także skierowanej do innych naukowców. Może zabrzmi to paradoksalnie ale trzeba upowszechniać naukę … wśród samych naukowców.

Dużo się zmienia, ale chyba jeszcze w przynajmniej małej części, funkcjonują te dwie kultury (humaniści i przyrodnicy), które się nie rozumieją. Pierwsza, przyzwyczajona jest do roli lidera i pośrednika - intelektualiści słowa i pióra ale nie nadążają za światem odkryć naukowych i nie rozumieją go. A dalej chcą być na pierwszym planie „celebrytów”. Druga ostatnio „brutalnie” różnymi wskaźnikami, parametryzacją i punktami w jakimś stopniu „się odgryza” i spycha humanistów na margines (przynajmniej finansowy i prestiżowy). Może oba te zjawiska są przyczyną powrotu teorii spiskowych i antynaukowych? Bez wątpienia trzeba nam nowej transformacji w obrębie nauki i uniwersytetów i ich relacji z kulturą.

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów (nie tylko przyrodników) na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, w pracowniach nauk empirycznych ale i archiwach historyków, pracowniach antropologów, filozofów, literaturoznawców.

W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki (hermetyczny krąg wysublimowanej wzajemnej adoracji). Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Tym bardziej, że ta rzeczywistość tak gwałtownie się zmienia za sprawą współczesnych odkryć naukowych i technologii, towarzyszących nam na co dzień. Współczesne odkrycia biologów wnoszą dużo nowego także do dyskusji filozofów jak i przeciętnego człowieka (GMO, in vitro, bakterie antybiotykooporne, sztuczna inteligencja itd.). Coraz bardziej nie rozumiemy świata, która nas otacza i na co dzień musimy w nim funkcjonować. Szukamy objaśnienia, zrozumienia… albo uciekamy w denialistyczne teorie spiskowe… Być może popularność różnych teorii spiskowych i negacji wynika z tego konfliktu „dwóch kultur” i braku umiejętności dialogu oraz kulturowej recepcji współczesnych odkryć naukowych.

W XX wieku w potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz tę listę trzeba uzupełnić o zupełnie nowe nazwiska współczesnych uczonych i współczesnych odkryć...

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Uczeni tworzący tak zwaną trzecią kulturę sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. W wieku XXI ważnym kanałem tej komunikacji sa blogi naukowe i różnorodne portale społecznościowe. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai i setek innych.

Wielu humanistów może z dumą powiedzieć, że nie rozumie czy nie ma pojęcia o matematyce, fizyce, chemii, kosmologii czy biologii. Ale równocześnie jeśli przyrodnik nie czytał Miłosza, Szymborskiej wcale nie jest z tego dumny. Czasem mogłoby się wydawać, że tylko humaniści mają niekwestionowany monopol na rozwiązywanie zagadek egzystencjalnych. Przyrodnicy trzeciej kultury przeczą temu mitowi. Tyle tylko, że do tradycyjnych kompetencji warsztatu akademickiego i naukowego trzeba teraz dodać umiejętność sprawnej komunikacji z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Już nie tylko kursowe wykłady na uczelni i specjalistyczne publikacje naukowe ale wykłady na otwartych piknikach naukowych, czasopisma popularne, współpraca z mediami, proste i zrozumiałe pisanie w internecie. To nowe środowisko edukacyjne dopiero powstaje na naszych oczach i nie do końca jeszcze wiadomo jaki przyjmie ostatecznie kształt. Uniwersytety powinny aktywnie dyskutować o tych kompetencjach i świadomie współtworzyć wspomniane nowe środowisko edukacyjne. Odkrywać, eksperymentować i współtworzyć.

Trzecia kultura to naukowcy (nie ograniczałbym ich jednak tylko do przyrodników ale rozumiem naukowców wszystkich specjalności i dziedzin badawczych, z humanistyką włącznie) poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie, którzy piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani byli pogardliwie przez kolegów „z branży”. To się w ostatnich latach chyba zasadniczo zmienia. Za sprawą takich słów jak „promocja” i „popularyzacja” nauki. Ja dorzuciłbym jeszcze takie określenia jak: otwarty uniwersytet, otwarta wiedza, edukacja pozaformalna.

W moim odczuciu zainicjowany w 2017 roku Marsz dla Nauki, jest jeszcze jednym przykładem zachodzących, głębokich procesów w kulturze.

 

Plakat dotyczy spotkania w dniu 10 stycznia, w ramach Twórczego Uniwersytetu, w Łodzi. (zobacz szczegóły)

Nauczeństwo - o tym, dlaczego szkoła musi się zmieniać

sczachor

DSC_0390Szkoła jest i była jedynie elementem system edukacji, o czym zazwyczaj zapominamy. Zapominamy także o tych innych elementach edukacji. Wszystkie razem możemy określić jako środowisko edukacyjne. Szkoła zawsze miała przygotowywać do życia dorosłego i życia w społeczeństwie, łącznie z kompetencjami zawodowymi. Zmieniło się społeczeństwo i gospodarka, w ślad za tym zmienia się system edukacji (mniej lub bardziej świadomie). Tu drobna dygresja: nie wszystkie zmiany są dobre i pożądane. Obecna reforma edukacji (zwana potocznie deformą - od deformacji) w wielu aspektach jest szkodliwa, bo strukturalnie cofa nas do przeszłości. Przeszłości, której dawno już nie ma. Jest to więc zbędny i bezcelowy wysiłek.... Energię i entuzjazm trzeba zachować na coś rzeczywiście potrzebnego i koniecznego. Bo zmiany są nieuniknione...

Nasze uzasadnione narzekania na szkołę wynikają nie z tego, że dawniej zrobiliśmy coś źle, ale dlatego, że szybko zmienia się świat. I trzeba się dostosowywać do zupełnie nowych warunków. Dostosować a nie cofać, bo "dawniej było dobrze"...

Prosumcja - jako nowe zjawisko w gospodarce - jest efektem trzeciej rewolucji technologicznej. Najszybciej ujawniła się w Internecie i produkcji energii odnawialnej. Prosumcja to połączenie słów „produkcja” i „konsumpcja”, niegdyś te dwie aktywności były wyraźnie oddzielone. Teraz coraz częściej  bywamy jednocześnie producentami i konsumentami. Prosumpcja jako nowy sposób myślenia o świecie znajduje swoje odzwierciedlenie również w edukacji (np. Akademii Khana).

Nauczeństwo (nauczanie i uczenie się) to neologizm utworzony na próbę w czasie dyskusji ze studentami na portalu społecznościowym - oznacza uczyć się od siebie nawzajem, gdzie role nauczyciela i ucznia/studenta są przemieszane. Chyba już to słowo zakorzeniło się w dyskusji edukacyjnej. Doświadczam nauczeństwa na co dzień. Coraz bardziej świadomie.

Nauczeństwo to proces, w których nauczyciel jest jednocześnie uczestnikiem, tutorem, coachem. To także skupienie się na tworzeniu warunków do uczenia się a nie tylko transmisji gotowej i niepodważalnej wiedzy. Raz jestem nauczycielem, a raz uczniem. W sumie to istota uniwersytetu, gdzie we wspólnocie uczących i nauczanych wspólnie zbliżamy się do prawdy i odkrywamy świat, wspólnie budujemy wiedzę zbiorową. Potrzeba tylko odrobimy pokory i uświadomienie sobie, że nie wiem wszystkiego i nie znam się na wszystkim lepiej od swoich studentów (uczniów). Świadomości, że wspólnie i w relacjach odkrywamy nowe światy.

W codziennej pracy dydaktycznej namacalnie przekonuję się, że istnieje pokolenie cyfrowych tubylców, funkcjonujących jako wielozadaniowcy z podzielną uwagą. Ma to swoje plusy i minusy. Ale tacy są, ukształtowani przez środowisko, w którym żyją. Są jak inna kultura, inna cywilizacja. Uczę się od studentów korzystania z mobilnego Internetu, a i ja ich czegoś uczę. Zamieniamy się na chwilę rolami. Uczymy się nawzajem, w działaniu (nauczanie problemowe, koncepcja nauczyciela ignoranta, konektywizm, konstruktywizm). Dostrzegam,że w mimo łatwości docierania do informacji nie zawsze potrafią dyskutować, analizować i wykorzystywać te informacje. Mogę więc ich czegoś nauczyć, bo pewne kompetencje są niezmienne i przydatne w każdych warunkach: analogowych i cyfrowych. 

Czasem mam wrażenie, że w niektórych przestrzeniach cyfrowych to ja sprawniej się poruszam. Ale może to tylko złudzenie. Może ja tylko sprawniej poruszam się w moich strefach a nie znam ich światów i nawyków cyfrowego świata. Potrzeba nam otwartej ciekawości i dyskusji, by poznać swoje światy, być może bardzo odmienne. W przeszłości światy młodego pokolenia zawsze się trochę różniły od współczesnych im światów dorosłych.Ale nigdy wcześniej te różnice nie były tak duże jak współcześnie. W jakimś sensie jest to ciekawa przygoda podróżowania i odkrywania. 

Pozostawanie w sieci powiązań i wspólne tworzenie systemu wiedzy indywidualnej i tej grupowej jest coraz bardziej widoczne w systemie współczesnej edukacji. Dobrym przykładem jest chociażby Wikipedia. W przyszłym semestrze kolejny raz (po kilku latach przerwy) będę chciał wspólnie ze studentami współtworzyć hasła na polskiej Wikipedii. Tym razem z konektywizmem jako teorią objaśniającą zachodzące zjawiska. Poznawać przez uczestnictwo i aktywne tworzenie, by wspólnie zobaczyć czym jest nauka jako proces i nauka jako produkt. 

Luki w wiedzy i umiejętnościach nie wynikają tylko z braków czy dawnych zaniedbań w życiu człowieka: że nie skończył odpowiednich szkół czy miał słabe oceny. Przykładem jest Internet i kompetencje cyfrowe. Nie można było nauczyć się obsługi Internetu, smartfonów itd., bo ich jeszcze kilka-kilkanaście lat temu nie było powszechnie dostępnych. Dlatego współczesny nauczyciel uczy się razem z uczniami. A każdy ma inne predyspozycje i style uczenia się. Podobnie z seniorami. Uczyć się razem to jak wspólne odkrywać nowe kontynenty. Przygoda przy różnorodnych umiejętnościach eksploracyjnych.  Różnorodność umacnia zespół, potrzeba tylko pracy zespołowej, a z tym u nas, Polaków, bywa bardzo różnie. 

Świat się zmienił drastycznie i trzeba się uczyć przez całe życie a nie tylko w dzieciństwie czy młodości w systemie szkolnym, sformalizowanym. Ciągle mamy siedzieć w szkole i na kursach aż do uniwersytetu trzeciego wieku? A kiedy żyć i pracować, zakładać rodzinę i rodzic dzieci? Jedno i drugie musimy wykonywać jednoczesnie. Dlatego nawet uczniom w szkołach podstawowych trzeba zagwarantować wystarczająco dużo czasu bez "odrabiania lekcji" by mogli się bawić. By doświadczyć w pełni dzieciństwa. Podbnie z dorosłymi, by mogli nie tylko pracować, ale i żyć pełnią życia. Bo minie i dzieciństwo, i młodość.... A potem i jesień życia. I by studenci mogli studiować a nie tylko uczyć się. Więcej swobody i wolności! Więcej wyboru.

Pozostanie ustawiczna edukacja pozaformalna. Tyle tylko, że dla niej musimy stworzyć przestrzeń edukacyjną. Całkiem nową i zupełnie niepodoną do tego, co już było. 

Czy fikcja może być prawdziwa?

sczachor

UartystyTytułowe pytanie wydaje się wewnętrznie sprzeczne i nielogiczne. Bo albo coś jest fikcją albo prawdą. O co więc chodzi? Doprecyzuję problem, czy literatura fikcji może przekazywać jakieś prawdy uniwersalne tak jak literatura faktu?

Literatura faktu to wszelkie teksty dotyczące badań naukowych, relacje wydarzeń, opisy zjawisk i szeroko rozumianego świata przyrodniczego. Natomiast literatura fikcji to wszelkie opowiadania, powieści, sztuki teatralne i inne opisy, bazujące na wymyślanych historiach. To w zasadzie literatura i poezja jaką znamy tradycyjnie. Zaczytujemy się w niej.

Czy tak zwana literatura piękna (literatura fantazji i fikcji) może przekazywać jakieś prawdy o świecie, w którym żyjemy i jak się ma do literatury faktu? Odpowiedź jest chyba oczywista: nawet w bajkach i powieściach autorzy próbują zawrzeć swoją wiedzę o świecie (najczęściej o nas samych, ludziach i społeczeństwach). Wynikają z doświadczenia, przemyśleń. Też opowiadają o świecie jaki jest (np. o ludziach i ich charakterach). Ale pisane są w zupełnie innym schemacie niż prace naukowe, według innej metodologii i inaczej się z nimi dyskutuje (polemizuje).

Na przykład takie bajki Ezopa. Występują różne zwierzęta, a przecież doszukujemy się w nich prawd o ludziach. W takim ujęciu fikcja jest podobna do modeli, stosowanych w nauce (literaturze faktu). Jest uproszczeniem rzeczywistości. W jakimś stopniu przypomina uogólnienie, prawo ogólne. Fabuła jest tylko elementem pokazania modelu ogólnego, obrazu, jakieś sytuacji. Język mało precyzyjny i dlatego różnie możemy interpretować „co poeta miał na myśli”. Jak to falsyfikować, weryfikować?

Czyli literatura fikcji też może być jakimś sposobem objaśniania rzeczywistego świata. Tyle, że inaczej się ją odczytuje. Jest mniej precyzyjna, bo operuje jedynie analogiami, modelami i nie zawsze czytelnymi uogólnieniami. Operuje całościami (całościowymi konstrukcjami). Jak z nią dyskutować i falsyfikować? Nie da się przecież – tak jak w literaturze faktu – analizować poszczególnych elementów. Z literaturą fikcji można dyskutować tylko przeciwstawiając inne, alternatywne modele, porównania, przypowieści (obrazy, sytuacje, studium przypadku).

Literatura fikcji chyba została wcześniej wymyślona przez ludzkość jako forma przedstawiania prawd o świecie. Literatura faktu, pomijając zwykłe relacje wydarzeń, powstała chyba później. Na pewno później wykrystalizowała się metoda naukowa i metodologia nauki. Łatwiej dyskutować i podważać poszczególne elementy jednocześnie doskonaląc teorię. Wymieniane są poszczególne elementy ale całość pozostaje niezmienna. Tak jak na przykład w teorii ewolucji.

Dlaczego zestawiam literaturę fikcji i literaturę faktu? Bo myślę, że jest to jeszcze jeden sposób na szukanie powiązań nauk humanistycznych z naukami przyrodniczymi (eksperymentalnymi). Literatura faktu i fikcji w moim odczuciu nie są osobnymi bytami ale kontinuum z przenikającymi się granicami. W nauce nie tylko testuje się hipotezy (falsyfikuje), ale czasem porównuje alternatywne paradygmaty, różne teorie jako całość. A zatem jednej „opowieści” przeciwstawia się inna „opowieść” (model). Podobnie jak w literaturze fikcji.

Dlaczego teorie spiskowe cieszą się popularnością i ciągle się odradzają ?

sczachor

Kwiaty_w_stanikuMożnaby się dziwić, dlaczego jakieś niestworzone historie czy wierutne bzdury, miejskie legendy, ciągle znajdują chętnych do opowiadania i kultywowania. Dlaczego znajdują posłuch i zainteresowanie? Przecież człowiek jest mądry a edukacja powszechna. Na dodatek w wieku XXI tak łatwo wszystko sprawdzić, zweryfikować. A jednak są i trwają.

Pierwszą przyczyną jest to, że ludzie lubią opowieści. Lubią słuchać i lubią opowiadać. I to trwa już co najmniej od kilkudziesięciu tysięcy lat. A może trochę dłużej. Opowieści pełnią ważną rolę w integracji grupy i tworzeniu więzi. A człowiek jest małpą społeczną i sojusze w grupie są ważne. Bardzo ważne. Od małych grup po wielkie partie. Opowieść socjalizuje, ale i jest swoistym iskaniem – przytulaniem się, świadczeniem usługi i budowaniem więzi. Prawdopodobnie opowieści są starsze niż język (mowa). Bo taniec, gestykulacja, rytmiczne dźwięki też pozwalają stworzyć prostą opowieść.

Powstanie języka umożliwiło tworzenie opowieści w pełnym słowa tego znaczeniu. O świecie, o relacjach. Mowa jest takim udoskonalonym iskaniem – świadczeniem usług i budowaniem więzi przy uwolnionych rękach. Można więc coś robić, szukać pożywienia i „iskać”, czyli mówić. Takie zwykłe plotki-paplanie to budowanie więzi w grupie. Ćwiczenie inteligencji emocjonalnej i społecznej. Z kim trzymać, komu się podlizywać (bo ma zasoby dla nas atrakcyjne), kogo unikać, kto jest w niełasce samca i samicy alfa. Dzięki mowie ludzkie grupy (hordy) mogły stać się liczniejsze, a to dawało znaczną przewagę konkurencyjną i ewolucyjną nad innymi grupami (z definicji to wrogowie). Większe, dlatego że mózg potrzebuje dużo energii i trzeba dzielić czas na odżywianie się (łącznie z szukaniem pokarmu, jego przygotowaniem itd.) i jednocześnie opowiadać, mówić, komunikować się. Jeśli do tego dodamy inną innowację w postaci narzędzi i gotowania (termicznego uzdatniania żywności), to mamy duży postęp: mniej czasu na odżywianie się a więcej na budowanie relacji i sojuszy. Czyli więcej czasu na gadanie i opowiadanie. Tu mała dygresia, czy my w czasach nowoczesności z tymi wszystkimi maszynami, komputerami i robotami mamy więcej czasu na pogaduchy niż nasi przodkowie?

Drugim powodem popularności teorii spiskowych (i innych fantastycznych konfabulacji) jest to, że opowiadający na moment staje w centrum zainteresowania. Jego pozycja w grupie rośnie. Gdy opowiada staje się liderem, kimś ważnym, niczym przywódca. Zazdrośnicy oczywiście będą przeszkadzać, dyskredytować, zadawać podchwytliwe pytania, komentować zza pleców, hejtować tak czy siak, itd. Ale tymczasem ten wątek pomińmy.

Opowiadający staje w centrum i przynajmniej na moment zyskuje uznanie. A przecież słuchamy tylko rzeczy dla nas ważnych (z jakiegoś powodu), pięknych, intrygujących. Nie jest łatwo mówieniem zwrócić na siebie uwagę i zająć miejsce opowiadacza-mówcy. Nic dziwnego, że chcemy opowiadać, informować. Czy to dowcipy, czy to jakieś nowiny, czy dłuższe opowieści.

Ale o czym tu opowiedzieć, by inni słuchali? Może to być relacja z czegoś, co się widziało: że był wypadek, że krowa do rowu wpadła, że lis kurę porwał, że Bartłomiej zaczął już zboże kosić, że Maryna całowała się z Antkiem za stogiem, że grzyby już w lesie się pojawiły a sklepie za rogiem rzucili papier toaletowy, że widziało się film w kinie, że czytało się ciekawy tekst na blogu. Na tym pierwotnym zainteresowaniu sprawami ważnymi bazują media: by przykuć uwagę epatują sensacją, zbrodnią, seksem czy wypadkiem. Tyle, ze czynią to w znacznie większej, globalnej wiosce.

Zainteresowanie budzi także sensacja, coś co odbiega od normy, coś co jest inną interpretacją znanych zjawisk czy wydarzeń. Bo to, że ojcem Joachma jest Kurt, to wszyscy wiedzieli, ale jak zdradzić sensacyjną tajemnicę, że jednak ojcem jest Kleofas? Ten, co jest kowalem w sąsiedniej wiosce i kuleje na jedną nogę. Coś innego, nowego, niesamowitego. I tu dochodzimy do teorii spiskowych: jeśli przedstawimy inną interpretację dowolnego zjawiska, to zwrócimy na siebie uwagę i zainteresowanie naszą opowieścią. Że to nie Lech Wałęsa przeskoczył przez mur i był przywódcą Solidarności, że to nie Kolumb odkrył Amerykę, że wcale ludzie nie wylądowali na Księżycu i że żadnego antropogenicznego ocieplenia klimatu nie ma. A Ziemia to w ogóle jest paska… A w szkole uczą, że kulista, bo to jest spisek wielkiego biznesu, reptilian, iluminatów lub talmudystów.

Słuchamy opowieści ludzi z doświadczeniem. Ludzi który byli gdzieś daleko, widzieli niezwykłe krainy, brali udział w ważnych wydarzeniach, bitwach, wojnach, przygodach. Którzy opowiadają o nowych dla nas informacjach, wcześniej nieznanych (o roślinach, zwierzętach, grach komputerowych, przepisach na szarlotkę, cząstkach elementarnych itd.). Jednym słowem poszerzają naszą wiedzę o świecie. Coś przeżyli, coś widzieli, coś doświadczyli, czasem przez wiele lat. I teraz się tym dzielą. Mają czym.

Dlaczego teorie spiskowe są atrakcyjne? Bo wystarczy zasłyszeć jedną historię, przeczytać jeden artykuł w gazecie czy jedną książkę o UFO, diecie cud, spisku tajnym reptilian, szeptuchach, Paskudzie z Jeziora Zegrzynieckiego by… stać się ekspertem. Stać się wtajemniczonym, który może opowiadać. Niski koszt zostania ekspertem.

Owszem, nauka jest ciekawa. Lecz by współcześnie stać się ekspertem od ewolucji, wypadków lotniczych, klimatu, kształtu Ziemi, diecie paleo, klimatu itd. to trzeba sporo włożyć wysiłku w edukację, przeczytać wiele książek, odbyć wiele dyskusji. To trwa. Kiedyś było łatwiej, nie było tylu przyrządów i tak dużo zgromadzonej wiedzy. Teraz jest wysoki próg wejścia (wtajemniczenia). A przy teoriach spiskowych i innych paranaukowych sensacja próg wejścia jest niski. Czasem wystarczy jeden artykuł w czasopiśmie. I już można głosić wszem i wobec niezwykłe, sensacyjne nowiny. Można być opowiadaczem, na którym skupia się uwaga ludzi. Można opowiadać o czarostwie (bo nowe słowo dla czarów brzmi znacznie lepiej), o zbawiennym wpływie diety kapuścianej czy bezsolnej.

Lubimy opowiadać, zarówno historie zmyślone (literaturę fikcji), ciesząc się pięknem opowieści, jak i historie prawdziwe (literatura faktu) ciesząc się nowymi faktami i nowymi hipotezami. A przynajmniej wyglądające na prawdziwe. Bo ktoś widział. Na przykład szwagier lub kolega znajomego. Albo, najlepiej samemu się widziało i doświadczyło – wtedy jeszcze większa wiarygodność. I zainteresowanie. Dlatego historie spiskowe były, są i będą. Choć może lepiej zamiast zmyślania, konfabulacji (przecież mówiący sami w to wierzą) może uczyć ludzi opowiadania dowcipów czy pięknych historii? Albo rozsmakować w poznawaniu rzeczywistości?

Lubimy opowiadać historie bo daje to nam poczucie sprawstwa, poczucie wpływu na świat. Jak i daje popularność oraz buduje pozycję w grupie. 

Teorie negacjonistów (denialistów) wszelakiej maści (teorie spiskowe) są krótkotrwałe. Po jakimś czasie stają się nudne (bo powszechnie znane). Wtedy szukać trzeba innej. Albo odgrzebać starą, dawno zapomnianą.

Problemem współczesnego człowieka jest umiejętność odróżniania literatury fikcji od literatury faktu, a także odróżniania faktów od faktoidów. Jest nam trudniej, bo żyjemy w globalnej wiosce ze znacznie większą liczba kontaktów międzyludzkich (spotykamy takich, których nigdy nie widzieliśmy i nie znamy) i znacznie więcej dociera do nas informacji jak i opowieści. I to w formie nieznanej naszym przodkom. Nasze zmysły i myślenie racjonalne mogą nas zwodzić w rozpoznawaniu wiarygodnych i niewiarygodnych opowiadaczy.

 A co z tym zdjęciem na górze? Prawda, że intrygujące? Zwraca na siebie uwagę. Jak dobra opowieść. I skuteczna reklama.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci