Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

przemyślenia

Plac zabaw – kojec czy podwórkowe laboratorium ?

sczachor

10563042_10203596234379806_8171555717519565113_nPlac zabaw dla dzieci - jaki powinien być? Wyizolowany i zapewniający pełną kontrolę oraz bezpieczeństwo czy wkomponowany w przestrzeń miejską (wiejską)? Mamy za sobą ponad wiek dyskusji, eksperymentów, ogródków Jordanowskich, a zdaje się, że wróciliśmy do punktu wyjścia. Inspiracją do niniejszego tekstu są dwa zdjęcia z Olsztyna. Górne wykonane chyba rok temu w śródmieściu, wśród zabudowy z XIX wieku. Przestrzeń tak była zaplanowana, że nie było miejsca na place zabaw dla dzieci. Pozostawało podwórko. Teraz tę podwórkową przestrzeń najczęściej tarasują… samochody. A te dwie dziewczynki bawią się na chodniku przy bocznej uliczce. Tak jak 100-200 lat temu. Dolne zdjęcie pochodzi z nowego osiedla z apartamentami, koniec drugiej dekady XXI wieku. Niby profesjonalnie i kolorowo przygotowany plac zabaw, ale w kontekście otaczającej przestrzeni jest kuriozalnie rażący. W tym pierwszym przynajmniej dzieci nie są zamknięte w kojcu…, nie są wyizolowane. W tym drugim jest piaskownica, ławeczka (poza kojcem) dla rodzica by doglądał dziecko, a obok wylot wentylacji z parkingu podziemnego. W sumie jak mały wybieg dla psów…

Że bezpiecznie, bo dziecko nigdzie nie wybiegnie, nie wejdzie w pokrzywy, pies nie nasika do piaskownicy? Niby tak, ale jak się w tym bawić? Ryzyko jest wkomponowane w zabawę. To dziecięca wyobraźnia nawet z najbezpieczniejszych sprzętów może uczynić ryzykowną sytuację. Ponadto ryzyko jest elementem życia. Kiedyś trzeba się nauczyć samodzielności. Dzieci w kojcach i prowadzane na smyczy (są takie, w połączeniu z szelkami, jak dla pieska, czy kota, żeby nie uciekł) nie dorosną nigdy.

Zupełnie innym podejściem do placów zabaw są na przykład leśne przedszkola (kilka godzin na podwórku, w przyrodzie, niezależnie od pogody) czy warsztatownie miejskie, gdzie z rodzicem dzieciaki przychodzą pomajsterkować, bo są tam narzędzia, materiały, przestrzeń. Tak jak za naszych czasów szopa dziadka z gwoździami, młotkiem, piłą i innymi ostrymi, „groźnymi” przedmiotami. Dzieci same potrafią zorganizować sobie zabawę. Tak jak te dziewczynki na ulicznym chodniku.

Potrzebne są nam nowe ogródki Jordanowskie. Bo te współczesne niby kolorowe, plastikowo-metalowe place zabaw cofnęły nas w rozumieniu dzieci i dojrzewania. Co widać na wielu osiedlach miejskich i wiejskich. Pamiętacie naturalne place zabaw z kłodami drzew a nie plastikowe i metalowe?

podworkoiplac_zabaw

Przytłoczyła nas Iluzja tego, że jeśli coś jest specjalnie zrobione lub kupione, to jest lepsze. Profesjonalne. Widać to w placach zabaw jak i w urządzaniu zieleni miejskiej. Ma być widać, że coś się robiło: dużo hałasu i ingerencji - nawet jeśli wycina się drzewa by posadzić nowe (np. tuje), gdzie plantuje się naturalną zieleń by zasadzić trawnik, nieskazitelnie zielony, podlewany i często koszony. Sporo to kosztuje, więc „nie deptać zieleni”. Usiąść nie można – tylko popatrzeć?

Moim zdaniem – zarówno do projektowania placów zabaw jak i zieleni miejskiej - lepsza jest filozofia judo: wykorzystać siłę i aktywność „przeciwnika” czyli tego co już jest i dostosować (wykorzystać siłę przyrody i przestrzeni: naturalny wzrost roślin, naturalne ukształtowanie terenu). Wykorzystać samosiejki i to, że samo rośnie, a nie wygolić by zasadzić nowe, ze sklepu ogrodniczego (by było widać ingerencję, działanie, że nie za darmo się bierze pieniądze). Mniej widoczna ingerencja jest wyrazem mądrości i dojrzałości a nie „zaniedbania”. Bo ma być widać, że coś robiono? Czy nie lepiej, żeby kryterium był komfort i przyjemność? Zatem nie produkcja lecz podtrzymanie stanu (czy w domu ma być widać. Że ktoś sprzątał czy też ma być czysto?).

Proszę jeszcze raz spojrzeć na to dolne zdjęcie (wiem, że trudno ten plac zabaw zobaczyć, taki mały). Plac zabaw dla dzieci. Jak w klatce. A przecież tyle wspaniałej przestrzeni obok… ale zarezerwowanej na parking, chodnik (pewnie kredą dzieci nie mogą tam rysować), duża dzika zieleń tuż za siatką. Zamiast rewitalizować te mokradła i dostosować przyrodę, to się ją niszczy, osusza, zasypuje gruzem, by potem rozwinąć trawnik z rolki. I zakazać deptania….

Dzieci wychowywane wśród asfaltu i betonu cierpią na deficyt kontaktu z przyrodą. Tak twierdzą psycholodzy i pedagodzy. W pełni się z nimi zgadzam. Biolodzy czasem mówią, że ludzie wykazują biofilię – naturalną potrzebę kontaktu z przyrodą. Inaczej umierają.

Niedawno w Parku Centralny, przy okazji bardzo sympatycznego happeningu, poświęconego drzewom, miałem okazję wejść na drzewo. Co za radość, jak za dziecięcych lat. Jedno, porządne drzewo z wygodnymi gałęziami lepsze jest od kolorowego placu zabaw (tego z fotografii). I nie trzeba kupować, instalować. Wystarczy pozwolić wyrosnąć i nie obcinać gałęzi.

Drzewo na podwórku miejskim, na modernistycznym osiedlu, jest systematycznie przycinane. Obcinane są nisko rosnące gałęzie (tam gdzie pracownik sięgnie piłą, żeby pokazać, że coś "się robiło, dbało”). Nie można wejść na takie drzewo, a obcinane zbyt grube konary nie mają szansy się zabliźnić, drzewo atakowane jest przez grzyby i choruje. Powoli próchnieje i zamiera. Ciężko rosnąć w warunkach miejskich, zwłaszcza gdy jest się w taki dziwny sposób „pielęgnowane”. Służby za nasze pieniądze kaleczą drzewa i likwidują przestrzeń do kreatywnej zabawy.

W literaturze specjalistyczne pojawił się termin placemaking. Te obce słowo (w języku polskim jeszcze chyba nie stworzyliśmy własnego) to idea projektowania miejsc także jako projektowanie relacji międzyludzkich. Bo przestrzeń albo ułatwia albo utrudnia różnorodne relacje międzyludzkie. Dla mnie jako ekologa jest to oczywiste: to siedlisko (środowisko) kreuje biocenozy i interakcje międzygatunkowe. Tworzy dla nich podstawę, rusztowanie.

Żeby miejsce żyło, nie trzeba fajerwerków. Wystarczy dobrze zaprojektowana przestrzeń dla samoistnego nawiązywania się dobrych relacji międzyludzkich. Na przykład wystarczy inaczej ustawić ławki, by umożliwić siedzącym na nich ludziom rozmowę i kontakt (nie w jednej linii, ale naprzeciw lub prostopadle).

W moim mieście, Olsztynie, trwa od dłuższego czasu dyskusja na temat ożywiania zamierającej Starówki. A gdzie tam są miejsca do zabaw dla dzieci i młodzieży? Czasem, od wielkiego dzwonu, postawią na kilka dni karuzelę (w czasie jarmarku) albo dmuchaną brykalnię, albo duże planszowe gry. Tylko na obrzeżu starego miasta (w dawnej fosie), w pobliżu Łyny znajdują się dwa małe place zabaw. Tradycyjnie ogrodzone. Dzieci będą się z oczywistych względów nudzić. Jedna jaskółka wiosny społecznej nie czyni. Cały Targ Rybny (i kilka innych placyków) jest niewykorzystany pod tym względem. A gdyby dzieci miały co robić, to i rodzice byliby z nimi. Na dłużej. W parku przecież mogą być swoiste przyrodnicze warsztatownie (nie trzeba byłoby zakazywać dzieciom wchodzić do fontanny).

Na olsztyńskiej Starówce korzystamy z nielicznych animacji społecznych, głównie artystycznych, czasem pikników naukowych. A może park jako plac zabaw i laboratorium, całorocznie a nie tylko przy okazji jarmarku? Tak jak jest już np. przez Centrum nauki Kopernik (Ogród Odkrywców)?

Zamiast płotu lepsza byłaby zieleń, np. żywopłot. Nie tylko wydzielałaby przestrzeń ale sam byłby elementem zabawy. Fantazja dzieci jest ogromna.

Spoglądam za okno na ten osiedlowy plac zabaw na dolnym zdjęciu. Jak się przyjrzeć, to widać na nim czarną tablicę, do rysowania kredą. Ale ona jest czysta. Natomiast kilkanaście metrów dale widać dziecięce rysunki na uliczce i na parkingu. A może place zabaw zintegrowane z siłownią dla dorosłych, niech spędzają czas razem, w pobliżu, każdy w swojej aktywności. Razem, wielofunkcyjne a nie oddzielnie.

Teraz jest znacznie więcej miejsca na parking niż do zabawy dla dzieci (nie depcz trawników?, nie rysuj kredą po chodniku?, nie graj w piłkę?). Jak kojec dla psów. Samochód ważniejszy niż dziecko (własne), niż człowiek. Zachwianie wartości jest wyraźne. A obok obszerna przestrzeń zielona, gdzie można byłoby przeżywać przygody, bawić się w chowanego, poparzyć pokrzywą, zobaczyć ślimaka i biedronkę, usłyszeć żabę. Przestraszyć się pająka lub innym tajemniczym stworem. Wakacyjna przygoda w mieście. Teraz mamy miasto samochodów, w którym jesteśmy tylko dodatkiem i to zawadzającym.

Przyjazna przestrzeń publiczna buduje tożsamość. W Łodzi powstają na przykład parki kieszonkowe. W lukach po domach. Zamiast je zabudowywać, tworzą wielofunkcyjne małe parki, dla małych i dużych. Gdzie można usiąść i mieć kontakt z przyrodą. Lub z drugim człowiekiem. Nawet, jeśli jest cudzoziemcem lub imigrantem. Człowiekowi jest to potrzebne do życia. Komfortowego życia.

Najpierw trzeba wyobraźni i wiedzy o człowieku… i jego potrzebach, prawidłowościach rozwoju. Potem można projektować coś wygodnego. I zatrudniać podwórkowych, osiedlowych animatorów. Kiedyś byli to starsi koledzy i koleżanki, którzy wymyślali i inicjowali zabawy. Teraz, gdy dzieci na podwórku jest mniej, można przecież zatrudniać przygotowanych specjalistów. Lub wolontariuszy.

Proste prace fizyczne wykonują za nas maszyny.

A ja oczywiście w podwórkach i placach zabaw dla dzieci widzę znakomitą przestrzeń do edukacji pozaformalnej!

Sztuka może zmieniać rzeczywistość, czyli o dziurawej drodze do Wipsowa

sczachor

17523107_1908138972766537_5093932016346795556_nLudzie twardo osadzeni w realiach życia często lekceważą kulturę. Ot na przykład taki Stalin kpiąco pytał „a ile dywizji czołgów ma papież ?”. I my współcześnie szeroko rozumianą kulturę traktujemy z politowaniem: przecież liczy się dochód, twarde inwestycje i codzienna materialność. Nie traktujemy kultury jako inwestycji gospodarczej. Z wielkim zdziwieniem docierają do naszej świadomości informacje, że absolwenci filozofii znajdują pracę i są poszukiwani na rynku pracy. I wcale nie jako nauczyciele filozofii.

Nawet niewielkie działania artystyczne mogą wywierać duży wpływ. Trudno uchwytny ale bardzo skuteczny. Ot na przykład taka podrzędna droga do Wipsowa. Przez lata straszyła dziurami. Mimo próśb ciągle brakowało pieniędzy na jej remont. Były ważniejsze i pilniejsze sprawy. Ale wiosną ktoś umieścił kwiaty w dziurach . Teraz trudno było nie zauważyć problemu. Ktoś inny zrobił zdjęcie i upowszechnił. Jak wirus informacja się rozeszła i dotarła do osób wpływowych (jak kamień w bucie duszę uwierała). Żadna blokada drogi, żadne palenie opon, ot tylko kwiaty w dziurze na drodze. I już dziury nie ma, załatane.

19875097_1957992657781168_9073028162401488608_n

Sztuka może wpływać na naszą codzienną rzeczywistość, mimo że nie mierzy się jej w tonach węgla czy stali lub liczbą wyprodukowanych samochodów. Influencerzy – ludzie wywierający wpływ – działają w obszarze szeroko rozumianej kultury. Albo taka biała róża. Kwiat jak kwiat, ale blisko 80 lat temu za białą różę można było być rozstrzelanym lub trafić do obozu koncentracyjnego. W roku 2017 również ten kwiat wprawia niektórych w popłoch: osoba z kwiatem białej róży może być zatrzymana przez policję i spisana (o innych działaniach przemilczę).

Kwiat osadzony w kulturowym kontekście.. i już zmienia rzeczywistość. Czy to wetknięty w dziurę na drodze, czy to trzymany w ręku lub zatknięty za okratowanie policyjnego samochodu. Kultura (a sztuka jest częścią kultury) zmienia rzeczywistość. Inwestujmy w kulturę a nie tylko w beton. To samo można przecież odnieść do rewitalizacji olsztyńskiej starówki (to mój głos w toczącej się aktualnie publicznej dyskusji).

 

Fotografie znalezione na Facebooku.

 

Nieprzewidziane skutki straszenia GMO

sczachor

mleko_z_gmo

Czasem można przedobrzyć. Także i w marketingu. GMO (organizm genetycznie modyfikowane) są jednym ze współczesnych straszaków. W popkulturowym przekonaniu GMO to coś groźnego, niedobrego. Tak jak kiedyś czarownice, wilkołaki, strzygi czy inne utopce. Każdy coś tam słyszał o GMO, że to coś niezdrowego, że coś nienaturalnego, że jest be (nawet jak nie wiadomo co to jest i dlaczego złe). Więc najpewniej przeciętny klient będzie wystrzegał się GMO jak uroku wiedźmy. Kiedy modny był strach przed cholesterolem (że niezdrowy), to na produktach zamieszczano informację, że nie zawiera cholesterolu. Niby potrzebna informacja dla ludzi, przestrzegających diety. Ale jeśli pojawia się na produktach, które z zasady nie mają cholesterolu? To jest to chwyt marketingowy i spam informacyjny (notabene dużo tego  w czasach post prawdy). Podobnie jest z GMO. Widziałem nawet zdjęcie na słoiku z solą, że produkt nie zawiera … GMO. Znaczy zdrowy, dobry można kupować.

Wcześniej pisałem o serku z mleka bez GMOi o tym, że jest to informacja bałamutna (Serek wolny od GMO – rzecz o informacji zbędnej i bałamutnej,  O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO). Ta sama firma oznacza także i inne swoje produkty owym tajemniczym znaczkiem (wolne od GMO). Na mnie działa odstraszająco (jako nierzetelna i bałamutna, wybieram inne produkty). Ale rzecz ciekawa, jak widać na zdjęciu, ta sama firma sprzedaje podobne towary różnie oznakowane, jedne nic nie mają, inne, że są bez GMO. To znaczy jak? W tym przypadku zsiadłe mleko jest z GMO? Tak można wywnioskować z zestawienia obu produktów. Bo przecież nie ma informacji, że brak – tak jak na sąsiednim produkcie.

Wyszedł z tego marketingowy strzał w kolano. Na jogurcie naturalnym, dla podkreślenia że jest naturalny, dodano dwie dodatkowe informacje: 1. że nie zawiera GMO (absurdalność takiego zapisu omawiałem w poprzednich tekstach), 2. nie zawiera mleka w proszku. Mało kto zrozumie także tę drugą informację. Najpewniej chodzi o to, że jogurt nie jest zagęszczany mlekiem w proszku (dość powszechna praktyka). Naturalny jogurt ma naturalnie gęstą konsystencję. A jeśli nie ma, to się go „podrasowuje” dodając mleko w proszku. Poprawnie powinna informacja brzmieć: "(jogurt) nie zagęszczany mlekiem w proszku". Bo samo mleko w proszku nie jest czymś złym i niezdrowym (natomiast zagęszczanie "jogurtu" mlekiem w proszku jest w jakimś sensie fałszowaniem produktu i udawaniem, że to jest jogurt zamiast wprost napisać "deser mleczny"). A taki wydźwięk ma napis „Nie zawiera mleka w proszku”. Tak jak nie zawiera cholesterlu, glutenu itd.

Najwyraźniej ktoś od marketingu po prostu „przefajnował”, przedobrzył z popkulturowymi informacjami o „naturalności” produktów. Zamiast przyciągać – odstrasza… np. od innych produktów tego samego producenta.

Edukacja potrzebuje zupełnie nowej przestrzeni

sczachor

18198487_10211479713061846_2675394095773558507_nZmieniło się bardzo dużo, zarówno w odniesieniu do społeczeństwa, gospodarki jak i naszej wiedzy o uczeniu się. Nic więc dziwnego, że poszukujemy nowych sposobów, a w zasadzie nowej przestrzeni edukacyjnej. Pojawiają się nowe koncepcje pedagogiczne np. konektywizm. Ale przede wszystkim nieustannie eksperymentujemy (przynajmniej niektórzy, najbardziej "niepokorni", "niezadowoloeni"). I wcale nie dlatego, że stare było złe. Ale dlatego, że pojawiły się zupełnie nowe wyzwania. Inaczej się komunikujemy, inne są zasoby wiedzy i czego innego wymaga rynek pracy. Wielu ludzi w tej nowej rzeczywistości czuje się zaginionych. Powrót do przeszłości wydaje się im remedium na kłopoty. Dlatego tak ważna jest teoria, opisująca świat. Bo ona pozwala mam zrozumieć zarówno obecną sytuację jak i próżnować przyszłość. I w konsekwemncji wybierać dobre rozwiązania.

Tradycyjna szkoła i tradycyjny uniwersytet stają się coraz mniej wydolne. A eksperymentów przybywa. Nowa przestrzeń edukacyjna (niektórzy piszą – ekosystem edukacyjny) dopiero jest odkrywana. Coraz więcej zajęć pozaszkolnych, pozaformalnych, coraz więcej propozycji także dla dorosłych i seniorów. Ten „zamęt” jeszcze sporo potrwa. Być może nawet przestrzennie inaczej urządzimy klasy, uniwersytetu, wydziały…

A zdjęcie obok? Pozornie nie ma nic wspólnego z niniejszym tekstem. Tylko pozornie. Bo odnosi się do nowej przestrzeni edukacyjnej i form aktywności. Na przykład na trawniku oraz z działaniami artystycznymi, które dają duże poczucie sprawstwa.

Grzyb na drzewie czy raczej szczyt ślepego egoizmu?

sczachor

18519801_1506147009416498_2666914816872597490_nKoło mojego bloku niedawno wycięto piękną wierzbę a dwie pozostałe mocno ogołocono z gałęzi. Stoją jak kikuty. Nieoficjalnie można było się dowiedzieć, że wycięto… bo liście spadały na zaparkowane w pobliżu samochody i brudziły karoserię. Ewidentnie ktoś mocno w siebie zapatrzony nie potrafi dostrzec innych korzyści z dużego drzewa w mieście. Ot chociażby takiego, że samochód stoi w cieniu a nie na słońcu. Zbliża się upalne lato… A w szerszym kontekście zieleń w mieście to poprawa zdrowia i samopoczucia ludzi. To „urządzenia" nie tylko produkujące tlen, zmniejszające ilość zanieczyszczeń (w tym pyłów), wytłumiające hałas ale i „urządzenia” produkujące fitoncydy i oczyszczające powietrze z bakterii. To obiekty, które człowiekowi poprawiają samopoczucie. Nie tylko oczy ale i cały człowiek najlepiej wypoczywa patrząc na zieleń, na przyrodę. No cóż, skrajni i krótkowzroczni (w sensie wyobraźni) egoiści niszczą publiczną przestrzeń nie tylko dla siebie…ale i dla innych.

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej  wcale nie jest uwidoczniony grzyb, mimo że z daleka podobny jest do żółciaka siarkowego. Zdjęcia przysłała mi znajoma z takim komentarzem: „Z fascynacją przyglądałam się pstrykanemu grzybkowi, który fociłam – pośród wiosennej zieleni... Tym razem fascynacja zmieniła się w złość na człowieka. Pani, którą na spacer wyprowadził husky, nie mykolog wcale, wyjaśniła mi, że to nie grzyb, to pianka. Była tu dziupla, gniazdo ptaków, którą zakleił pianką jakiś facet, bo mu ptaszki brudziły parkowany pod drzewem samochód... Barbarzyńca, tą pianką sama bym go potraktowała...”

Lex Szyszko jedynie ujawniło i usankcjonowało (dowartościowało) duże pokłady szkodliwego egoizmu. Bez wyobraźni, bez liczenia się z negatywnymi skutkami własnych działań. I dotyczy to nie tylko traktowania przyrody jako dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Odnosi się także do traktowania drugiego człowieka. To ostatnie najłatwiej zaobserwować w sklepie. Jak niektórzy klienci traktują personel (sprzedawców, kasjerki).

Pradawny sposób leczenia jajkiem i nauka we współczesnych zabobonach

sczachor

kursy_szamanskieLudowe zabobony (irracjonalne, czasem szkodliwe i groźne dla zdrowia a przynajmniej dla rozumu) nie są tylko domeną przeszłości i polem badawczym etnografów. Są naszą teraźniejszością, widoczną chociażby w księgarniach, gdzie brakuje wydzielonych półek dla książek naukowych i popularnonaukowych, dużo jest za to ezoteryki i zabobonów w nowym, popkulturowym  wydaniu. Nasz klient nasz pan… i dlatego w Empiku na półce z napisem astronomia znajdują się książki z tematyką astrologiczną (słowa jakże podobne ale znaczenie bardzo różne). Post-prawda na pierwszym planie … nie tylko w polityce.

Dla kulturoznawcy fascynujące może być ożywanie dawnych zabobonów w nowym, pseudonaukowym, nowoczesnym opakowaniu. Czytam fragment książki o pradawnym leczeniu jajem, zdejmowaniu uroków itd. Już we wstępie znajduje się sporo odwołań do fizyki. Z pozoru wygląda na naukowe uzasadnienie. Ale tylko bardzo z pozoru. Niemniej współczesny zabobon mocno czerpie z terminologii naukowej, jak kameleon upodobniając się do nauki. Taka kulturowa mimikra. Jak pająk kwietnik czy modliszka kwiatowa. Wtopiona w tło czeka na swoją ofiarę.

Są nie tylko książki ale i szkolenia czy konferencje. Dawne mity w całkiem nowym przebraniu. Ogromnie rozbawiło mnie zdejmowanie uroków (klątwy) z drzewa genealogicznego. Mamy więc jakieś odwołanie do współczesnej genetyki, bo ktoś coś słyszał o DNA. I o genealogii. Łatwo człowieka słabo wykształconego oszukać i omamić.

Kluczowe jest słowo „pradawne”. Czyli jakieś odwołanie do głębokiej tradycji. Pada na podatny grunt u poszukujących lokalnej tożsamości, poszukujących czegoś sprawdzonego przez wieki. Drugim elementem bywa pseudonaukowe uzasadnienie, pojawiają się różne słowa, wyrwane z naukowej terminologii (np. energia, DNA, genealogia), umiejscowione w zupełnie innym kontekście teoretycznym i odmiennym paradygmacie. Sprytnie (jeśli celowo) lub głupio (jeśli wynika z ignorancji) wmieszane są fakty z resztkami dawnych mitów. To drugie jest ciekawe. Jeśli współcześnie następuje aktualizacja do współczesnej kultury i pojęć, to może i w przeszłości tak samo było? Wtedy odcyfrowanie ścieżek dyspersji mitów i magicznych zabobonów staje się niezwykle frapujące i intrygujące. Taki kulturowy transfer przez wieki.

Nieustannie zadaję sobie pytanie „dlaczego”, skąd to się bierze. Poszukuję odpowiedzi, zadziwiony silną falą ruchów antyracjonalnych. Mimo wykształcenia w wielu obszarach pozostajemy ignorantami, stąd nawet osoby z tytułami naukowymi w jednej dziedzicznie, mogą pleść bzdury w innej. Tak jak pewien profesor genetyk (dendrolog) głoszący bzdury o ludziach żyjących w czasach dinozaurów. Uwodzi popularność i grupa wyznawców tych pseudonaukowych wynurzeń? Mój znajomy dowcipnie to nazywa: wykształceni ponad swoją inteligencję...

Silne są ruchy antyszczepionwe nie tylko w USA. Dobrze znanym przykładem u nas jest komisja do badania katastrofy samolotu w Smoleńsku z parówkowymi eksperymentami i rażącymi błędami w uzasadnianiu. Dlaczego znajduje to tak duży posłuch i zainteresowanie? Skąd się biorą wyznawczy takich antynaukowych teorii spiskowych? Przeciętnego człowieka może to przerażać ale chłodnego naukowca może zaciekawiać jako interesujący temat i obiekt badawczy.

Na tle tego renesansu pseudonaukowej magii i zabobonów (istniały zawsze, teraz może tylko dzięki internetowi i mediom tak łatwo się rozprzestrzeniają) powstał społeczny ruch obrony nauki. Na ulicach odbywają się demonstracje, w Polsce jednak są bardzo słabo widoczne.

Zdejmowanie uroków z drzewa genealogicznego. Wystarczy się chwilę zastanowić, by dostrzec absurd takiej oferty. Stare zabobony w nowym krajobrazie pojęciowym, odnoszącym się do sukcesów nauki. Kiedyś nasi przodkowie bali się uroków rzucanych przez czarownice, wiedźmy, ludzi „o złym oku”. Czym innym jest etnograficzne dokumentowanie zabobonów czy odtwarzanie ich z przeszłości (udokumentować, zrozumieć), a czym innym wplatanie nauki do współczesnych zabobonów.

15219472_1481539378526929_8862659860847903740_nZasmuca popularność teorii spiskowych. Kiedyś czarownica, demony, teraz jakieś domniemane siły, opisywane teoriami spiskowymi (Żydzi, masoni, jakieś tajemnicze służby wielkiego mocarstwa lub przemysłu, ONI, łącznie z UFO).

Mity o rytualnych mordach Żydów (od średniowiecza) sprawiały, że wielu ludzi uwierzyło w spreparowane dokumenty (co ich czyniło podatnymi na takie mistyfikacje i manipulacje?). Wykreowany dla celów politycznych mit o zamachu smoleńskim spełnia te same funkcje co kiedyś wiara w czarownice, południce i inne demony, smoki, czarne wołgi itd. Wiele osób uwierzyło w prokurowane dowody komisji, złożonej z antyspecjalistów, ale z tytułami naukowymi. Nauka w służbie zła, to smuci. Popularność uwodzi? Potrzeba sławy czy zwykła finansowa pazerność? Społeczne zapotrzebowanie na „czarownice” i siły zła? Wynikało by z tego, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak nasi przodkowie przed stuleciami czy tysiącami lat.

Dobrze to ilustruje spostrzeżenie: „Przekonanie, że światem rządzą siły, na które nie mamy wpływu, jest odwieczne. Kiedyś był to lęk przed złymi duchami, z czasem jednak zastąpił go człowiek – obcy, który chce posiąść nasze dobra, wykorzystać i zniszczyć.” (Agnieszka Krzemińska, Prawda historyczna”, Wielkie post, Niezbędnik Inteligenta, 1/20170).

A skoro są uroki i klątwy, to znajdzie się „specjalista” usuwający uroki, złe energie i co tylko jeszcze sobie klient zażyczy. Zmienia się tylko moda, raz są to techniki starożytnego Egiptu, raz Wschodu a raz prastare usuwanie uroków jajem. Proste metody by ustrzec przed groźnymi, niewidzialnymi siłami zła, czającymi się za rogiem....

Czym jest nauka ? Cz. 4. Nauki empiryczne

sczachor

przyrodniczePora przejść do nauk empirycznych, pośród których jest i biologia. Nauki empiryczne są podstawą współczesnej nauki i jej sukcesów. Wniosły w rozwoju nową metodę - weryfikowanie teorii przez doświadczenie (konfrontowanie z rzeczywistością), falsyfikację (próbę obalenia - wymyślanie takich doświadczeń, które mogłyby obalić analizowaną hipotezę).

W naukach empirycznych ważne są dwa elementy: weryfikowanie przez doświadczenie oraz logiczna spójność teorii. Jest więc element „matematyczny” i dedukcja tak jak w matematyce. Tyle tylko, że poszczególne elementy są nieco bardziej rozmyte, ale za to bardziej wyodrębnione („wyraźne”) niż w naukach humanistycznych. Jeśli porównywać fizykę i biologię, to ta pierwsza jest bardziej „umatematyzowana”, z bardziej dyskretnymi pojęciami i opisaniem elementów. Nieco bardziej precyzyjniejsza. Biologa jest bardziej „humanistyczna”, tj. pojęcia (przynajmniej w niektórych działach biologii) są bardziej niedookreślone, niejednoznaczne. W swoim rozwoju biologia coraz bardziej się „matematyzuje”, pojęcia - tak jak z komórek macierzystych - specjalizują się i nabierają jednoznaczności.

Język biologii coraz bardziej jest precyzyjny. Najpewniej to typowy rozwój każdej dyscypliny naukowej: od zbiorów rozmytych do bardziej klasycznych. Lub jak w sukcesji ekologicznej: od przewagi gatunków eurytopowych, oportunistycznych, do przewagi gatunków wyspecjalizowanych (i spadek międzygatunkowych oddziaływań o charakterze antagonistycznym).

Czasem biologia traktowana jest jako nauka „pamięciowa”, bo trzeba dużo faktów zapamiętać (różnorodność biologiczna na wszystkich poziomach jest niezwykle bogata i nie do ogarnięcia w jednym mózgu człowieczym). Niemniej w swoim rozwoju staje się coraz bardziej logiczną: wiele „stanów” da się logicznie „wyprowadzić” z warunków początkowych (założeń i aksjomatów), niejako można coraz bardziej rozwiązywać „równania biologiczne”. Tyle tylko, że jest znacznie więcej różnorodnych elementów. Ale kolejne teorie wprowadzają unifikację i przybliżają do „jednego wzoru na wszystko”.

Biologia jest w drodze od teorii zbiorów rozmytych do zbiorów klasycznych.

Wcześniej zarysowane zmiany między dyskretnością a abstrakcją (rozmyciem, erudycją) w postaci linowej, z gradientem zmian od matematyki, przez nauki przyrodnicze do humanistycznych z filozofią, można przedstawić w przestrzeni dwuwymiarowej. Jednocześnie można zaznaczyć i precyzyjne wyodrębnienie (zdefiniowanie) elementów oraz dedukcyjność i weryfikację empiryczną (nie wiem czy trafnie ujęta opozycja, ale tak mi przyszło do głowy to nazwać). Zamiast liniowego kontinuum uzyskujemy trójkąt. Oczywiście, gdyby wyróżnić poszczególne dyscypliny naukowe, utworzyłaby się z tego chmura. A jeśli wyodrębnić jeszcze kolejny „wymiar”, to model byłby trójwymiarowy, przestrzenny.

naukatrojwymiarowa

 

Ps. - przeczytaj całość: http://czachorowski1963.blogspot.com/2017/01/czym-jest-nauka.html

Wtedy lepiej będzie można zrozumieć kontekst całości i tego, powyżej fragmentu. 

Czym jest nauka ? Cz. 3. Matematyka

sczachor

matematykaRóżnorodność nauki jest ogromna. A ja w tej różnorodności poszukuję jakiegoś porządku, wykorzystując ogólną teorię systemów i biologiczne spojrzenie na systemy. (Przeczytaj część pierwszą).

W matematyce (o ile wiem) pojęcia są dyskretne, dobrze i wyraźnie zdefiniowane. Z aksjomatów i założeń wyprowadza się różne prawa (zasady, relacje między pojęciami, elementami itd.) na drodze dedukcyjnego rozwiązywania równań. Wynik tych równań jest jednoznaczny (jeśli są różnice to gdzieś jest błąd, możliwy do odnalezienia). Ale na przykład w naukach przyrodniczych, czy zwłaszcza humanistycznych, wynik może być zmienny i uzależniony od kontekstu lub „rozwiązującego” (wielość różnych „światów równoległych”).

W matematyce, jeśli przyjmuje się jakieś założenia i aksjomaty, to prawa dedukuje się w oparciu o tak przyjęte „niezmienniki”. Trudno powiedzieć czy w matematyce się odkrywa czy wymyśla (tworzy). Ale znajdujemy podobieństwa w systemach rzeczywistych. Dlatego język matematyki - przez swoją jednoznaczność i niezmienność - jest dobrym językiem dla innych nauk. Umatematyzowanie świadczy o dojrzałości danej nauki szczegółowej. Ów system jest bardziej „dojrzały” i rozwinięty, z bardziej dyskretnymi, niezmiennymi i jednoznacznymi elementami.

Symulacje komputerowe są w jakiś sposób zbliżone do systemów matematycznych: „rozwiązanie” zadania/równania następuje w wyniki zastosowania określonego algorytmu. Ale jeśli napiszemy algorytm (założenia i aksjomaty), to wynik będzie jednoznaczny i zawsze taki sam. Jak wynik równania matematycznego. Oczywiście możemy założyć w algorytmie przypadkowość, ale będzie to ściśle zdefiniowana i określona przypadkowość. Różnica między matematyką a symulacją komputerową jest jedynie taka, że w symulacji nie zawsze jesteśmy świadomi rzeczywistego algorytmu: staramy się go napisać wg własnych założeń, ale możemy nie uświadamiać sobie części działań algorytmu. Stąd nieco trudniejsze i obarczone niepewnością wnioskowanie. Dedukcja może być błędna (tak jakbyśmy przy rozwiązywaniu równania matematycznego nie zauważyli jakichś liczb czy znaków matematycznych. We wzorze matematycznym wszystko widać „na wierzchu”.

Kiedyś do symulacji (modelowania) naukowcy wykorzystywali tylko równania matematyczne (inna sprawa, że także mogli popełniać błędy w rozwiązaniu - niemniej wszystko było widoczne i każdy mógł samodzielnie sprawdzić niezależnie od pierwszego autora). W symulacjach komputerowych śledzenie algorytmu jest trudniejsze (bo bardziej złożone), jak i nie zawsze ten algorytm się upublicznia. Jednak ze względu na proste użytkowanie, współcześnie naukowcy do symulacji i modelowania znacznie częściej wykorzystują komputery (symulacje i modele). „Liczenie” i wynik nawet złożonych równań przychodzi bez porównania szybciej.

Uproszczenia w symulacjach komputerowych są konieczne, by analizować mniejszą liczbę czynników i relacji między elementami badanego układu. Te uproszczenia są podobne do języka matematyki - także nie wiemy czy odkrywamy w ten sposób świat materialny czy tworzymy (odkrycie czy wynalazek). Język matematyki, a obecnie także symulacje komputerowe i gry, w coraz większym stopniu wykorzystywane są do opisu świata materialnego, i to zarówno w naukach empirycznych jak i humanistycznych.

Na koniec przykład z szachami (symulacja „analogowa”). Kilka prostych figur (elementów), jednoznacznie zdefiniowanych (albo wieża, albo goniec, albo pionek itd., nic przejściowego), kilka prostych reguł (plansza i zasady ruchu) i już można poruszać się w tym świecie. Odkrywać jego własności (rozwiązywać równania). Liczba możliwych partii jest ogromna. Takich chaos deterministyczny.

Marzeniem jest jeden wzór na wszystko, z którego to wzoru wszystkie inne wzory szczegółowe, prawidłowości itd. można wyprowadzić. Taki święty Graal nauki… poznanie wszystkiego.

c.d.n.

Czym jest nauka ? cz. 1

sczachor

naukablog1Tytułowe pytanie nurtowało mnie najpierw osobiście, odkąd zacząłem studia a potem, gdy zaczynałem pracę na uczelni. Ciągle się przewija, bo przybywa własnego doświadczenia jak i kolejnych przeczytanych książek na ten temat. I przeprowadzonych rozmów. Czym jest to, co uprawiam (robię) i jakie to powinno być, by było w pełni naukowe? To próba zrozumienia a nie tylko odtwórczego naśladowania (bo tak się robi). Nie lubię robić czegoś, gdy nie znam sensu i celu.

Teraz wracam do tego tytułowego pytania z racji prowadzonych zajęć dydaktycznych (seminarium dyplomowe). Muszę prostym językiem wyjaśnić studentom to, do czego latami dochodziłem. By wiedzieli czym jest i na czym polega ich praca dyplomowa (licencjacka, magisterska itd.). Opowiadanie innym ma także tę zaletę, że pomaga samemu pełniej zrozumieć. Zwłaszcza, gdy trzeba ciągle poszukiwać bardziej prostych i zrozumiałych określeń, form interpretacji it. A o nauce musiałem już opowiadać nie tylko magistrantom i licencjatom na kierunku biologia czy biotechnologia, ale także na pielęgniarstwie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. Czasem także nauczycielom na studiach podyplomowych czy uczniom w ramach edukacji pozaformalnej. A zatem humanistom, inżynierom i przyrodnikom, w odniesieniu do prac przeglądowych jak i badawczych czy aplikacyjnych i przeglądowych. Sprzyjające okoliczności do nowych przemyśleń.

I jest jeszcze trzeci motyw rozpoczęcia tego cyklu blogowego - poszukiwanie nowych form urządzania przestrzeni edukacyjnej (czytaj też Ile czasu potrzeba by przygotować wykład?), poszerzania tradycyjnego wykładu czy zajęć seminaryjnych. Próba wykorzystania zarówno ryślenia (myślografia) jak i współpracy w chmurze. Ten wpis jest jednym z puzzli, które niebawem spróbuję poukładać w jedną całość. Jest przygotowywaniem gruntu dla tych, z którymi rozpocznę zajęcia w nowym semestrze a podsumowaniem dla tych, którzy się ze mną jakiś czasem temu spotykali. Załączony rysunek jest abstraktem graficznym całego wywodu.

W zaprezentowanym niżej poglądzie na naukę będzie bardzo wyraźnie przebijać podejście systemowe (ogólna teoria systemów) jak i biologizm - poszukiwanie podobieństw między ewolucją kulturową a biologiczną, poszukiwanie ogólnego modelu dla struktur biologicznych jak i kulturowych.

Nauka jest systemem, całościowym systemem powiązanych ze sobą różnorodnych elementów (definicji, pojęć, opisów, obserwacji, teorii itd.). Nie jest luźnym zbiorem faktów i nie powstaje przez proste dodawanie kolejnych odkryć, obserwacji, eksperymentów. Rozwija się także jak system (biologiczny system), czyli przez reorganizację powiązanych ze sobą elementów. Tak jak organizm nie tylko rośnie na wielkość ale i się rozwija (wewnętrznie reorganizuje). Porównać można to rozwoju owada: najpierw jajo, potem kolejne (czasem różniące się) stadia larwalne, potem przepoczwarczenie i jak po rewolucji paradygmatu pojawia się z tego samego coś zupełnie innego - owad doskonały.

Nauka jako system może być rozpatrywana jak własny, indywidualny system wiedzy (w naszym mózgu) - tak jak organizm oraz jako nauka wspólna, ogólnoludzki system wiedzy (niczym ekosystem lub metapopulacja). Ten ogólnoludzki system wiedzy jest niejednorodny, ziarnisty, z odmiennymi nieco wyspani i widoczną sukcesją (sukcesją ekologiczną jak w ekosystemie). Nauka jak organizm i ekosystem (lub zróżnicowana metapopulacja), gdzie można mówić o ontogenezie (indywidualnym budowaniu wiedzy) jak i filogenezie - ewolucyjnym kształtowaniu się całej metapopulacji (systemu wiedzy).

Nauka jako system rośnie - zarówno w naszej głowie (ontogeneza) jak i w sensie całego systemu (porównanie do metapopulacji i ekosystemu a więc do ewolucji). Można zatem napisać, że indywidualna ontogeneza wiedzy jest w uproszczeniu rekapitulacją filogenezę (rozwoju ogólnoludzkiego systemu wiedzy). Z najróżniejszymi meandrami, regresami czy gwałtownymi radiacjami adaptacyjnymi.

System istnieje w środowisku. Rozwija się w relacji ze środowiskiem. Poprzez obserwacje i eksperymenty pojawiają się nowe elementy tego systemu (w tym także teorie i paradygmaty). Obserwacja - to bierne pozyskiwanie faktów. Eksperyment to aktywne działanie i obserwowanie reakcji.

naukablog2Jeśli naukę rozpatrywać jako system, to w miarę rozwoju obserwujemy nie tylko wzrost liczby elementów: pojęć, obserwacji, danych, koncepcji, relacji i teorii, ale także wzajemne dostrajanie się tych różnorodnych elementów. Obserwujemy wzrost sprawności i efektywności działania (np. pojęcia są doprecyzowywane, uszczegóławiane itd.). Pojęcia kształtują się w relacji do innych pojęć oraz do teorii. I zmienia się to w czasie.

Fakty nie istnieją samodzielnie, ale są elementem teorii. Pięknie opisywał to Ludwik Fleck na przykładzie medycyny. Pojęcie łona kobiecego jest elementem konkretnego pojmowania (modelu) człowieka i nie da się wpasować do współczesnej anatomii (np. próbować ustalić za pomocą współczesnych pojęć organów, narządów i tkanek z czego zbudowane jest łono). Ten fakt pojęć pochodzących z różnych teorii i paradygmanów wprawia w zakłopotanie niejednego studenta. Bo wszytko chciałoby się połączyć w jedno (i na potrzeby egzaminu i aby jakoś to rozumem ogarnąć), dostosować, uporządkować. A to nie jest możliwe. Historia rozwoju nauki gdzieś nam umyka. To tak jakby wysypać na kuwetę fragmenty narządów od różnych zwierząt i próbować złożyć w jeden organizm.

Poszczególne działy nauki różnią się między sobą spójnością (precyzją) połączonych elementów: precyzją zdefiniowanych pojęć jak i zasad (relacji) między tymi pojęciami. Jedne przypominają zbiory klasyczne, inne zbiory rozmyte. W matematyce pojęcia są najbardziej dyskretne. Są ostre i dyskretne, z wyraźnymi granicami. Z aksjomatów można dedukować prawa i prawidłowości (relacje) między elementami. Inaczej jest w filozofii i naukach humanistycznych. Tu pojęcia są bardzo nieostre, słabiej zdefiniowane (rozmyte). Jednocześnie funkcjonuje wiele różnych ujęć, definicji, wiele różnych relacji między tymi nieostrymi pojęciami. Dedukowanie jest obarczone większa niedokładnością i mniejszą precyzją (bardziej pasuje teoria zbiorów rozmytych). Zamiast równania pojawia się złożony dowód i argumentacja, mniej lub bardziej przekonująca. W naukach przyrodniczych jest nieco inaczej. Tak pomiędzy matematyką a filozofią. Z tym, że wyraźnie akcentowane jest doświadczenie (eksperyment). Dowodzi się nie tylko przez dedukcję (tak jak w matematyce czy filozofii) ale o wiele bardziej przez eksperyment i empiryczną falsyfikację.

Matematyka - nauki przyrodnicze - filozofia i nauki humanistyczne to uproszczony gradient systemowego wyróżnienia elementów. Ale można ułożyć nie tylko liniowy gradient ale i trójkąt (wtedy uwzględniona zostanie także empiria).

Nauka: Z czego się składa i jak to działa? W moim odczuciu bardziej jako ekosystem niż organizm (bo mniej zintegrowany, a poszczególne elementy mniej niezbędne). Tylko fragmentami bardziej integrowana, tak jak organizmy w ekosystemie.

C.d.n.

A niżej rysunek dla przypomnienia całego środowiska edukacyjnego, dotyczącego wykładu i powiązanych z nim elementów. Niniejszy wpis blogowy jest właśnie elementem tego środowiska edukacyjnego. Eksperymentuję. Jak zwykle najpierw na sobie samym, zanim zacznę polecać takie rozwiązania moim studentom (w szerokim rozumieniu tego słowa).

Dlaczego ludzie chodzą do kawiarni? W Olsztynie i nie tylko.

sczachor

13925281_1594408320859492_7424008191371446158_nA wszystko przez pana redaktora z Gazety, bo zadzwonił i się pytał. Pytał się dlaczego upadają ciekawe i ambitne kawiarnie/restauracje w Olsztynie. Zapytał. A ja się zacząłem zastanawiać, po co ludzie przychodzą do kawiarni/herbaciarni/restauracji itd.? A co, w domu tego nie mają? I to przecież taniej? Najpierw będzie przykład a potem kilka refleksji ogólnych.

W Gazecie Wyborczej (link) jednym z podanych przykładów jest TaskBike Cafe. Niby ciekawy lokal, ale oferta nie przyjęła się. Winą obarczani są sami olsztyniacy. Bo w innych, dużych miastach podobne lokale trzymają się nieźle. Pewnie powodów jest wiele, ale lokalizacja kawiarni dla rowerzystów przy brukowanej i stromej ulicy... jest co najmniej dziwnym pomysłem. Przecież tam rzadko rowerzyści jeżdżą. Ja byłem raz, przywiedziony ciekawą reklamą i informacjami w mediach o interesujących spotkaniach. Rowerem wybrałem się specjalnie, bo chciałem oddać do przeglądu przed sezonem. Było ciężko, pod stromą górę po kocich łbach. Ale motywację miałem dużą. I ciekawość. Dla rowerzystów dojazd wyjątkowo trudny. Wystrój wnętrza bardzo ciekawy i klimatyczny, kawa smaczna. I możliwości przeglądu roweru. Wydawało się fajnie. Ale po rower musiałem wrócić na drugi dzień. I tu był zgrzyt, cena wysoka o usługa fatalna. Źle i niebezpiecznie ustawione hamulce (groziło wypadkiem). Wymiana części chyba na wyrost (odkręcono osłonę na łańcuch i teraz mam problem bop wystają "druty"). Poczułem się naciągnięty i wyrolowany. Urok kawiarni prysł, bo kojarzył się niesympatycznie. Możliwe, że jestem jedyną osobą źle i drogo obsłużoną. Ale jeśli było takich osób więcej, to przy nietrafionej lokalizacji brak solidności mógł zniechęcać do zbyt częstego odwiedzania. Solidność to podstawa na długi biznes.

Niedawno odwiedziła mnie pani z Kielc i zachwalała klimat olsztyńskiej Starówki, że w ładnych wnętrzach siedzą ludzie i rozmawiają, jak w domu. Ją to zachwyciło. W lokalach, które poleciłem, nie znalazła wolnych miejsc... A że poza sezonem, to najwyraźniej nie turyści zapełniali wnętrza. Czyli z tymi olsztyniakami nie jest tak źle, jak o nich w gazetach czy anonimowych, internetowych komentarzach piszą. Nie pierwsza to bardzo pozytywna opinia osób z daleka o naszym kawiarniano-pubowym życiu olsztyńskim, jaką własnousznie słyszałem. Możliwie, że sami Olsztyna nie doceniamy. Przywykliśmy.

Przesadą jest więc narzekanie, że „olsztyniacy nie dorośli” do hipsterskich lokali. Może jest inna przyczyna, np. cenowa. Zarobki nasze nie są wysokie a ceny często warszawsko-krakowskie. Albo i wyższe. Wysokie ceny są może dlatego, że czynsze są zbyt drogie. Może warto przytoczyć przykład lokalu dawnego Kina Awangarda - kultowe kino wyrzucone (i już się nie wróci, zaprzepaszczona atrakcja i klimat), a lokal po remoncie od kilku lat stoi pusty. Pazerność kogoś zawiodła….

Ceny dań w Krakowie, wokół Starego Rynku bywają niższe niż w Olsztynie. Na pewno są zróżnicowane, nawet w jednym lokalu, od niskich po wysokie, dla każdego turysty. Może dlatego, że w Krakowie dużo turystów i ruch większy? A i samochodów tam nie ma, tylko dorożki i meleksy. Mimo że stare miasto daleko większe od naszego. Widać chodzenie pieszo nie przeszkadza w biznesach.

Może za mało kultury na olsztyńskiej, małe Starówce? Np. bo po co chodzi się do kawiarni? Spotkać się czy zaspokoić się gastronomicznie? Powodów jest zapewne wiele. Czy ludzie przychodzą dla dobrej kawy (w ogólności dla dobrej gastronomii) czy dla towarzystwa? Bo smacznie czy też kupują unikalne doznanie, unikalne przeżycie? Przez wysokie czynsze galerie sztuki na Starym Mieście też się nie utrzymały.

Pierwszy pomysł jaki mi przychodzi do głowy, dlaczego ludzie odwiedzają różne lokale gastronomiczne, jest taki - bo smacznie dają czy to herbatę, kawę, drinki czy coś do zjedzenia. Turysta je z konieczności (bo do domu daleko) i w poszukiwaniu przygody. Miejscowy je w lokalu tylko wtedy, gdy smacznie lub nagła potrzeba przypili zjeść poza domem. Są lokale z wyjątkowym smakiem i jakością. Tam się chodzi dla przygody i doznania kulinarnego. Tak jak kieszeń pozwoli. Podstawą jest dobra jakość. Mam swoje ulubione lokale, z wysoką jakością. Tam zawsze warto pójść.

A kawa? Lub piwo? Ceny spore, prawie warszawskie. Jeśli nie idzie za nią jakość, to motywacji do częstszych odwiedzin też nie ma.

Drugi możliwy powód to ciekawe i nastrojowe wnętrze. Swoista przygoda. Bywamy w poszukiwaniu doznań, przeżyć, wrażeń. I takich lokali nie brakuje w Olsztynie (jak i każdym innym miejscu). Dawna cyganeria w kawiarniach zaznawała luksusu, mieszkała w "norach" - bo byli niezamożni. Ale teraz inne czasy. Teraz mamy luksusy w domach. Pewien profesor wyznał mi, że woli w domu siedzieć (ładny dom), na kanapie z piwem przed telewizorem. Luksus ma w domu, nie musi go szukać „na mieście”.

Trzeci powód to spotkanie z ludźmi. Z przyjaciółmi, znajomymi lub zupełnie nieznajomymi. Kawiarnie i restauracje to przestrzeń publiczna, w której możemy zaspokajać swoje ludzkie potrzeby kontaktu i społecznych doznań. Dawnych salonów mieszczańskich nie doświadczyłem. Tylko w młodości, w czasach licealnych, schodziliśmy się po naszych mieszkaniach i domach. Rzadko w lodziarni czy kawiarni, bo mało ich było i nas nie było stać. Spotkanie towarzyskie na miarę naszych kieszeni. Herbata zrobiona w domu. Czasem coś do herbaty. Zatem przyciąga wnętrze, które ułatwia kontakty. Byle nie było to miejsce za drogie (latem park i jezioro jest dużą konkurencją). Może dlatego lokale alkoholowe wieczorami są pełniejsze? Alkohol ułatwia kontakty i zmniejsza nieśmiałość. Czyli przychodzimy do lokali dla… ludzi, których tam możemy spotkać. W domu tego zazwyczaj nie ma. Czasem jest muzyka na żywo. Nie ta puszczana z urządzenia, ale normalni, grający ludzie. Bliski kontakt. Odczucie unikalności i wyjątkowości.

Zatem powodów do odwiedzin olsztyńskich lokali gastronomicznych jest wiele. I przeszkód jest wiele, np. ceny w stosunku do zarobków. Że studentów jest mało? Bynajmniej, studentów jest wielu, w tym tych pracujących za barem i kelnerską tacą.

Jedno małe podsumowanie: będzie więcej odwiedzających, gdy znajdą coś, czego nie mają w domu. Kiedy wiele lat temu zakładaliśmy olsztyńską kawiarnię naukową i odbywały się pierwsze spotkania, to tułaliśmy się po różnych lokalach, szukając przyjaznego i życzliwego kąta. Wybraliśmy Starówkę, bo na uczelni (wtedy jeszcze WSP) nie było dobrego miejsca. Znaleźliśmy więc na Starówce i klimat i warunki do nieformalnych spotkań pracowników oraz studentów jak i wszystkich przygodnych „cywilnych” a zaciekawionych. Tułaliśmy się po różnych lokalach (niektórych już nie ma), szukając przystani. I dalej się tułamy. Zawędrowaliśmy nawet do Barczewa, przy okazji odkrywając urokliwy klimat warmińskiego miasteczka. Niektórzy nas przyjmują bardziej życzliwie. I tam się częściej spotykamy. I zostaje coś więcej niż tylko opłacone rachunki. Swoista wartość dodana, wspólnie wytworzona.

Co zrobić, żeby się biznes udał? Skoro dla ludzi, to zainwestować w przychodzących ludzi. Jak? Nie będę pisał. Mądrej głowie, dość dwie słowie. Nie brakuje w Olsztynie „cyganerii” i ludzi tworzących niepowtarzalną aurę wokół siebie. A jeśli na Starówce czynsze są zbyt wysokie (jak na olsztyńskie warunki) to mogą być i inne miejsca.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci