Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

sam o sobie

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Ja też jestem imigrantem

sczachor

jestem_imigrantemGdy dzieje się niegodziwość (tu i teraz) milczenie byłoby podłością. Przestrzeganie prawa i polskiej konstytucji obowiązuje wszystkich a nie tylko cudzoziemców, imigrantów, ateistów, prawosławnych, muzułmanów czy „gorszy sort”. Mnie, jako Polaka i katolika, słowa pani poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy po prostu obrażają (bo niby w moim imieniu, jako poseł, to mówi). I bardzo niepokoją, bo kojarzą się z niemiłą przeszłością. Wtedy też miłe były bardzo złego początki.

Chcę być solidarnym z tymi, których miałoby się deportować. Więc jestem imigrantem. W swojej drodze do pracy mijam budowę, słyszę ukraińską mowę. Sezonowi pracownicy, imigranci albo po prostu ludzie. Boję się, że narastająca atmosfera nacjonalizmu rozpocznie się podpisywaniem absurdalnych deklaracji, a zakończy się zakładaniem opasek i „deportowaniem” w bydlęcych wagonach.

Jestem imigrantem do szpiku kości. A wszystko zaczęło się jakieś 4 miliardy lat temu. Może troszkę później. Wtedy pojawiło się życie biologiczne na Ziemi. Wcześniej go nie było, więc jest bez wątpienia imigrantem. Przybyszem, czymś nowym. I na dodatek owo życie diametralnie zmieniło planetę w skali globalnej a nie tylko lokalnej. Spytajcie geologów. Ja jestem istotą żywą.

Człowiek ewolucyjnie ukształtował się w Afryce. Tam wyewoluowały hominidy i rozdaj Homo. Najpierw do Europy przybył jako imigrant Homo erectus. Dotarł do Azji i być może jeszcze dalej. Potem w Europie byli Neandertalczycy, może tu powstali może przybyli jako imigranci. Być może dotarli także Denisowianie. W każdym razie po Neandertalczykach mamy jakieś 1,9% genów. 

Homo sapiens sapiens dotarł do Europy jako imigrant, chyba 40-50 tys. lat temu. I wyparł Neandertalczyków. Szczegółów nie znamy. Jako Homo sapiens sapiens bez wątpienia jestem imigrantem w Europie. Gdy ustąpił lodowiec z terenów współczesnej Polski, najpierw pojawili się tu łowcy reniferów. Gdy klimat jeszcze bardziej się ocieplił powędrowali za swoimi reniferami na północ. Może niektórzy tu zostali. Ale raczej niewielu. Przywędrowali rolnicy, najpewniej z Azji Mniejszej. Jak zawsze ludzie wędrowali, kultury się mieszały a cywilizacje rozwijały. Dzięki różnorodności i współpracy. Mimo wojen.

Gdzieś w dolinie Dunaju powstali Indoeuropejczycy (ściślej Praindoeuropejczycy). Moi przodkowie. Zasiedlili całą Europę, duże części Azji i dotarli aż do Indii. Po pierwotnych Europejczykach niewiele zostało. Chyba bezpośrednimi potomkami są Baskowie. W epoce brązu na ziemiach polskich mieszkały ludy kultury łużyckiej. Potem przywędrowali tu germańscy Wandalowie, zasiedlając tereny między Odrą a Wisłą. Byli też Goci, którzy wywędrowali aż nad Morze Czarne. Słowianie przyszli jako imigranci gdzieś koło szóstego wieku naszej ery (gdy Wandalowie poszli na zachód i dotarli aż do Afryki - więc może migranci z północnej Afryki to po prostu potomkowie Wandalów, wracający do swojej ojcowizny?). Zapewne imigranci-Słowianie w części zasymilowali pozostałą ludność tu mieszkającą (w tym i Wandalów). Ale w większości byliśmy imigrantami znad Dniestru - miejscowych, jeśli zostali, to zeslawizowaliśmy. Także i na tym etapie moi przodkowie byli imigrantami.

W linii męskiej dobrze w metrykach i księgach mam udokumentowane przebywanie moich bezpośrednich przodków na północnym Mazowszu. W Czachorowie. Od tej wsi wzięło się notabene nazwisko, które umożliwiło śledzenie genealogii w księgach metrykalnych. Zasiedziali imigranci, tak co najmniej od początku XIV wieku. Na Prusy dotarli najpóźniej w XV wieku. Ale moja bezpośrednia linia siedziała cały czas na północnym Mazowszu. Inni rozeszli się po całym świecie, dotarli do obu Ameryk i jeszcze dalej.

Ma Warmię i Mazury przyjechał mój ojciec (z Mazowsza). Za starszym bratem. Ten przyjechał tu nie z własnej woli, bo na roboty w czasie wojny. Był deportowanym imigrantem i człowiekiem gorszego sortu III Rzeszy Niemieckiej. Co prawda urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim, ale z pokolenia imigrantów.

W linii żeńskiej płynie we mnie domieszka krwi litewskiej i białoruskiej, możliwe że i tatarskiej. Wszystko w ramach tolerancyjnej i wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak jak we współczesnej Unii Europejskiej. Dziadkowie z mamą przyjechali po 1945. Byli tak zwanymi repatriantami. Czyli imigrantami. Przyjechali z własnej woli, w bydlęcych wagonach. Tak jak i inni, zamieszkali w cudzych domach. Mieszkali w jednej wsi Niemcy, Mazurzy (autochtoni, jeden nawet był Szwajcarem), Kresowiacy, ci z Centrali no i Łemkowie oraz Ukraińcy. Ci ostatni zostali tu deportowani. Przymusowi imigranci.

Na studia do Olsztyna przyjechałem z Płocka (w międzyczasie rodzina wróciła na Mazowsze). Zostałem na Warmii, więc jestem imigrantem. Studiowałem z potomkami imigrantów, w tym z Ukraińcami.

Kiedy pani poseł pisze o składaniu deklaracji i grozi deportacjami, to przypominają mi się losy mojej rodziny. Ojciec jako dziecko był w obozie w Działdowie, cudem przeżył. Rodzinę deportowano z ich gospodarstwa. Po wojnie wrócili na swoje. Z kolei rodzina mamy tułała się po gułagach na wschodzie, a dziadek uciekł z więzienia w Połocku (nie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego). Część została na zawsze, część wróciła lub przez Iran powędrowała dalej. Rodzina rozsiana po całym świecie. Mówimy różnymi językami, choć wszyscy pochodzimy z jednej wsi na północnym Mazowszu.

Wydawało mi się, że żyję w szczęśliwych, spokojnych czasach. Ale już od roku słyszę ciągle o lepszym i gorszym sorcie, a teraz pani poseł z PiSu apeluje o podpisywanie deklaracji i „obiecuje” deportacje. Jako Polak i praktykujący katolik, gdy słyszę to dzielenie na lepszych i gorszych, mówię głośno: ja też jestem imigrantem! Jeśli ich to i mnie. Deportujcie i mnie. Milczenie byłoby podłością. Moją ojczyzną odziedziczoną w kulturze była Rzeczypospolita Tolerancyjna, Republika Trojga Narodów. Tę ideę współcześnie o wiele bardziej realizuje Unia Europejska niż zaściankowa ksenofobia zagubionych intelektualnie i duchowo ludzi.

Blogowe ryślenie czyli łączenie tradycji z nowymi technologiami

sczachor

blogowe_ryslenieJestem cyfrowym imigrantem. Zjawiam się w świecie nowych technologii jako przybysz z innego, dawnego świata. Wszystko jest nowe i trzeba uczyć się od nowa. To problem całego pokolenia. W przeciwieństwie do cyfrowych tubylców. Ryślenie to neologizm dla myślenia wizualnego, notowania z wykorzystaniem rysunków, to połączanie dwóch słów: rysowania i myślenia. A blog? Tego słowa teoretycznie nie muszę wyjaśniać - to internetowy pamiętnik-dziennik-notatnik. Całkiem nowa (ale już okrzepła społecznie) forma komunikacji.

Moje dzieciństwo i młodość to zeszyty (papierowe), kredki, ołówki, pióro z obsadką i kałamarz z atramentem. Także blok rysunkowy i farby plakatowe lub akwarelowe. Flamastry były późną nowością, nie wspominając o komputerach i cyfrowej rzeczywistości. Uczyłem się pisać stalówką i obsadką. W szkole podstawowej uczyłem się pisma technicznego z wykorzystaniem przyrządów kreślarskich - piórek, tuszu i ołówka. Czasem, sam robiłem pióra do pisania z gęsiego czy bocianiego pióra. Teraz wraca moda na kaligrafię i przydaje się umiejętność samodzielnego wykonania analogowych przyrządów do pisania. Na studiach poznałem kalkę techniczną i rapidografy oraz wzorniki pisma. Ale i to przeszło już do muzeum i leży spakowane w piwnicznym kartonie.

Na studiach uczyłem się pisania na maszynie. Żeby sobie samodzielnie poradzić. Potem przyszła klawiatura komputerowa. Niestety nie nauczyłem się systemu dzisięciopalcowego. Teraz trudno mi się przestawić. Nowinką są tablety z rysikami. Można pisać tak jak kiedyś, a program sam rozpoznaje i zamienia na cyfrowe literki.

Kiedyś zeszyt w kratkę (lub gładki) był całym notatnikiem. Można było pisać i rysować jednocześnie. Taki dziennik i pamiętnik w jednym. "Tubylcom" mogę powiedzieć, że to był taki dawniejszy blog bez komputera i Internetu… Myślenie wizualne oraz angażowanie dłoni było dla mnie czymś naturalnym. Ten świat obecnie wypierany jest przez cyfrową i internetową rzeczywistość. Wiele z tego, co pilnie się w szkole (i na studiach!) nauczyłem, okazuje się obecnie bezużyteczne. Trzeba się uczyć od nowa zupełnie czegoś innego Możliwe, że to, czego uczymy obecnych uczniów i studentów, też nie będzie im przydatne…

W cyfrowej rzeczywistości najbardziej przeszkadzało mi rysowanie. Grafika z szablonami i myszką jest mi obca i wydaje się mi jakaś toporna. Ręka - a w zasadzie także i mózg - przyzwyczajona jest do prowadzenia kreski ołówkiem lub stalówką. Ale wreszcie znalazłem coś, co mi pozwala połączyć dawne nawyki z rzeczywistością cyfrową i możliwościami, jakie daje internet. Tyle, że nawet najwygodniejszej technologii trzeba się nauczyć. I się uczę, jak dziecko - metodą prób i błędów - z ciekawością wciskając różne klawisze, funkcje i programy. Widzę postęp. I zapewne przeżywam te same kłopoty co i inni - na starość trudniej się uczyć niż w dzieciństwie i młodości

Wreszcie będę mógł rysować ilustracje do moich wpisów blogowych. Nie tylko tak jak do tej pory robić zdjęcia… ale i po prostu rysować. Podwójny przekaz: schemat w postaci rysunku (myślografii, mapy myśli, rysnotki) oraz uzupełniający tekst.

Do tej pory robiłem szkice tekstów w formie pisemnej notatki. Zazwyczaj odręcznej. Kłopot tylko taki, że myśl szybko biegnie, a pisząca ręka znacznie wolniej. W rezultacie staram się pisać szybko…. A litery wychodzą kulfoniaste. Potem bardziej zgaduję co napisałem niż odczytuję. Albo nie umiem pisać, albo nie umiem czytać… Zawsze miałem dość brzydki charakter pisma. Jednak długotrwałe korzystanie z klawiatury poczyniło pewien regres w moich umiejętnościach ładnego i czytelnego pisma.

Ponadto nie chciało mi się zazwyczaj pisać całego tekstu. Tylko główne myśli. Tak, żeby potem można było odtworzyć swoją myśl i spisać ją całymi zdaniami. Uzupełnić, rozwinąć, poprawić kompozycję itd. Ale przecież można narysować konspekt tekstu! Notowanie wizualne (graficzne), łączące metodę mind-mappingu z rysowaniem i symbolami też może być dobrym sposobem notowania pomysłów. Zastanawianie się a jednocześnie całość jest widoczna na jednej kartce. Kolorowanie w tablecie to także wydłużenie procesu myślenia. Na koniec można siąść i spisać. A na blogu umieścić obie wersje.

Nareszcie świat trochę znajomy cyfrowemu imigrantowi - możliwość łączenia notowania odręcznego z rysunkami (Bamboo Spark) z wersją cyfrową, łatwą do udostępniania w Internecie.

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

sczachor

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci