Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

przemyślenia

Grzyb na drzewie czy raczej szczyt ślepego egoizmu?

sczachor

18519801_1506147009416498_2666914816872597490_nKoło mojego bloku niedawno wycięto piękną wierzbę a dwie pozostałe mocno ogołocono z gałęzi. Stoją jak kikuty. Nieoficjalnie można było się dowiedzieć, że wycięto… bo liście spadały na zaparkowane w pobliżu samochody i brudziły karoserię. Ewidentnie ktoś mocno w siebie zapatrzony nie potrafi dostrzec innych korzyści z dużego drzewa w mieście. Ot chociażby takiego, że samochód stoi w cieniu a nie na słońcu. Zbliża się upalne lato… A w szerszym kontekście zieleń w mieście to poprawa zdrowia i samopoczucia ludzi. To „urządzenia" nie tylko produkujące tlen, zmniejszające ilość zanieczyszczeń (w tym pyłów), wytłumiające hałas ale i „urządzenia” produkujące fitoncydy i oczyszczające powietrze z bakterii. To obiekty, które człowiekowi poprawiają samopoczucie. Nie tylko oczy ale i cały człowiek najlepiej wypoczywa patrząc na zieleń, na przyrodę. No cóż, skrajni i krótkowzroczni (w sensie wyobraźni) egoiści niszczą publiczną przestrzeń nie tylko dla siebie…ale i dla innych.

Na zdjęciu zamieszczonym wyżej  wcale nie jest uwidoczniony grzyb, mimo że z daleka podobny jest do żółciaka siarkowego. Zdjęcia przysłała mi znajoma z takim komentarzem: „Z fascynacją przyglądałam się pstrykanemu grzybkowi, który fociłam – pośród wiosennej zieleni... Tym razem fascynacja zmieniła się w złość na człowieka. Pani, którą na spacer wyprowadził husky, nie mykolog wcale, wyjaśniła mi, że to nie grzyb, to pianka. Była tu dziupla, gniazdo ptaków, którą zakleił pianką jakiś facet, bo mu ptaszki brudziły parkowany pod drzewem samochód... Barbarzyńca, tą pianką sama bym go potraktowała...”

Lex Szyszko jedynie ujawniło i usankcjonowało (dowartościowało) duże pokłady szkodliwego egoizmu. Bez wyobraźni, bez liczenia się z negatywnymi skutkami własnych działań. I dotyczy to nie tylko traktowania przyrody jako dobra wspólnego i przestrzeni publicznej. Odnosi się także do traktowania drugiego człowieka. To ostatnie najłatwiej zaobserwować w sklepie. Jak niektórzy klienci traktują personel (sprzedawców, kasjerki).

Pradawny sposób leczenia jajkiem i nauka we współczesnych zabobonach

sczachor

kursy_szamanskieLudowe zabobony (irracjonalne, czasem szkodliwe i groźne dla zdrowia a przynajmniej dla rozumu) nie są tylko domeną przeszłości i polem badawczym etnografów. Są naszą teraźniejszością, widoczną chociażby w księgarniach, gdzie brakuje wydzielonych półek dla książek naukowych i popularnonaukowych, dużo jest za to ezoteryki i zabobonów w nowym, popkulturowym  wydaniu. Nasz klient nasz pan… i dlatego w Empiku na półce z napisem astronomia znajdują się książki z tematyką astrologiczną (słowa jakże podobne ale znaczenie bardzo różne). Post-prawda na pierwszym planie … nie tylko w polityce.

Dla kulturoznawcy fascynujące może być ożywanie dawnych zabobonów w nowym, pseudonaukowym, nowoczesnym opakowaniu. Czytam fragment książki o pradawnym leczeniu jajem, zdejmowaniu uroków itd. Już we wstępie znajduje się sporo odwołań do fizyki. Z pozoru wygląda na naukowe uzasadnienie. Ale tylko bardzo z pozoru. Niemniej współczesny zabobon mocno czerpie z terminologii naukowej, jak kameleon upodobniając się do nauki. Taka kulturowa mimikra. Jak pająk kwietnik czy modliszka kwiatowa. Wtopiona w tło czeka na swoją ofiarę.

Są nie tylko książki ale i szkolenia czy konferencje. Dawne mity w całkiem nowym przebraniu. Ogromnie rozbawiło mnie zdejmowanie uroków (klątwy) z drzewa genealogicznego. Mamy więc jakieś odwołanie do współczesnej genetyki, bo ktoś coś słyszał o DNA. I o genealogii. Łatwo człowieka słabo wykształconego oszukać i omamić.

Kluczowe jest słowo „pradawne”. Czyli jakieś odwołanie do głębokiej tradycji. Pada na podatny grunt u poszukujących lokalnej tożsamości, poszukujących czegoś sprawdzonego przez wieki. Drugim elementem bywa pseudonaukowe uzasadnienie, pojawiają się różne słowa, wyrwane z naukowej terminologii (np. energia, DNA, genealogia), umiejscowione w zupełnie innym kontekście teoretycznym i odmiennym paradygmacie. Sprytnie (jeśli celowo) lub głupio (jeśli wynika z ignorancji) wmieszane są fakty z resztkami dawnych mitów. To drugie jest ciekawe. Jeśli współcześnie następuje aktualizacja do współczesnej kultury i pojęć, to może i w przeszłości tak samo było? Wtedy odcyfrowanie ścieżek dyspersji mitów i magicznych zabobonów staje się niezwykle frapujące i intrygujące. Taki kulturowy transfer przez wieki.

Nieustannie zadaję sobie pytanie „dlaczego”, skąd to się bierze. Poszukuję odpowiedzi, zadziwiony silną falą ruchów antyracjonalnych. Mimo wykształcenia w wielu obszarach pozostajemy ignorantami, stąd nawet osoby z tytułami naukowymi w jednej dziedzicznie, mogą pleść bzdury w innej. Tak jak pewien profesor genetyk (dendrolog) głoszący bzdury o ludziach żyjących w czasach dinozaurów. Uwodzi popularność i grupa wyznawców tych pseudonaukowych wynurzeń? Mój znajomy dowcipnie to nazywa: wykształceni ponad swoją inteligencję...

Silne są ruchy antyszczepionwe nie tylko w USA. Dobrze znanym przykładem u nas jest komisja do badania katastrofy samolotu w Smoleńsku z parówkowymi eksperymentami i rażącymi błędami w uzasadnianiu. Dlaczego znajduje to tak duży posłuch i zainteresowanie? Skąd się biorą wyznawczy takich antynaukowych teorii spiskowych? Przeciętnego człowieka może to przerażać ale chłodnego naukowca może zaciekawiać jako interesujący temat i obiekt badawczy.

Na tle tego renesansu pseudonaukowej magii i zabobonów (istniały zawsze, teraz może tylko dzięki internetowi i mediom tak łatwo się rozprzestrzeniają) powstał społeczny ruch obrony nauki. Na ulicach odbywają się demonstracje, w Polsce jednak są bardzo słabo widoczne.

Zdejmowanie uroków z drzewa genealogicznego. Wystarczy się chwilę zastanowić, by dostrzec absurd takiej oferty. Stare zabobony w nowym krajobrazie pojęciowym, odnoszącym się do sukcesów nauki. Kiedyś nasi przodkowie bali się uroków rzucanych przez czarownice, wiedźmy, ludzi „o złym oku”. Czym innym jest etnograficzne dokumentowanie zabobonów czy odtwarzanie ich z przeszłości (udokumentować, zrozumieć), a czym innym wplatanie nauki do współczesnych zabobonów.

15219472_1481539378526929_8862659860847903740_nZasmuca popularność teorii spiskowych. Kiedyś czarownica, demony, teraz jakieś domniemane siły, opisywane teoriami spiskowymi (Żydzi, masoni, jakieś tajemnicze służby wielkiego mocarstwa lub przemysłu, ONI, łącznie z UFO).

Mity o rytualnych mordach Żydów (od średniowiecza) sprawiały, że wielu ludzi uwierzyło w spreparowane dokumenty (co ich czyniło podatnymi na takie mistyfikacje i manipulacje?). Wykreowany dla celów politycznych mit o zamachu smoleńskim spełnia te same funkcje co kiedyś wiara w czarownice, południce i inne demony, smoki, czarne wołgi itd. Wiele osób uwierzyło w prokurowane dowody komisji, złożonej z antyspecjalistów, ale z tytułami naukowymi. Nauka w służbie zła, to smuci. Popularność uwodzi? Potrzeba sławy czy zwykła finansowa pazerność? Społeczne zapotrzebowanie na „czarownice” i siły zła? Wynikało by z tego, że w gruncie rzeczy jesteśmy tacy sami jak nasi przodkowie przed stuleciami czy tysiącami lat.

Dobrze to ilustruje spostrzeżenie: „Przekonanie, że światem rządzą siły, na które nie mamy wpływu, jest odwieczne. Kiedyś był to lęk przed złymi duchami, z czasem jednak zastąpił go człowiek – obcy, który chce posiąść nasze dobra, wykorzystać i zniszczyć.” (Agnieszka Krzemińska, Prawda historyczna”, Wielkie post, Niezbędnik Inteligenta, 1/20170).

A skoro są uroki i klątwy, to znajdzie się „specjalista” usuwający uroki, złe energie i co tylko jeszcze sobie klient zażyczy. Zmienia się tylko moda, raz są to techniki starożytnego Egiptu, raz Wschodu a raz prastare usuwanie uroków jajem. Proste metody by ustrzec przed groźnymi, niewidzialnymi siłami zła, czającymi się za rogiem....

Czym jest nauka ? Cz. 4. Nauki empiryczne

sczachor

przyrodniczePora przejść do nauk empirycznych, pośród których jest i biologia. Nauki empiryczne są podstawą współczesnej nauki i jej sukcesów. Wniosły w rozwoju nową metodę - weryfikowanie teorii przez doświadczenie (konfrontowanie z rzeczywistością), falsyfikację (próbę obalenia - wymyślanie takich doświadczeń, które mogłyby obalić analizowaną hipotezę).

W naukach empirycznych ważne są dwa elementy: weryfikowanie przez doświadczenie oraz logiczna spójność teorii. Jest więc element „matematyczny” i dedukcja tak jak w matematyce. Tyle tylko, że poszczególne elementy są nieco bardziej rozmyte, ale za to bardziej wyodrębnione („wyraźne”) niż w naukach humanistycznych. Jeśli porównywać fizykę i biologię, to ta pierwsza jest bardziej „umatematyzowana”, z bardziej dyskretnymi pojęciami i opisaniem elementów. Nieco bardziej precyzyjniejsza. Biologa jest bardziej „humanistyczna”, tj. pojęcia (przynajmniej w niektórych działach biologii) są bardziej niedookreślone, niejednoznaczne. W swoim rozwoju biologia coraz bardziej się „matematyzuje”, pojęcia - tak jak z komórek macierzystych - specjalizują się i nabierają jednoznaczności.

Język biologii coraz bardziej jest precyzyjny. Najpewniej to typowy rozwój każdej dyscypliny naukowej: od zbiorów rozmytych do bardziej klasycznych. Lub jak w sukcesji ekologicznej: od przewagi gatunków eurytopowych, oportunistycznych, do przewagi gatunków wyspecjalizowanych (i spadek międzygatunkowych oddziaływań o charakterze antagonistycznym).

Czasem biologia traktowana jest jako nauka „pamięciowa”, bo trzeba dużo faktów zapamiętać (różnorodność biologiczna na wszystkich poziomach jest niezwykle bogata i nie do ogarnięcia w jednym mózgu człowieczym). Niemniej w swoim rozwoju staje się coraz bardziej logiczną: wiele „stanów” da się logicznie „wyprowadzić” z warunków początkowych (założeń i aksjomatów), niejako można coraz bardziej rozwiązywać „równania biologiczne”. Tyle tylko, że jest znacznie więcej różnorodnych elementów. Ale kolejne teorie wprowadzają unifikację i przybliżają do „jednego wzoru na wszystko”.

Biologia jest w drodze od teorii zbiorów rozmytych do zbiorów klasycznych.

Wcześniej zarysowane zmiany między dyskretnością a abstrakcją (rozmyciem, erudycją) w postaci linowej, z gradientem zmian od matematyki, przez nauki przyrodnicze do humanistycznych z filozofią, można przedstawić w przestrzeni dwuwymiarowej. Jednocześnie można zaznaczyć i precyzyjne wyodrębnienie (zdefiniowanie) elementów oraz dedukcyjność i weryfikację empiryczną (nie wiem czy trafnie ujęta opozycja, ale tak mi przyszło do głowy to nazwać). Zamiast liniowego kontinuum uzyskujemy trójkąt. Oczywiście, gdyby wyróżnić poszczególne dyscypliny naukowe, utworzyłaby się z tego chmura. A jeśli wyodrębnić jeszcze kolejny „wymiar”, to model byłby trójwymiarowy, przestrzenny.

naukatrojwymiarowa

 

Ps. - przeczytaj całość: http://czachorowski1963.blogspot.com/2017/01/czym-jest-nauka.html

Wtedy lepiej będzie można zrozumieć kontekst całości i tego, powyżej fragmentu. 

Czym jest nauka ? Cz. 3. Matematyka

sczachor

matematykaRóżnorodność nauki jest ogromna. A ja w tej różnorodności poszukuję jakiegoś porządku, wykorzystując ogólną teorię systemów i biologiczne spojrzenie na systemy. (Przeczytaj część pierwszą).

W matematyce (o ile wiem) pojęcia są dyskretne, dobrze i wyraźnie zdefiniowane. Z aksjomatów i założeń wyprowadza się różne prawa (zasady, relacje między pojęciami, elementami itd.) na drodze dedukcyjnego rozwiązywania równań. Wynik tych równań jest jednoznaczny (jeśli są różnice to gdzieś jest błąd, możliwy do odnalezienia). Ale na przykład w naukach przyrodniczych, czy zwłaszcza humanistycznych, wynik może być zmienny i uzależniony od kontekstu lub „rozwiązującego” (wielość różnych „światów równoległych”).

W matematyce, jeśli przyjmuje się jakieś założenia i aksjomaty, to prawa dedukuje się w oparciu o tak przyjęte „niezmienniki”. Trudno powiedzieć czy w matematyce się odkrywa czy wymyśla (tworzy). Ale znajdujemy podobieństwa w systemach rzeczywistych. Dlatego język matematyki - przez swoją jednoznaczność i niezmienność - jest dobrym językiem dla innych nauk. Umatematyzowanie świadczy o dojrzałości danej nauki szczegółowej. Ów system jest bardziej „dojrzały” i rozwinięty, z bardziej dyskretnymi, niezmiennymi i jednoznacznymi elementami.

Symulacje komputerowe są w jakiś sposób zbliżone do systemów matematycznych: „rozwiązanie” zadania/równania następuje w wyniki zastosowania określonego algorytmu. Ale jeśli napiszemy algorytm (założenia i aksjomaty), to wynik będzie jednoznaczny i zawsze taki sam. Jak wynik równania matematycznego. Oczywiście możemy założyć w algorytmie przypadkowość, ale będzie to ściśle zdefiniowana i określona przypadkowość. Różnica między matematyką a symulacją komputerową jest jedynie taka, że w symulacji nie zawsze jesteśmy świadomi rzeczywistego algorytmu: staramy się go napisać wg własnych założeń, ale możemy nie uświadamiać sobie części działań algorytmu. Stąd nieco trudniejsze i obarczone niepewnością wnioskowanie. Dedukcja może być błędna (tak jakbyśmy przy rozwiązywaniu równania matematycznego nie zauważyli jakichś liczb czy znaków matematycznych. We wzorze matematycznym wszystko widać „na wierzchu”.

Kiedyś do symulacji (modelowania) naukowcy wykorzystywali tylko równania matematyczne (inna sprawa, że także mogli popełniać błędy w rozwiązaniu - niemniej wszystko było widoczne i każdy mógł samodzielnie sprawdzić niezależnie od pierwszego autora). W symulacjach komputerowych śledzenie algorytmu jest trudniejsze (bo bardziej złożone), jak i nie zawsze ten algorytm się upublicznia. Jednak ze względu na proste użytkowanie, współcześnie naukowcy do symulacji i modelowania znacznie częściej wykorzystują komputery (symulacje i modele). „Liczenie” i wynik nawet złożonych równań przychodzi bez porównania szybciej.

Uproszczenia w symulacjach komputerowych są konieczne, by analizować mniejszą liczbę czynników i relacji między elementami badanego układu. Te uproszczenia są podobne do języka matematyki - także nie wiemy czy odkrywamy w ten sposób świat materialny czy tworzymy (odkrycie czy wynalazek). Język matematyki, a obecnie także symulacje komputerowe i gry, w coraz większym stopniu wykorzystywane są do opisu świata materialnego, i to zarówno w naukach empirycznych jak i humanistycznych.

Na koniec przykład z szachami (symulacja „analogowa”). Kilka prostych figur (elementów), jednoznacznie zdefiniowanych (albo wieża, albo goniec, albo pionek itd., nic przejściowego), kilka prostych reguł (plansza i zasady ruchu) i już można poruszać się w tym świecie. Odkrywać jego własności (rozwiązywać równania). Liczba możliwych partii jest ogromna. Takich chaos deterministyczny.

Marzeniem jest jeden wzór na wszystko, z którego to wzoru wszystkie inne wzory szczegółowe, prawidłowości itd. można wyprowadzić. Taki święty Graal nauki… poznanie wszystkiego.

c.d.n.

Czym jest nauka ? cz. 1

sczachor

naukablog1Tytułowe pytanie nurtowało mnie najpierw osobiście, odkąd zacząłem studia a potem, gdy zaczynałem pracę na uczelni. Ciągle się przewija, bo przybywa własnego doświadczenia jak i kolejnych przeczytanych książek na ten temat. I przeprowadzonych rozmów. Czym jest to, co uprawiam (robię) i jakie to powinno być, by było w pełni naukowe? To próba zrozumienia a nie tylko odtwórczego naśladowania (bo tak się robi). Nie lubię robić czegoś, gdy nie znam sensu i celu.

Teraz wracam do tego tytułowego pytania z racji prowadzonych zajęć dydaktycznych (seminarium dyplomowe). Muszę prostym językiem wyjaśnić studentom to, do czego latami dochodziłem. By wiedzieli czym jest i na czym polega ich praca dyplomowa (licencjacka, magisterska itd.). Opowiadanie innym ma także tę zaletę, że pomaga samemu pełniej zrozumieć. Zwłaszcza, gdy trzeba ciągle poszukiwać bardziej prostych i zrozumiałych określeń, form interpretacji it. A o nauce musiałem już opowiadać nie tylko magistrantom i licencjatom na kierunku biologia czy biotechnologia, ale także na pielęgniarstwie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. Czasem także nauczycielom na studiach podyplomowych czy uczniom w ramach edukacji pozaformalnej. A zatem humanistom, inżynierom i przyrodnikom, w odniesieniu do prac przeglądowych jak i badawczych czy aplikacyjnych i przeglądowych. Sprzyjające okoliczności do nowych przemyśleń.

I jest jeszcze trzeci motyw rozpoczęcia tego cyklu blogowego - poszukiwanie nowych form urządzania przestrzeni edukacyjnej (czytaj też Ile czasu potrzeba by przygotować wykład?), poszerzania tradycyjnego wykładu czy zajęć seminaryjnych. Próba wykorzystania zarówno ryślenia (myślografia) jak i współpracy w chmurze. Ten wpis jest jednym z puzzli, które niebawem spróbuję poukładać w jedną całość. Jest przygotowywaniem gruntu dla tych, z którymi rozpocznę zajęcia w nowym semestrze a podsumowaniem dla tych, którzy się ze mną jakiś czasem temu spotykali. Załączony rysunek jest abstraktem graficznym całego wywodu.

W zaprezentowanym niżej poglądzie na naukę będzie bardzo wyraźnie przebijać podejście systemowe (ogólna teoria systemów) jak i biologizm - poszukiwanie podobieństw między ewolucją kulturową a biologiczną, poszukiwanie ogólnego modelu dla struktur biologicznych jak i kulturowych.

Nauka jest systemem, całościowym systemem powiązanych ze sobą różnorodnych elementów (definicji, pojęć, opisów, obserwacji, teorii itd.). Nie jest luźnym zbiorem faktów i nie powstaje przez proste dodawanie kolejnych odkryć, obserwacji, eksperymentów. Rozwija się także jak system (biologiczny system), czyli przez reorganizację powiązanych ze sobą elementów. Tak jak organizm nie tylko rośnie na wielkość ale i się rozwija (wewnętrznie reorganizuje). Porównać można to rozwoju owada: najpierw jajo, potem kolejne (czasem różniące się) stadia larwalne, potem przepoczwarczenie i jak po rewolucji paradygmatu pojawia się z tego samego coś zupełnie innego - owad doskonały.

Nauka jako system może być rozpatrywana jak własny, indywidualny system wiedzy (w naszym mózgu) - tak jak organizm oraz jako nauka wspólna, ogólnoludzki system wiedzy (niczym ekosystem lub metapopulacja). Ten ogólnoludzki system wiedzy jest niejednorodny, ziarnisty, z odmiennymi nieco wyspani i widoczną sukcesją (sukcesją ekologiczną jak w ekosystemie). Nauka jak organizm i ekosystem (lub zróżnicowana metapopulacja), gdzie można mówić o ontogenezie (indywidualnym budowaniu wiedzy) jak i filogenezie - ewolucyjnym kształtowaniu się całej metapopulacji (systemu wiedzy).

Nauka jako system rośnie - zarówno w naszej głowie (ontogeneza) jak i w sensie całego systemu (porównanie do metapopulacji i ekosystemu a więc do ewolucji). Można zatem napisać, że indywidualna ontogeneza wiedzy jest w uproszczeniu rekapitulacją filogenezę (rozwoju ogólnoludzkiego systemu wiedzy). Z najróżniejszymi meandrami, regresami czy gwałtownymi radiacjami adaptacyjnymi.

System istnieje w środowisku. Rozwija się w relacji ze środowiskiem. Poprzez obserwacje i eksperymenty pojawiają się nowe elementy tego systemu (w tym także teorie i paradygmaty). Obserwacja - to bierne pozyskiwanie faktów. Eksperyment to aktywne działanie i obserwowanie reakcji.

naukablog2Jeśli naukę rozpatrywać jako system, to w miarę rozwoju obserwujemy nie tylko wzrost liczby elementów: pojęć, obserwacji, danych, koncepcji, relacji i teorii, ale także wzajemne dostrajanie się tych różnorodnych elementów. Obserwujemy wzrost sprawności i efektywności działania (np. pojęcia są doprecyzowywane, uszczegóławiane itd.). Pojęcia kształtują się w relacji do innych pojęć oraz do teorii. I zmienia się to w czasie.

Fakty nie istnieją samodzielnie, ale są elementem teorii. Pięknie opisywał to Ludwik Fleck na przykładzie medycyny. Pojęcie łona kobiecego jest elementem konkretnego pojmowania (modelu) człowieka i nie da się wpasować do współczesnej anatomii (np. próbować ustalić za pomocą współczesnych pojęć organów, narządów i tkanek z czego zbudowane jest łono). Ten fakt pojęć pochodzących z różnych teorii i paradygmanów wprawia w zakłopotanie niejednego studenta. Bo wszytko chciałoby się połączyć w jedno (i na potrzeby egzaminu i aby jakoś to rozumem ogarnąć), dostosować, uporządkować. A to nie jest możliwe. Historia rozwoju nauki gdzieś nam umyka. To tak jakby wysypać na kuwetę fragmenty narządów od różnych zwierząt i próbować złożyć w jeden organizm.

Poszczególne działy nauki różnią się między sobą spójnością (precyzją) połączonych elementów: precyzją zdefiniowanych pojęć jak i zasad (relacji) między tymi pojęciami. Jedne przypominają zbiory klasyczne, inne zbiory rozmyte. W matematyce pojęcia są najbardziej dyskretne. Są ostre i dyskretne, z wyraźnymi granicami. Z aksjomatów można dedukować prawa i prawidłowości (relacje) między elementami. Inaczej jest w filozofii i naukach humanistycznych. Tu pojęcia są bardzo nieostre, słabiej zdefiniowane (rozmyte). Jednocześnie funkcjonuje wiele różnych ujęć, definicji, wiele różnych relacji między tymi nieostrymi pojęciami. Dedukowanie jest obarczone większa niedokładnością i mniejszą precyzją (bardziej pasuje teoria zbiorów rozmytych). Zamiast równania pojawia się złożony dowód i argumentacja, mniej lub bardziej przekonująca. W naukach przyrodniczych jest nieco inaczej. Tak pomiędzy matematyką a filozofią. Z tym, że wyraźnie akcentowane jest doświadczenie (eksperyment). Dowodzi się nie tylko przez dedukcję (tak jak w matematyce czy filozofii) ale o wiele bardziej przez eksperyment i empiryczną falsyfikację.

Matematyka - nauki przyrodnicze - filozofia i nauki humanistyczne to uproszczony gradient systemowego wyróżnienia elementów. Ale można ułożyć nie tylko liniowy gradient ale i trójkąt (wtedy uwzględniona zostanie także empiria).

Nauka: Z czego się składa i jak to działa? W moim odczuciu bardziej jako ekosystem niż organizm (bo mniej zintegrowany, a poszczególne elementy mniej niezbędne). Tylko fragmentami bardziej integrowana, tak jak organizmy w ekosystemie.

C.d.n.

A niżej rysunek dla przypomnienia całego środowiska edukacyjnego, dotyczącego wykładu i powiązanych z nim elementów. Niniejszy wpis blogowy jest właśnie elementem tego środowiska edukacyjnego. Eksperymentuję. Jak zwykle najpierw na sobie samym, zanim zacznę polecać takie rozwiązania moim studentom (w szerokim rozumieniu tego słowa).

Dlaczego ludzie chodzą do kawiarni? W Olsztynie i nie tylko.

sczachor

13925281_1594408320859492_7424008191371446158_nA wszystko przez pana redaktora z Gazety, bo zadzwonił i się pytał. Pytał się dlaczego upadają ciekawe i ambitne kawiarnie/restauracje w Olsztynie. Zapytał. A ja się zacząłem zastanawiać, po co ludzie przychodzą do kawiarni/herbaciarni/restauracji itd.? A co, w domu tego nie mają? I to przecież taniej? Najpierw będzie przykład a potem kilka refleksji ogólnych.

W Gazecie Wyborczej (link) jednym z podanych przykładów jest TaskBike Cafe. Niby ciekawy lokal, ale oferta nie przyjęła się. Winą obarczani są sami olsztyniacy. Bo w innych, dużych miastach podobne lokale trzymają się nieźle. Pewnie powodów jest wiele, ale lokalizacja kawiarni dla rowerzystów przy brukowanej i stromej ulicy... jest co najmniej dziwnym pomysłem. Przecież tam rzadko rowerzyści jeżdżą. Ja byłem raz, przywiedziony ciekawą reklamą i informacjami w mediach o interesujących spotkaniach. Rowerem wybrałem się specjalnie, bo chciałem oddać do przeglądu przed sezonem. Było ciężko, pod stromą górę po kocich łbach. Ale motywację miałem dużą. I ciekawość. Dla rowerzystów dojazd wyjątkowo trudny. Wystrój wnętrza bardzo ciekawy i klimatyczny, kawa smaczna. I możliwości przeglądu roweru. Wydawało się fajnie. Ale po rower musiałem wrócić na drugi dzień. I tu był zgrzyt, cena wysoka o usługa fatalna. Źle i niebezpiecznie ustawione hamulce (groziło wypadkiem). Wymiana części chyba na wyrost (odkręcono osłonę na łańcuch i teraz mam problem bop wystają "druty"). Poczułem się naciągnięty i wyrolowany. Urok kawiarni prysł, bo kojarzył się niesympatycznie. Możliwe, że jestem jedyną osobą źle i drogo obsłużoną. Ale jeśli było takich osób więcej, to przy nietrafionej lokalizacji brak solidności mógł zniechęcać do zbyt częstego odwiedzania. Solidność to podstawa na długi biznes.

Niedawno odwiedziła mnie pani z Kielc i zachwalała klimat olsztyńskiej Starówki, że w ładnych wnętrzach siedzą ludzie i rozmawiają, jak w domu. Ją to zachwyciło. W lokalach, które poleciłem, nie znalazła wolnych miejsc... A że poza sezonem, to najwyraźniej nie turyści zapełniali wnętrza. Czyli z tymi olsztyniakami nie jest tak źle, jak o nich w gazetach czy anonimowych, internetowych komentarzach piszą. Nie pierwsza to bardzo pozytywna opinia osób z daleka o naszym kawiarniano-pubowym życiu olsztyńskim, jaką własnousznie słyszałem. Możliwie, że sami Olsztyna nie doceniamy. Przywykliśmy.

Przesadą jest więc narzekanie, że „olsztyniacy nie dorośli” do hipsterskich lokali. Może jest inna przyczyna, np. cenowa. Zarobki nasze nie są wysokie a ceny często warszawsko-krakowskie. Albo i wyższe. Wysokie ceny są może dlatego, że czynsze są zbyt drogie. Może warto przytoczyć przykład lokalu dawnego Kina Awangarda - kultowe kino wyrzucone (i już się nie wróci, zaprzepaszczona atrakcja i klimat), a lokal po remoncie od kilku lat stoi pusty. Pazerność kogoś zawiodła….

Ceny dań w Krakowie, wokół Starego Rynku bywają niższe niż w Olsztynie. Na pewno są zróżnicowane, nawet w jednym lokalu, od niskich po wysokie, dla każdego turysty. Może dlatego, że w Krakowie dużo turystów i ruch większy? A i samochodów tam nie ma, tylko dorożki i meleksy. Mimo że stare miasto daleko większe od naszego. Widać chodzenie pieszo nie przeszkadza w biznesach.

Może za mało kultury na olsztyńskiej, małe Starówce? Np. bo po co chodzi się do kawiarni? Spotkać się czy zaspokoić się gastronomicznie? Powodów jest zapewne wiele. Czy ludzie przychodzą dla dobrej kawy (w ogólności dla dobrej gastronomii) czy dla towarzystwa? Bo smacznie czy też kupują unikalne doznanie, unikalne przeżycie? Przez wysokie czynsze galerie sztuki na Starym Mieście też się nie utrzymały.

Pierwszy pomysł jaki mi przychodzi do głowy, dlaczego ludzie odwiedzają różne lokale gastronomiczne, jest taki - bo smacznie dają czy to herbatę, kawę, drinki czy coś do zjedzenia. Turysta je z konieczności (bo do domu daleko) i w poszukiwaniu przygody. Miejscowy je w lokalu tylko wtedy, gdy smacznie lub nagła potrzeba przypili zjeść poza domem. Są lokale z wyjątkowym smakiem i jakością. Tam się chodzi dla przygody i doznania kulinarnego. Tak jak kieszeń pozwoli. Podstawą jest dobra jakość. Mam swoje ulubione lokale, z wysoką jakością. Tam zawsze warto pójść.

A kawa? Lub piwo? Ceny spore, prawie warszawskie. Jeśli nie idzie za nią jakość, to motywacji do częstszych odwiedzin też nie ma.

Drugi możliwy powód to ciekawe i nastrojowe wnętrze. Swoista przygoda. Bywamy w poszukiwaniu doznań, przeżyć, wrażeń. I takich lokali nie brakuje w Olsztynie (jak i każdym innym miejscu). Dawna cyganeria w kawiarniach zaznawała luksusu, mieszkała w "norach" - bo byli niezamożni. Ale teraz inne czasy. Teraz mamy luksusy w domach. Pewien profesor wyznał mi, że woli w domu siedzieć (ładny dom), na kanapie z piwem przed telewizorem. Luksus ma w domu, nie musi go szukać „na mieście”.

Trzeci powód to spotkanie z ludźmi. Z przyjaciółmi, znajomymi lub zupełnie nieznajomymi. Kawiarnie i restauracje to przestrzeń publiczna, w której możemy zaspokajać swoje ludzkie potrzeby kontaktu i społecznych doznań. Dawnych salonów mieszczańskich nie doświadczyłem. Tylko w młodości, w czasach licealnych, schodziliśmy się po naszych mieszkaniach i domach. Rzadko w lodziarni czy kawiarni, bo mało ich było i nas nie było stać. Spotkanie towarzyskie na miarę naszych kieszeni. Herbata zrobiona w domu. Czasem coś do herbaty. Zatem przyciąga wnętrze, które ułatwia kontakty. Byle nie było to miejsce za drogie (latem park i jezioro jest dużą konkurencją). Może dlatego lokale alkoholowe wieczorami są pełniejsze? Alkohol ułatwia kontakty i zmniejsza nieśmiałość. Czyli przychodzimy do lokali dla… ludzi, których tam możemy spotkać. W domu tego zazwyczaj nie ma. Czasem jest muzyka na żywo. Nie ta puszczana z urządzenia, ale normalni, grający ludzie. Bliski kontakt. Odczucie unikalności i wyjątkowości.

Zatem powodów do odwiedzin olsztyńskich lokali gastronomicznych jest wiele. I przeszkód jest wiele, np. ceny w stosunku do zarobków. Że studentów jest mało? Bynajmniej, studentów jest wielu, w tym tych pracujących za barem i kelnerską tacą.

Jedno małe podsumowanie: będzie więcej odwiedzających, gdy znajdą coś, czego nie mają w domu. Kiedy wiele lat temu zakładaliśmy olsztyńską kawiarnię naukową i odbywały się pierwsze spotkania, to tułaliśmy się po różnych lokalach, szukając przyjaznego i życzliwego kąta. Wybraliśmy Starówkę, bo na uczelni (wtedy jeszcze WSP) nie było dobrego miejsca. Znaleźliśmy więc na Starówce i klimat i warunki do nieformalnych spotkań pracowników oraz studentów jak i wszystkich przygodnych „cywilnych” a zaciekawionych. Tułaliśmy się po różnych lokalach (niektórych już nie ma), szukając przystani. I dalej się tułamy. Zawędrowaliśmy nawet do Barczewa, przy okazji odkrywając urokliwy klimat warmińskiego miasteczka. Niektórzy nas przyjmują bardziej życzliwie. I tam się częściej spotykamy. I zostaje coś więcej niż tylko opłacone rachunki. Swoista wartość dodana, wspólnie wytworzona.

Co zrobić, żeby się biznes udał? Skoro dla ludzi, to zainwestować w przychodzących ludzi. Jak? Nie będę pisał. Mądrej głowie, dość dwie słowie. Nie brakuje w Olsztynie „cyganerii” i ludzi tworzących niepowtarzalną aurę wokół siebie. A jeśli na Starówce czynsze są zbyt wysokie (jak na olsztyńskie warunki) to mogą być i inne miejsca.

Chyba społeczeństwo powinno być bardziej kobiece - zyskali byśmy dużo

sczachor

odbiorcyKobiety średnio w Polsce żyją dłużej o 8 lat, 4 to bonus estrogenów, 4 to rozsądniejszy styl życia (bardziej dbają o siebie). Załączona wyżej grafika to statystyka zainteresowania Nocą Biologów (z ostatnich 28 dni). Pań (zielone słupki) jest blisko 2 razy więcej i to w każdej grupie wiekowej (płeć męska - słupki niebieskie). Czy kobiety są bardziej zainteresowane wiedzą i własną edukacją? Te dane statystyczne są intrygujące...

Przypomniała mi się notatka prasowa sprzed kilku dni. Wyczytałem tam, że starsze osoby, które są przyjmowane do szpitali w USA, mają nieco większe szanse na przeżycie, jeżeli zajmie się nimi kobieta. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy z Harvardu (na podstawie przeprowadzonych badań, istotnych statystycznie). Tłumaczą ten fenomen tym, że kobiety ściślej trzymają się oficjalnych wytycznych w postępowaniu klinicznym oraz lepiej sobie radzą z bezpośrednią komunikacją z pacjentem. Potwierdza to od dawna znaną prawidłowość lepiej rozwiniętej inteligencji społecznej u kobiet. Czas spędzany „na plotkach” uczy empatii, słuchania i rozmawiania.

Amerykańscy naukowcy podkreślili także, że wśród personelu medycznego w USA kobiety rzadziej awansują i otrzymują relatywnie mniejsze wynagrodzenie niż ich koledzy zatrudnieni na tych samych stanowiskach (ta nierówność nie ma realnego uzasadnienia). Wyciągnąć można z tego wniosek, że statystycznie częściej mężczyźni są nastawieni na własną karierę (są bardziej egoistyczni). Osiągają swój sukces zawodowy i wyższe dochody. Ale jak pokazują cytowane badania dla dobra społecznego cenniejsza jest inna postawa - nastawiona na empatię i dobro wspólne (rzetelne wykonywanie obowiązków zawodowych) a nie indywidualna rywalizacja. Średnio statystycznie co innego jest ważne dla kobiet (a przecież są i tacy mężczyźni, tylko mniejszy odsetek). Prestiż społeczny, mierzony wysokością zarobków, preferuje (nagradza) zupełnie inne postawy niż te wartościowe społecznie.

Oba przedstawione fakty (edukacyjny i medyczny) skłaniają do głębokiej refleksji. Może (tak w uproszczeniu) gdyby świat był bardziej kobiecy, to byłby piękniejszy i bardziej dla nas przyjazny? Może warto zwolnić i skupić się ciut bardziej na tym, co na prawdę w życiu ważne?

Jaka jest korzyść z wyższego wykształcenia?

sczachor

Od dłuższego czasu w różnych gremiach słyszę narzekanie na zbyt powszechne kształcenie wyższe. Że za dużo jest magistrów. Czasem słychać też postulat ograniczenia kształcenia uniwersyteckiego, bo „po co nam tylu magistrów?”. Moim zdaniem, bardzo subiektywnym bo nie popartym badaniami socjologicznymi, przyczyną tego narzekania jest niedostrzeżenie głębokich zmian cywilizacyjnych i społecznych (nie zauważyliśmy trzeciej rewolucji technologicznej, która właśnie wokół nas się dzieje). Nie uważam, że mamy za dużo wykształconych osób. Sądzę że powszechność kształcenia na poziomie wyższym jest cechą rozwiniętych społeczeństw. Zmieniła się jednocześnie rola dyplomów szkół wyższych. Kiedyś były one wyznacznikiem przynależności do elit. Dziś już nie. I nie widzę w tym nic złego. Już wyjaśniam dlaczego.

Jest oczywiście ważne pytanie: po co kształcić na poziomie wyższym? Czy edukacja uniwersytecka jest zawodowa czy kulturotwórcza? W jakimś sensie jest zawodowa, ale tylko w takim, że daje ogólne horyzonty, uczy krytycznego myślenia, pozwala na rozwój osobowości i uczy uczyć się w zmieniającym się otoczeniu.

Dyplom magistra czy inżyniera nie jest już wyznacznikiem elit. Egalitarność (i powszechność) jest w sprzeczności z elitarnością. Tylko że współczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. Tak jak kiedyś wprowadzenie powszechnej edukacji na poziomie elementarnym (szkoły podstawowe) umożliwiło rozwój społeczny w czasie drugiej rewolucji technologicznej, tak teraz powszechność kształcenia wyższego umożliwia rozwój gospodarczy w dobie trzeciej rewolucji technologicznej. W dawnych wiekach, w starożytności czy średniowieczu, umiejętność czytania i pisania była elitarna. Mało kto potrafił. Ale już w wieku XIX i XX ta umiejętność stała się powszechna. Umiejętność czytania i pisania nie czyniła z człowieka elity a umożliwiała uczestnictwo w społeczeństwie przemysłowym. Robotnik mógł przeczytać instrukcję obsługi maszyny itd. Chłop pańszczyźniany mógł być analfabetą - robotnik w fabryce już raczej nie.

Przed II wojną światową w Polsce był niewielki odsetek maturzystów i młodzieży studiującej. Większość z nich pochodziła z klas wyższych. Oba te czynniki sprawiały, że wszyscy absolwenci uniwersytetów teoretycznie mogli się nawet znać osobiście. Bo było ich niewielu, prawdziwa elita. Dyplom uniwersytecki dawał możliwość awansu społecznego i był to przepustką do elity. To silna motywacja do nauki. W społecznej świadomości takie wyobrażenie zostało jeszcze długo. Dla mojego pokolenia wykształcenie wyższe stanowiło awans społeczny i zawodowy. Najczęściej dawało szansę na stanowisko kierownicze (niezależnie od kierunku studiów). Magister to był ktoś. A teraz? Gdy blisko 40-50% młodych ludzi studiuje? Żaden awans społeczny. W świadomości pozostało jeszcze oczekiwanie awansu... mocno rozmijające się z realiami. W nie tylko polskiej rzeczywistości odczuwamy „nadmiar” osób z wyższym wykształceniem. Jedną z przyczyn narzekania na zbytnią powszechność kształcenia uniwersyteckiego jest moim zdaniem owo mniemanie o awansie i przynależności do elit (to se ne wrati). Z definicji elita jest nieliczna. Rodzi się więc pokusa ograniczenia liczby miejsc na uniwersytetach, pod pretekstem np., podnoszenia jakości kształcenia.

Za moich czasów było znacznie mniej miejsc na studiach niż liczba chętnych. Odczuliśmy to w latach 90. XX wieku, gdy bramy szkół wyższych otworzyły się na masowe studia zaoczne. Wtedy ta „pożyczka" peerelowska płaciła za swoje studia, znacząco wspomagając finansowo rozwój szkół wyższych. Teraz studentów zaocznych jest niewielu, śladowe ilości. Po prostu nie ma zaległości edukacyjnych w polskim społeczeństwie.

Po co nam tylu magistrów, licencjatów i inżynierów? Podam dwa przykłady długofalowych zysków społecznych.

W Polsce odnotowaliśmy niewątpliwy sukces uczniów (edukacji młodzieży), co widać w testach i sprawdzianach kompetencji, tych międzynarodowych i tych krajowych (wykres wyżej, z zasobów internetowych). Z dalekiego miejsca poniżej średniej np. w przedmiotach przyrodniczych, wywindowaliśmy się do światowej czołówki wśród krajów rozwiniętych. Jest kilka przyczyn tego sukcesu. Jedną z nich jest reforma edukacji i wprowadzenie gimnazjów (m.in. wydłużenie kształcenie ogólnego i wyrównanie szans w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych). Wyraźny postęp, zwłaszcza wśród tych najsłabszych. To nie tylko gimnazja ale i jakość kadr są autorami polskiego sukcesu edukacyjnego. Drugą bardzo istotną przyczyną jest wzrost wykształcenia kadry nauczycielskiej. Wzrost jakości edukacji to efekt umasowienia (upowszechnienia) wyższego kształcenia. Nauczyciele są dużo lepiej wykształceni i na dodatek potrafią się uczyć. W roku 1988 (mniej więcej w tym czasie opuściłem mury Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie) zaledwie nieco ponad 18 % nauczycieli miało wykształcenie wyższe. W 1992 r. co ósmy nie miał kierunkowego wykształcenia (dotyczyło głównie języka polskiego, matematyki i języków obcych). W 2016 roku aż 99 % nauczycieli czynnych to osoby z wyższym wykształceniem, a 90 % stale się doskonali (studia na drugim kierunku, studia podyplomowe, kursy, szkolenia).

Trudno nazwać nauczycieli elitą, zarówno ze względu na niewysokie pensje jak raczej niski prestiż społeczny. Jak pisze Justyna Suchecka w artykule „Obyś cudze dzieci uczył za dwa tysiące na rękę” (Gazeta Wyborcza, 18-20 listopada 2016) przeciętny nauczyciel dziennie pracuje 9.5 h, 47 h tygodniowo. To oczywiście średnia. Zwykli pracownicy... gospodarki opartej na wiedzy. Zresztą nigdy zawód nauczyciela nie cieszył się zbytnim szacunkiem, uznaniem finansowym czy prestiżem. Wykształcenie wyższe nie czyni więc elitą. Ale jak na tym przykładzie widać przynosi bardzo dobre efekty społeczne. Wszyscy na tym korzystamy. Nie o kreowanie elit chodzi we współczesnym kształceniu uniwersyteckim.

Przykład drugi. Od co najmniej kilku-kilkunastu lat widać znaczące ożywienie w środowiskach wiejskich. Wsie wypiękniały i się zaktywizowały. I nie tylko za sprawą wsparcia finansowego z Unii Europejskiej. Znacznie ważniejszy jest czynnik ludzki. Z moich obserwacji wynika (nie są to jednak usystematyzowane badania), że najwięcej ożywczego i prorozwojowego „fermentu” wnoszą ludzie wykształceni na poziomie wyższym, często dopiero w ostatnich latach osiadający na wsiach. Po drugie, znacznie aktywniejsze są kobiety. Na wsi z dyplomem uczelni wyższej nie jest już tylko ksiądz i nauczyciel. To właśnie środowiska defaworyzowane, w tym przypadku wiejskie, są widocznym beneficjentem wykształcenia wyższego. Ewidentny zysk społeczny i gospodarczy.

Czy w imię elitarności kształcenia uniwersyteckiego mamy ograniczać liczbę miejsc na studiach? Rezygnując z widocznych efektów społecznych i gospodarczych? Hydraulik i sprzątaczka też może mieć wykształcenie wyższe i dyskutować o filozofii, obserwować ptaki i ważki (nie zapominając o chruścikach), uczestnicząc w inwentaryzacji bioróżnorodności. I jak mielibyśmy ograniczać liczbę miejsc na uniwersytetach? Stawiając zaporę finansową? Studia tylko dla bogatych? Albo przyjąć kryterium pochodzenia społecznego? I co z tą młodzieżą, która teraz jest na studiach? Ma szlifować bruki i stać na wiejskim przystanku lub pod sklepem? Tylko w imię zaspokojenia dawnych wyobrażeń o elitarności?

Dzięki technologii (praca maszyn i komputeryzacja) nie musimy jako społeczeństwo tyle pracować co nasi przodkowie. Szersze horyzonty, samorozwój, poszukiwanie celu i sensu życia, wykształcenie ogólne i umożliwienie udziału w kulturze powinno być powszechnym dostępem. Uniwersytety nie powinny być sztucznie ograniczane dla „elit”.

Owszem, mamy problemy z kształceniem uniwersyteckim. Można odnieść wrażenie, że dawniej studenci byli pilniejsi, mądrzejsi, bardziej pracowici. Ale to złudzenie. Zmieniło się otoczenie edukacyjne i zmieniło się społeczeństwo, dlatego dawne wzorce i metody dydaktyczne stają się nieefektywne. Uniwersytety nie są już monopolistą w upowszechnianiu wiedzy. Dzięki internetowi dostęp do wiedzy jest zupełnie inny niż kiedyś. Dzisiaj sercem uniwersytetu nie jest już biblioteka z papierowymi książkami i czasopismami. Trzecia rewolucja technologiczna naprawdę gruntownie zmienia ludzkie społeczności. Ale było tak rónież w czasie pierwszej i drugiej rewolucji technologicznej. Nic nowego.

Z całą pewnością uniwersytet musi się zmienić i zmienić sposób kształcenia. Bo świat się zmienił. Mam jednak nadzieję, że rzeczywisty dyskomfort zaowocuje mądrymi dyskusjami i zmianą form kształcenia a nie ograniczaniem miejsc w ławach akademickich. Tym bardziej, że rozwijają się nie tylko uniwersytety trzeciego wieku ale i przybywa kształcenia typu 40 plus. Czyli dorośli i pracujący wracają po naukę.

Deprecjacja przedmiotów przyrodniczych? Pierwszy krok do zacofania

sczachor

astrologia

Wiek XXI jest wiekiem technologii, czasem trzeciej rewolucji technologicznej. Podstawą nowych technologii i dużego sukcesu cywilizacyjnego są nauki przyrodnicze, od fizyki po chemię i biologię. Postęp, jaki się dokonał, jest olbrzymi. Żeby zrozumieć współczesny świat, nawet ten w zasięgu codziennych czynności, trzeba mieć elementarną wiedzę przyrodniczą. To wydaje się oczywiste.

Od jakiegoś czasu z dużym zaskoczeniem i niesmakiem obserwuję rynek księgarski. Zwłaszcza w salonach Empik brakuje miejsca dla książek popularnonaukowych (ale książek jest całe mnóstwo). Niejednokrotnie brakuje takich działów. Byłem ostatnio w dużym salonie tej sieci, w galerii handlowej. Są tylko nauki humanistyczne (tam można znaleźć pojedyncze książki z ewolucji człowieka...). Zatem sama historia i filozofia, religia i ezoteryka, z fantastyki to chyba tylko fantasy. Był na przykład dział z astrologią (na zdjęciu wyżej). Prawie same książki astronomiczne. Astrologia myli się z astronomią? Ogromna ignorancja, a to tylko przykład jeden z wielu. To wydaje się już standard (więcej fotograficznych przykładów umieściłem na Facebooku). Książki popularnonaukowe czy dotyczące wiedzy przyrodniczej są na marginesie (na szczęście w publicznych bibliotekach są działy takie jak nauka, biologia, fizyka, matematyka, geografia, chemia itd.).

Czy sytuacja w Empiku (i innych księgarniach) świadczy o deprecjonowaniu wiedzy przyrodniczej w życiu społecznym? A przecież bez niej nie tylko nie będzie wykwalifikowanej kadry w szeroko rozumianej gospodarce, ale i nie zrozumie się podstawowych zjawisk, spotykanych w życiu codziennym. Bez rozumienia zjawisk przyrodniczych nie potrafimy poprawnie obsłużyć komputera czy domowych sprzętów AGD. Jeśli się zastanowić, to skalę tej przyrodniczej ignorancji widać przy publicznej dyskusji o GMO, szczepieniach, grabieniu trawników, kornikach w Puszczy Białowieskiej czy energii odnawialnej i zmianach klimatu. O rozumieniu ekonomii i gospodarki nie zapominając.

Ale może ta przyrodnicza ignorancja dotyczy tylko popkultury? Bynajmniej. W nowej propozycji programowej w ramach reformy minister Zalewskiej w szkole podstawowej zredukowana będzie liczba godzić przyrodniczych prawie o jedną trzecią...w porównaniu do szkoły ośmioklasowej, tej dawnej. Z dawnych 29 godzin będzie zaledwie 20, Najwyraźniej fundujemy sobie kolejne wieki "ciemne"... Zaleją nas ignoranci, którzy nie będą rozumieli tego, co się dzieje wokół. Wrócimy do magii i zabobonów?

Brak należycie niewykształconych ludzi w zakresie nauk przyrodniczych to brak kadr dla gospodarki opartej na wiedzy. Staniemy się krajem taniej, niewykwalifikowanej siły roboczej? Krajem ignorantów, krajem zacofanym? Najwyraźniej jesteśmy na tej drodze. Jeśli nie zmienimy tych trendów, przyszłość Polski będzie nieciekawa...

godziny_przedprzyr

Cierpimy na nadmiar, także informacji

sczachor

14444847_10209484172454578_1420755242180590460_oŻyjemy w czasach obfitości. To znaczy niektórzy żyją w nadmiarze (w skali całej Ziemi i ludzkości). Nadmiarze konsumowanych kalorii i.. informacji. Nadmiar kalorii szkodliwy jest przy siedzącym trybie życia. Bo kiedyś ruszaliśmy się znacznie więcej. I mniej jedliśmy. Z konieczności. Z biedy i warunków środowiskowych.

Żyliśmy także w mniejszych grupach. Dlatego do naszego mózgu docierało mniej informacji. Patrzyliśmy na świat wokół nas w czasie rzeczywistym i rozmawialiśmy z ludźmi, żyjącymi blisko nas. Teraz, dzięki mediom, kontaktujemy się z bez porównania większą liczbą osób. Dużo więcej spotykamy w pracy i na ulicy, bo większość z nas żyje w miastach. Świat obserwujemy w sposób skondensowany i przyspieszony - często bez związku z czasem rzeczywistym. Z prasy, radia, telewizji i przede wszystkim z Internetu (a teraz mamy go w każdym niemalże telefonie i w każdej chwili) dociera do nas masa informacji. Niektórzy szacują, że dziennie dociera do nas 34 gigabajtów danych, co odpowiada 100 tysięcy słów.

Media konkurując o naszą uwagę, preferują informacje z dużą dozą emocji: wypadki, zbrodnie, wojny, przestępstwa, skandale, miłość, jedzenie itd. Zatem duża część z tych informacji podnosi nam ciśnienie i poziom cukru we krwi. To fizjologiczna odpowiedź na stres i emocje. Tyle tylko, że ewolucyjnie nie jesteśmy przystosowani do stresowania się w pozycji siedzącej. Tak więc i nadmiar kalorii i nadmiar stresujących informacji przyswajamy w pozycji siedzącej. Bardzo niewygodnej pozycji do radzenia sobie ze stresem w przypadku Homo sapiens.

Naukowcy coraz częściej podkreślają, że ilość bodźców i informacji, które codziennie wchłaniamy, zaczyna przekraczać możliwości adaptacyjne naszego organizmu. Prof. Ryszard Tadeusiewicz pisze wręcz o „smogu informacyjnym”, przez analogię ze smogiem, będącym produktem procesu spalania byle czego (efekt to zanieczyszczone powietrze). Ważna jest też jakość tej informacji. Tak jak już wspomniałem wyżej, media zabiegając w konkurencji o naszą uwagę, oferują nam dużo krwi, seksu i najróżniejszych emocji (nieustannie potęgując i podnosząc skalę tych emocji). Działa to na nas mobilizująco, zarówno w układzie nerwowym jak i hormonalnym. Jesteśmy gotowi do walki lub ucieczki. Albo miłosnych uniesień. W każdym przypadku dawniej oznaczało to ruch. Stąd przygotowanie biologiczne organizmu do dużego wysiłku. A tu nic, my siedzimy. Biologiczna nieadekwatność do stylu życia. Ten rozdźwięk jest coraz większy.

Ewidentnie potrzeba nam ciszy (wyciszenia) i ruchu. Bo na razie nie jesteśmy przystosowani biologicznie do środowiska, które sobie tworzymy. Ewolucja zadziała… ale potrwa to długo i połączone będzie z selekcją…. Nasi przodkowie w swoim życiu nie dostawali takiej porcji wrażeń: pięćset trupów, 2 tysiące scen przemocy, 60 ostrych scen erotycznych, pół tysiąca wulgarnych słów - to wynik tygodniowego monitoringu największych polskich stacji telewizyjnych. Od ponad dwóch lat nie mam telewizora, więc ta nadmiarowa stresowość nie dociera do mnie. Ale dociera przez internet i radio.... Na szczęście w mniejszej porcji i mocno przefiltrowane.

Sami sobie stworzyliśmy nadmiarowość kalorii i stresujących (mobilizujących) informacji przy jednoczesnym zmniejszeniu ruchu. Nasze środowisko jest inne niż to, do którego ewolucyjnie przystosowali się nasi przodkowie. Zatem albo sami się biologicznie zmienimy (czekając na efekty ewolucji lub wspomagając je kierunkowymi modyfikacjami genetycznymi lub medycznym suplementowaniem) albo zmienimy styl życia (nasze środowisko). To drugie jest łatwiejsze. Wymaga tylko wiedzy i woli działania. I z tym jest największy problem. Bo nawet nie możemy zmienić śmieciowego jedzenia w szkolnych sklepikach. Już wydawało się, że poprzedni rząd coś zrobił w tym kierunku ale obecna władza szybko się z tego  wycofała. Cofnęliśmy się do punktu wyjścia... Niestety. A to przykład jeden z wielu.

Ale wróćmy do biologicznego przystosowania (adaptacji). Zmiany nie są takie powolne jakby nam się zdawało. One są już widoczne. Zwrócili na to uwagę australijscy naukowcy. Przy nadmiarze mobilizujących bodźców następuje zobojętnienie (spadek wrażliwości, reaktywności). Wcześniej reakcja na widok cierpiącej osoby, by ruszyć jej z pomocą, następowała zaledwie po 1–2 sekundach. Tymczasem naukowcy zaobserwowali, że aby mózg współczesnego człowieka zareagował na taki widok na poziomie emocjonalnym, potrzebuje aż 6–8 sekund. Ten czas ciągle się wydłuża. Młode pokolenie wychowane na multimediach nie tylko wolniej emocjonalnie reaguje ale także ma kłopoty z empatią (wolniej uczą się interpretować myśli i uczucia innych ludzi, wczuć się w ich stan emocjonalny). Tak jak żołnierze z syndromem pola walki - obojętnieją. Młode pokolenie potrafi dużo zapamiętać, ale nie potrafi z tej wiedzy (informacji) skorzystać w działaniach praktycznych. W zasadzie obserwuję to już na poziomie uniwersyteckim (u studentów). 

I do takiej rzeczywistości musi dostosować się współczesna edukacja. Takich mamy uczniów, dojrzewających w takim a nie innym środowisku społecznym i informacyjnym: nadmiar kalorii, nadmiar stresujących informacji, niedosyt fizycznego ruchu.

Na zdjęciu wyżej bajka edukacyjna, forma małego teatrzyku ilustracji, japońskie kamishibai. Przy nadmiarze elektroniki zainteresowaniem cieszą się w edukacji stare, mniej pobudzające, formy przekazu. Być może jest to jedna z form społecznej reakcji na niedobrą sytuację. Pojawia się moda na kamishibai, ryślenie, myślografię oraz na manuśle...

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci