Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

sam o sobie

Zrobiłem to! Wykład w formie bajki kamishibai z wykorzystaniem myślografii

sczachor

17310106_10211063925187409_5600699602202326091_oOdważyłem się, przygotowałem i zrealizowałem, wykład dla studentów, w formie bajki kamishibai. Miałem dużą tremę i spore obawy, jak to zostanie przyjęte i jaki będzie efekt. Ale zanim opowiem o efektach, najpierw przedstawię skąd się wzięła inspiracja i dlaczego wykład właśnie w takiej formie .

Nawet najlepsza metoda, stosowana zbyt często, może znużyć i stracić swój pierwotny blask. Kiedy pojawiły się rzutniki multimedialne i Power Point, powiało w salach akademickich nowoczesnością i świeżością. Była to znacząca odmiana po rzutnikach pisma (folie) i mówieniu wykładów/referatów z kartki. Prezentacja multimedialna na obronie doktoratu czy na wykładzie, zachwycała. Dawała przecież duże możliwości. Szybko na trwałe zagościła na konferencjach naukowych i salach wykładowych. Została wprowadzona jako element egzaminu dyplomowego. Po kilkunastu latach najwyraźniej spowszedniała. Nie było już nowości a czytanie z ekranu tekstu momentami zaczynało irytować słuchaczy. Świat się szybko zmienia, a zwłaszcza środowisko akademickie powinno być liderem zmian i upowszechniania nowości. Od czasu do czasu pojawiały się inne programy, np. Prezi, co nieco wprowadzało odmiany i zainteresowania.

Trzy lata temu po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć opowiadanie bajki kamishibai (wtedy nie wiedziałem jak to się nazywa, ale spodobało mi się jako zupełnie inne podejście do opowiadania). Był to występ Anais Fleur w czasie charytatywnej aukcji „Malality pod młotek", w dniu 14 lutego 2014 r. Kilka miesięcy wcześniej (8 czerwca 2013 roku) w Pałacu Młodzieży w Olsztynie odbył się maraton malarski (w którym uczestniczyłem, malując swoje butelki) i sztafeta literacka pod nazwą "Malality". "Malality" to inicjatywa młodych artystów, którzy zachęcali do wspólnej twórczości mieszkańców Olsztyna. Przez cały dzień pod skrzydłami muz szerzona była idea wolontariatu. W trakcie imprezy czytano poezję Gałczyńskiego, przy której stworzono około 70 prac plastycznych. Część prac przekazano Hospicjum a część przeznaczono na „licytację" w dniu 14 lutego 2014 r. I ja miałem swój maleńki udział. Dawanie procentuje, bo ja dzięki udziałowi w tej akcji miałem okazję i dużą przyjemność zobaczenia pani Anais (zobacz film)

W głowie zalęgła się myśl: a może by właśnie  tak spróbować przygotować wystąpienie? Potem, w czasie wyjazdu terenowego, w rozmowie ze studentką, dowiedziałem się, że studenci znudzeni są prezentacjami. Bardzo ciepło wspominała profesora, który nie korzystał z rzutnika multimedialnago (pan starszej daty, jeszcze nie opanował nowoczesnej techniki komputerowej) ale opowiadał z wielką pasją, wzbudzając zainteresowanie.

W ubiegłym roku, w czasie konferencji Ideatorium (poświęcona dydaktyce akademickiej), zebrane tam grono nauczycieli akademickich zgodnie wyartykułowało, że dydaktyka akademicka zatrzymała się w rozwoju na zdobyczach sprzed 20 lat: kserówkach i Power Poncie. W czasie Ideatoriów w Gdańsku, pracownicy uniwersyteccy poszukują nowych metod, dzieląc się doświadczeniami z wdrażania grywalizacji itp (ja rok temu opowiadałem o wykorzystaniu kodów QR). Nieco później dostałem propozycję napisania trzech bajek edukacyjnych dla dzieci, prezentowanych w formie kamishibai. Wyzwania podjąłem się z dużą przyjemnością i zaciekawieniem. W taki sposób otrzymałem skrzyneczkę (mały, drewniany parawanik). Plansze namalował artysta, a ja miałem okazję opowiedzieć bajkę o cytrynku latolistku w czasie Europejskiej Nocy Naukowców we wrześniu 2016 roku. To był mój pierwszy raz. Dla dzieci.

Ale w głowie ciągle dojrzewała myśl, żeby przygotować wykład dla studentów w takiej niecodziennej formie. Od lat prowadzę przedmiot autoprezentacja (głównym celem jest pokazanie i przećwiczenie metod prezentacji publicznych, w tym wygłaszania referatów). Staram się ciągle wprowadzą jakieś nowości: grywalizację, e-portfolio, lapbook itp. Zaplanowałem więc przygotowanie wykładu o tym, jak wygłosić referat, tym razem bez rzutnika multimedialnego i prezentacji w programie Power Point, ale właśnie w formie bajki kamishibai.

Ostatnim impulsem był udział w webinarium z SuperBelframi (spotkałem na konferencji w Warszawie – Inspiracje). Zacząłem ćwiczyć myślografię i ryśnotki (myślenie wizualne, notowanie graficzne). Przypomniałem sobie swoje dawne szkolenie z mind mappingu. Ale nauczyłem się także nowych umiejętności. A przede wszystkim nabrałem odwagi.

Kłopot z przygotowaniem wykładu w formie bajki kamishibai polegał na konieczności namalowania kilkunastu ładnych rysunków. Odkładałem to na wolny czas. Natomiast myślografia umożliwiła szybsze wykonanie potrzebnych plansz. Siadłem i narysowałem, jedynie ilustrację tytułową namalowałem akwarelkami (bo chciałem zobaczyć jak to będzie wyglądało). Wyciągnąłem także z szafy dwa rekwizyty: skarpeciaka-Profesorka, które kiedyś dostałem i Kłobuka, którego w ubiegłym roku wykonałem na warsztatach nad Jeziorem Krzywym.

Odważyłem się i opowiedziałem swoją bajkę studentom biotechnologii oraz biologii. Na wykładzie z autoprezentacji oraz na seminarium dyplomowym. Oba wykonania w małej grupie (bo na dużą salę ta metoda nie nadaje). I studentom spodobało się. Bałem się, że może odbiorą jako metodę infantylną – taki dziecinny teatrzyk, a oni przecież są dorośli i studiują kierunek przyrodniczy. Ku mojemu zadowoleniu i niewielkiemu zaskoczeniu, odebrali bardzo dobrze. W jednym z komentarzy, tuż po wystąpieniu usłyszałem, że studenci mają przesyt prezentacji multimedialnych (zwłaszcza tych czytanych z ekranu), więc każda inna forma odbierana jest z dużą ulgą i wdzięcznością. Wskazali też na kilka drobnych niedociągnięć technicznych. Wiem już co i jak poprawić. W jednej grupie studenci nagrali fragmenty, więc mam nadzieję zobaczyć swoje wystąpienie z perspektywy widza.

Na pewno będę jeszcze próbował z kolejnymi wykładami w formie bajki kamishibai. Muszę tylko nauczyć się tworzenia opowieści i sztuki opowiadania. Samo rysowanie nie wystarczy. Ciągle się czegoś trzeba uczyć. Ale nie martwię się tym, bo uczenie się rozwija. I sprawia, że i mówca się nie nudzi. Nowość to wyzwanie i radość z osiąganie nowych celów.

Nawiązując do tytułu: zrobiłem to i… zrobię znowu. Narysuję, namaluję, opowiem. Ale z umiarkowaniem i niezbyt często, by nie spowodować przesytu. Z wykładów multimedialnych nie rezygnuję, dalej będę je przygotowywał.

Research Gate - naukowcy też mają swojego Facebooka

sczachor

ja_z_kalkmanem_3Research Gate - taki Facebook naukowców, działa już długo, ale ja rzadko tam zaglądam. Po prostu brakuje czasu i odpowiednich umiejętności. Nie starcza mojej umiejętności przestawienia stylu pracy, z tradycyjnej i papierowej na w pełni cyfrową. Mam jeszcze mocno analogowe przyzwyczajenia. Być może młodym będzie łatwiej. 

W każdym razie RG o mnie pamięta. Dzisiaj dostałem powiadomienie na skrzynkę mailową, że pojawiło się nowe podziękowanie w jakieś publikacji. No to z ciekawości zajrzałem jaka to publikacja i o co chodzi. Rzecz dotyczyła ważek (Odonata) Rumunii. Tak przypomniałem sobie letnią wyprawę do Rumunii przez Ukrainę. Było to 10 lat temu.

Rumunia w tym czasie należała do słabo zinwentaryzowanych ważkowo krajów europejskich. Aby tę białą plamę nieco wypełnić zorganizowane zostały europejskie warsztaty ważkowe własnie w Rumunii. Przyjechało kilkudziesięciu zawodowych i amatorskich badaczy z całej Europy. Dobry przykład dla ilustracji, że nauka ma charakter zespołowy i kumulatywny.

Nasz mały, polski zespół jechał samochodem przez Odessę. Zabraliśmy na Ukrainie koleżankę odonatolożkę (Elena wcześniej była u mnie na stażu). Miałem okazję poznać to urokliwe, piękne i wielokulturowe miasto. Potem wielokrotnie chciałem się wybrać na Ukrainę, do Odessy. Ale sytuacja międzynarodowa stała się mało sprzyjająca. Pozostaną wspomnienia i plany na przyszłość.

 17240488_10211017891396593_9038842751533538442_o

Zobaczyliśmy także kawałek Mołdawii i duży fragment Rumunii. Szukaliśmy oczywiście ważek (Odonata), w tym Cordulegaster heros. Ja oczywiście dodatkowo poszukiwałem chruścików. Podziwiałem krajobrazy dla mnie egzotyczne. Przepiękna wyprawa przyrodnicza i kulturowa. Na pewno podróże przyrodniczo kształcą. Można zobaczyć zupełnie inne ekosystemy i sytuacje przyrodcznicze.

Dawno o tej wyprawie zapomniałem. A teraz ukazała się publikacja i podziękowania odonatologiczne. Sięgnąłem po analogowy album ze zdjęciami Bogusława Daraża. Co prawda miałem aparat cyfrowy ale karta pamięci była mała i niewiele zdjęć zrobiłem. To były inne czasy. 10 lat to niby w życiu człowieka niewiele, ale w technologii to cała epoka.

Kiedyś podziękowanie (dokumentujące wkład pracy) czy cytowanie własnej pracy znaleźć można było przypadkiem, przeglądając czasopisma lub książki w bibliotece. Teraz, gdy wiele zasobów jest w formie cyfrowej, sam komputer wyszuka w odpowiedniej bazie danych. Niby jest łatwiej. Ale tego nowego świata trzeba się nauczyć. 

No więc uczę się, razem ze studentami. Takie to nauczeństwo epoki trzeciej rewolucji technologicznej... A co się jednego nauczę jako tako, to zaraz pojawia się jakaś nowinka. I trzeba uczyć się ponownie.... Umiejętność szybkiego uczenia się pozostaje kluczowa kompetencja w XXI wieku.

 rumuniaWP_20170313_17_29_18_Pro

 

Czasem nawet jest bardzo dobrze, gdy się komputer zepsuje

sczachor

komputer

Każda awaria komputera lub systemu przez lata wiązała się dla mnie z dużym stresem. Bo oznaczać to może utratę danych a na pewno długi i żmudny proces instalacji oprogramowania i sprzętu. Nic miłego. Awaria zdarzyła się w czasie zajęć, akurat gdy chciałem wyświetlić studentom prezentację. Kilka błędów, potem próba w pośpiechu naprawiania i jeszcze więcej kłopotów. W końcu konieczność przywracania ustawień fabrycznych. Jednym słowem kompletna klapa. A jednak była to bardzo korzystna i miła sytuacja. Zaskakujące? No to przeczytaj całość.

Przed paroma miesiącami skusiłem się na aktualizację systemu na Windows 10. Nowe ustawienia i funkcje nie bardzo mi się spodobały, bo trzeba było znowu uczyć się i przyzwyczajać. Ale najgorsze było to, że "zgubiłem" wi-fi. Po prostu nowy system nie rozpoznał karty. I na zajęciach nie mogłem skorzystać z internetu, by studentom pokazać treści, o których wspominałem (nawet nie było możliwości udostępnienia internetu z komórki). Ale znając niedogodność można było wcześniej zrobić zrzuty ekranu i tak wybrnąć z kłopotu. Niedawno system się zaktualizował i wi-fi wróciło. Pełnia szczęścia. Ale jednocześnie coś mi się stało z padem. Nie zauważyłem tego, bo korzystam z myszy. Idąc na wykład zabieram komputer bez myszy. I tu niemiła niespodziana, nie mogę uruchomić prezentacji. Na szczęście było blisko i byłem na sali trochę wcześniej. Wystarczyło by pobiec po mysz i poradzić sobie ze sprzętem. Trochę jednak zdenerwowania było. 

Ale teraz pojawił się większy problem. W trakcie seminarium chciałem uruchomić prezentację. Włożyłem kabel od rzutnika przy zamkniętym laptopie. A on tak czasem ma, że wtedy wyświetla tylko obraz na ekranie. Ale nic, pomyślałem, że pozmieniam ustawienia patrząc tylko na ekran. Niestety chyba coś źle kliknąłem. Postanowiłem wyjąć kabel i obudzić jeszcze raz mój laptop. A tu kompletna kicha, zniknął obraz z ekranu. Próba restartu wymuszonego - cały czas problem. Kilka minut chaotycznych działań i kompletna klapa. W czasie seminarium łatwo przejść na "przekaz analogowy". Ale za chwilę mam wykład. Prezentację zgrałem na laptopa kasując z pendriva... więc poszukiwanie po południu zastępczego komputera mija się z celem...

Przywracanie ustawień i systemu się nie powidło. Pozostaje tylko przywrócenie ustawie fabrycznych (sprzed kilku lat). Za chwilę wykład a ja mam niesprawny sprzęt i żadnej szansy na pomoc (instalowanie systemu i oprogramowania, które odtworzy prezentację, potrwa co najmniej kilka godzin, jak zwykle zresztą). I co tu robić? Strach w oczy zagląda. Panika?

Wchodząc na salę wykładową myślałem o odwołaniu wykładu lub przeniesieniu. Pierwsza refleksja: jak bardzo jesteśmy bezradni bez coraz bardziej uzależniającej elektroniki. Normalnie na konferencję robię sobie wydruk całej prezentacji. A teraz nie miałem nic, nie tylko prezentacji do wyświetlenia ale i notatek.  To był pierwszy zysk z komputerowej katastrofy: refleksja.

Na sali była tablica z kredą i flip chart z mazakami. Nagłe olśnienie z zachętą studentów: przecież mogę mówić bez komputera. Wcześniejsze ćwiczenia w myśleniu wizualnym, w rysnotkach i myślografiach dodatkowo mnie przygotowały mentalnie i technicznie. Bez komputera też dam radę. Fakt, że trochę chaotycznie (bo z zaskoczenia), ale można było opowiadać, rysując na tablicy i na papierze. Bo o ekologii trudno mówić samymi słowami - schematy są bardzo przydatne. To była druga korzyść - dostrzegłem potencjał notowania wizualnego i wcześniejsze ćwiczenia bardzo się przydały. Może w przyszłości trzeba świadomie zrezygnować z komputera i przygotować się do wykładu rysowanego? Tak dla urozmaicenia?

Studentom obiecałem tak jak zawsze podesłać slajdy z prezentacji w pliku pdf. Ale do tej pory służyły one przypominaniu treści wykładowych. Na slajdach były animacje, układające się w  opowieść. Trzeba zatem te fragmenty przygotować z... dźwiękiem lub dodatkowym opisem. Nigdy tego nie robiłem. A teraz jestem niejako przymuszony. To trzecia korzyść z mojej komputerowej katastrofy: nauczę się czegoś nowego. Przydatne będzie zwłaszcza dla studentów nieobecnych na wykładzie. Albo jako materiały uzupełniające do wykładów i zajęć, dostępne on-line. 

Idąc rano do pracy myślałem co i jak trzeba zrobić by odtworzyć laptop do pracy. Jak ustawić parametry przy karcie sieciowej by mieć dostęp do internetu (warunek instalacji większości programów). Dawno tego nie robiłem. I jak zainstalować  z serwera program antywirusowy? Trzeba będzie wezwać fachowców, oby znaleźli czas przez cały dzień. W minorowym nastroju zadzwoniłem. I tu wielka niespodzianka, pan z obsługi komputerowej pomógł mi w ustawieniach przez telefon. szybko i sprawnie. Co więcej instalację systemu antywirusowego zrobił zdalnie, bo powiedział jak mam włączyć specjalną obsługę. Kolejne miłe zaskoczenie. Technologia posunęła się do przodu a i obsługa personalna jakby milsza i sprawniejsza. To kolejne pozytywne odkrycie. Przy okazji przypomniałem sobie o internetowym serwisie pracowniczym. Pół roku temu się tam zalogowałem. Ale nie korzystałem. Teraz ponownie przypomniałem sobie o jego istnieniu. 

Pozostało zainstalować programy. Przy okazji system parę razy pobierał aktualizację. Kilka godzin siedzenia przy komputerze. Zmarnowany czas? Nie. Siedziałem i wymyślałem jak tu zrobić na regularnych, kursowych zajęciach (np. seminarium) zaliczenie w postaci... escape room (pokoju niespodzianek). Projektowałem i zginałem lapbooki oraz przypomniałem sobie stary sposób składania  papierowych listów. Umiałem to robić w czasach szkolnych. Jakieś 40 lat temu. Przypomniałem sobie! Co za radość.

Awaria komputera to stres i czas stracony na przywracanie? Tak było do tej pory. Ostatnia awaria okazała się bardzo inspirująca i edukująca. Bo byłem na to nieświadomie przygotowany ćwicząc myślenie wizualne, lapbooki i poszukując różnych rozwiązań edukacyjnych (np. escape room w wersji edukacyjnej). 

Małe wyjaśnienie. Utraty plików się nie bałem, bo pomny wcześniejszych problemów mam już kopie na przenośnym dysku, Utrata danych byłaby największą stratą. A przymusowe odstawienie od komputerowej rutyny może okazać się inspirujące i owocne edukacyjne.

 

Blogi są samotne

sczachor

Lampa_z_ciastkiemBlog ma tę wadę, że jest samotny. Powstaje jednoosobowo, tak jak pisanie rękopisu. Blog daje wolność i ma służyć komunikacji, ale poprzez swoją samotność ma swoje wady. Nie ma recenzenta, czytającego test przed opublikowaniem, nie ma korekty i redaktora. Wszystko skupione jest w jednej osobie. Daje to szybkość publikacji i dużą wolność.

Dobre rzeczy powstają zespołowe. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Na blogu publikuje się niewątpliwie szybciej i z większym marginesem wolności (bez ograniczeń). Własnych błędów jednak się za bardzo nie widzi.

Kiedy druk (papierowy) był kosztowny to wydawca chciał mieć pewność, że publikowany tekst jest wartościowy. Tak powstały recenzje przed drukiem, jakże typowe dla nauki i publikacji naukowych. Zazwyczaj jest nawet 2-3 recenzentów by wyeliminować stronniczość i ewentualne błędy. Owszem, ma to swoje wady - wiele wartościowych tekstów było odrzucanych z racji zbytniej rewolucyjności i dużej oryginalności. Recenzje dodatkowo wydłużają cykl wydawniczy: trzeba wysłać, dać czas na przeczytanie i zrecenzowanie, ponownie wysłać do aura itd.

W czasopismach popularnych rolę recenzenta pełni redaktor. Czyta, poprawia, sugeruje zmiany. Rolą recenzenta i redaktora jest wczuć się w sytuację czytelnika i sprawdzić czy tekst jest zrozumiały, piękny i wartościowy. Korekta wychwyci błędy logiczne, stylistyczne, literowe. W zespole i wielokrotnym czytaniu tekst ma szanse być poprawiony i opublikowany bez błędów i w lepszej formie. Ale wydłuża to czas publikacji i czasem.. zabija wartościowe wypowiedzi.

Blog daje wolność i szybkość publikacji. Ale obarczony jest możliwością nieczytelności i błędów. U mnie sporo jest błędów literowych. Czytam 2-3 razy… a i tak za jakiś czas widzę kolejne. Publikowanie w Internecie jest tanie, dlatego tak dużo tekstów się ukazuje, także i w formie blogowej. Zupełnie nowy rodzaj wypowiedzi i literatury. Z oczywistymi zaletami i wadami. Jest inaczej.

Tak jak wielu ludzi, uczę się tej nowej formy już od ponad 10 lat. Jest to rękopis, do którego zagląda wielu mieszkańców globalnej wioski. Wielu jest piszących, mniej czytających (w przeliczeniu na jednego bloga). Duża różnorodność kultury. Cywilizacyjnie jest to zupełnie nowa sytuacja . Próbujemy to zrozumieć….

Innowacje i myślenie wizualne - lepiej chyba widać z boku…

sczachor

Czasem bywa tak, że to naukowiec staje się obiektem badań. Niespodziewanie i mnie to spotkało (jeśli mnie pamięć nie myli, to już drugi raz, ale za każdym razem w innej dyscyplinie). Nieco pesząca sytuacja. Może i tak właśnie czują się chruściki, które na różne sposoby podpatruję w środowisku? To oczywiście był żart, z tymi odczuciami chruścików czyli kłódek. Niemniej nawet hydrobiologiczne metody badań ingerują w środowisko mniej lub bardziej i je w jakiś sposób organizują. Powraca odwieczny dylemat badacza: na ile poznaje świat obiektywnie a na ile go swoimi badania porządkuje (reorganizuje). Istotne jest to nie tylko w etnografii, psychologii czy socjologii, ale i ekologii.

Odwiedziła mnie dr Zofia Okraj z Instytutu Pedagogiki i Psychologii UJK w Kielcach. Dr Okraj prowadzi badania nad uwarunkowaniami twórczej pracy nauczycieli akademickich-innowatorów. Do tej pory wydawało mi się, że ledwo nadążam za nowymi trendami w edukacji (ale za punkt odniesienia biorę to, co dzieje się w edukacji a nie dydaktyce akademickiej). A okazuje się, że stosuję różne innowacyjne metody kształcenia. Chyba z boku lepiej widać. Dr Okraj zainteresowana była zastosowaniami myślenia wizualnego w kształceniu akademickim, łączeniu nauki ze sztuką, i popularyzacją nauki.

Długa rozmowa stała się dla mnie inspiracją i refleksją. W zasadzie nigdy nie zastanawiałem się skąd i dlaczego interesują mnie takie a nie inne pomysły. Już po rozmowie, ciągle myślami wracam do przyczyn i uwarunkowań. Pani Zofia pytała mnie o budowanie warsztatu dydaktycznego z zastosowaniem innowacyjnej metody, technik kształcenia oraz towarzyszące im czynniki: motywy, organizację działań, aktywności równoległe, stymulatory, inhibitory twórczej pracy a także działania planowane. Swoimi pytaniami sprawiła, ze zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać.

Zaskakujące i jednocześnie pocieszające jest to, że w różnych miejscach podobnie wygląda sytuacja innowatorów w dydaktyce akademickiej. Jakaś prawidłowość, ale chyba nie można być z niej dumnym...

Wróćmy zatem do myślenia wizualnego, które niedawno na nowo i niejako świadomie odkryłem. W zasadzie dostrzegłem, bo to inni swoimi publikacjami i aktywnością dowartościowali i usankcjonowali różne techniki myślenia i notowania wizualnego. Ten styl myślenia towarzyszył mi „od zawsze”. Widać taką mam konstrukcję psychiczną i takie preferuję kanały komunikacji. Ale teraz „mogę być z tego dumny” (to aluzja do pewnej anegdoty).

W szkole lubiłem rysować i malować. I ta dziecięca chęć do rysunków pozostała mi do dzisiaj. Może nawet intensywniej powróciłem (np. Artystyczna Rezerwa Twórcza). W zeszytach trzeba było ładnie pisać. Tylko w młodszych klasach robiliśmy szlaczki. A potem tylko linearne pismo, słowa, słowa, słowa (a mnie jako dysortografikowi pisanie szło w bólach, i na dodatek brzydko pisałem, mało wyraźnie). Za to w brulionach, specjalnie na to zakładanych, można było nie tylko pisać, ale i bazgrać, rysować, rozmyślać z ołówkiem czy długopisem w dłoni i bazgrołami na kartce. Miałem wiele taki brulionów. Potem były próby ujmowania treści w schematy z mniej lub bardziej dowcipnymi wtrętami. Ale zawsze było to jakoś na marginesie, nieoficjalnie. W szkole średniej odkryłem dla siebie rysowanie ołówkiem, piórkiem (tuszem) oraz próbowałem nieudolnie malarstwa olejnego.

Na studia poszedłem z myślą o zawodzie nauczycielskim. To był chyba jakiś efekt roku 1980 - dużo nas w klasie wybrało kierunki nauczycielskie, mimo że i wtedy był to zawód mało atrakcyjny finansowo i prestiżowo. Ale może tkwiła w nas jakaś nieuświadomiona chęć naprawy świata? Na studiach także rysowałem, ubarwiając notatki z wykładów (porządkowanie wiedzy w postaci schematów także było). Więcej osób tak robiło. Próbowałem także sił w rysunku satyrycznym (teraz myślę, że to była też jakaś droga do myślenia wizualnego). Na kierunku nauczycielskim (WSP w Olsztynie) mieliśmy sporo przedmiotów pedagogicznych. Były więc i lektury i praktyki w szkole i ciekawe dyskusje. Rozbudzenie innowacjami i eksperymentami pedagogicznymi właśnie w tym czasie się narodziło bardzo wyraźnie. Tak sądzę. Zaskakujące jest to, że do wielu tych eksperymentów sprzed dziesięcioleci ciągle w edukacji powracamy.

Ważnym źródłem inspiracji do innowacji było… studenckie koło naukowe, w prace którego włączyłem się już na pierwszym roku, po miesiącu edukacji akademickiej. Z perspektywy lat mogę napisać, że to właśnie w kole naukowych więcej było uniwersyteckości niż w całym cyklu kształcenia. Bo w kole naukowym było autentyczne poszukiwanie badawcze, otwarte rozmowy, w tym z pracownikami naukowymi, stawianie pytań i autentyczne badania. To wtedy zainteresowałem się chruścikami. Koło naukowe było przygodą i posmakowaniem prawdziwego uniwersytetu: wspólnoty uczących i nauczanych, wyjazdy na konferencje naukowe, terenowe wyjazdy badawcze itd. Praca magisterska nie była moją pierwszą publikacją naukową. A w programie kształcenia była jedynie szkoła, wyższa szkoła. Realizacja programu nauczania. Teraz się to chyba jeszcze bardziej utrwaliło. Niestety. Studenci mają mniej czasu na własne poszukiwania. Dlatego staram się od lat wprowadzać takie elementy dydaktyczne, które sprawiają, że :koło naukowe jest dla wszystkich”.

Pracownikiem naukowym zostałem niespodziewanie i bez wcześniejszych planów, jeszcze na studiach (wcześniej marzyłem o pracy gdzieś w wiejskiej szkole). Zacząłem pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, dzieląc pasję badawczą z kształceniem nauczycieli (czyli był nieustanny kontakt z refleksją nad efektywnością nauczania). Dalej pracowałem w kole naukowym ale już jako opiekun. W czasach przed-komputerowych i wczesno-komputerowych rysunki do publikacji rysowałem najpierw piórkiem a potem odkryłem rapidografy i wzorniki pisma. Powstało sporo rysunków typowo naukowych, w tym różnych schematów. Wtedy nie wiedziałem, że można to nazwać myśleniem wizualnym. Pierwsze naukowe postery powstawały niemalże ręcznie. Dopiero później w całości przeniosły się do komputera (wraz z odpowiednim oprogramowaniem graficznym). 

W 1990 ukończyłem kurs szybkiego czytania „Mind Mapping” (metoda Tony Buzana). Nauczyłem się techniki szybkiego czytania, rysowania map myśli oraz kilku przykładów ciekawych technik dydaktycznych. Na długo zostało. Ale przede wszystkim jako osobista metoda notowania. Dychotomiczność map myśli trochę mnie uwierała i sam je modyfikowałem. Na zajęciach dzieliłem się tymi doświadczeniami ze studentami, pokazując jak można zrobić wygodny, jednostronicowy konspekt referatu/wystąpienia (przedmiot autoprezentacja oraz seminarium dyplomowe). Ale w techniki mind-mappingu nie uczyłem. Wszak nauczałem na kierunku biologia. A nikt z innych wydziałów z taką propozycją się nie zwracał (bo i zapewne nie wiedział, że jakiś biolog stosuje na co dzień). W miarę upływu lat, przy braku stymulacji, mapy myśli gdzieś odeszły na bok. Może to wina komputeryzacji? Dopiero niedawno przypomniałem sobie o nich przy okazji zainteresowania myśleniem wizualnym. Odżyły wygrzebane z zakamarków pamięci.

W roku 1995 odbyłem rocznym kurs „Tworzenie krajowej sieci Regionalnych Centrów Edukacji Ekologicznej” (organizacja i zarządzanie edukacją ekologiczną i ochroną środowiska) prowadzonego przez Danish Technological Institute w ramach projektu PHARE. Niecodzienne warunki wyjazdowe, możliwość spotkania kreatywnych ludzi oraz sam program znacząco wzbogacił moje pomysły dydaktyczne. W zasadzie nastroił pesymistycznie… Bo może lepiej byłoby nie wiedzieć… że można lepiej i efektywniej. To tak jak iść na kurs samochodowy i dowiedzieć się, że samochód ma kilka różnych biegów i przerzucając wajchą w skrzyni biegów można jeździć szybciej i efektywniej. A potem wracasz i … nie wolno ci używać skrzyni biegów. Bo nie ma jak, bo leżą tam jakieś graty itd. Wiedza o możliwościach tym bardziej irytuje, gdy doświadcza się strukturalnej i systemowej niemocy. Ale pozostawała chęć zmiany i wprowadzania małych kroczkami, przynajmniej na własnych zajęciach. Tyle ile można.

Pod koniec XX wieku (jak to fajnie brzmi, nieprawdaż?) powstała olsztyńska kawiarnia naukowa. Był to efekt interdyscyplinarnych, nieformalnych spotkań pracowników z różnych wydziałów. Niejako samodzielnie odkryliśmy klimat lwowskiej szkoły matematyków i kawiarniane spotkanie w Szkockiej. Po latach przeczytałem we wspomnieniach Richarda Feynmana, że on także ogromnie cenił sobie klimat spotkań interdyscyplinarnych, gdzie można spotkać się i autentycznie porozmawiać o badaniach naukowych, własnych i cudzych. Formuła kawiarni ułatwia komunikację i dyskusję. Ciągle do tej atmosfery próbuję wracać, namawiać studentów do seminariów organizowanych także w kawiarniach czy nawet na trawniku (dwa razy się na trawniku udało).

Z racji pracy na WSP i zainteresowań edukacja ekologiczną od początku pracy miałem mniejszy lub większy kontakt z nauczycielami i edukatorami. Bardzo owocna i inspirująca była zwłaszcza współpraca z Centrum Edukacji Ekologicznej w Ełku (Roman Paczkowski) oraz w Kwidzynie (Ewa Romanow). W tym ostatnim udało się zrealizować kilka projektów, w tym studia podyplomowe dla nauczycieli. Różnorodne innowacje (broszury, wykłady, wycieczki) dotyczyły edukacji ekologicznej i pozaszkolnej.

Była także współpraca z Fundacją Ecobaltic z Gdańska. Utrwaliła się w mojej pracy metoda projektu, którą przemycałem do różnych przedmiotów (np. ochrona środowiska). Była także współpraca z drobnymi przedsiębiorcami - pojawiły się więc warunki do poszukiwań w ramach edukacji pozaformalnej, projektowanie tablic informacyjno-edukacyjnych (jakaś forma edukacji zdalnej i myślenia wizualnego). Obmyślanie tras turystyczno-edukacyjnych. I możliwość zrealizowania rodzących się pomysłów. Nie było ograniczeń. Tak jakoś się składało, że więcej możliwości do zrealizowania innowacyjnych pomysłów było poza uczelnią lub poza formalną dydaktyką na studiach.

W 2006 roku odbyłem najpierw miesięczny, potem półroczny staż w przedsiębiorstwie (pensjonat w miejscowości Łajs k. Olsztyna) w ramach projektu „Regionalny transfer wiedzy UWM – staże pracowników i absolwentów w firmach”, oraz w ramach projektu „Staże dla absolwentów szkół wyższych i pracowników sektora badawczo-rozwojowego” (Regionalne Strategie Innowacyjne i Transfer Wiedzy) z Fundacji „Wspieranie i Promocja Przedsiębiorczości na Warmii i Mazurach”. Z kolei w 2007 r. odbyłem półroczny staż w przedsiębiorstwie poligraficznym i reklamowym w Olsztynie, w ramach projektu „Staże dla absolwentów szkół wyższych i pracowników sektora badawczo-rozwojowego” (Regionalne Strategie Innowacyjne i Transfer Wiedzy) z Fundacji „Wspieranie i Promocja Przedsiębiorczości na Warmii i Mazurach”. Tam poznałem więcej tajników druku wielkoformatowego. Zaowocowało to w przyszłości nie tylko tablicami edukacyjnymi, ustawionymi w Łajsie jak i w Lesie Miejskim w Olsztynie, ale różnymi innowacyjnymi pomysłami w wykonaniu posterów a ostatnio w postaci wystaw, przestawiających zarówno wyniki badań jak i upowszechniających naukę (np. w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki). Kontynuacja tych zainteresowań współpracy z szeroko rozumianym otoczeniem jest Wimlandia i możliwość wymyślania i realizacji nowych pomysłów edukacyjnych (np. maść czarownic do latania, promocja przedsiębiorstw formie grywalizaji itd.).

Kontakt z nauczycielką p. Jolanta Okuniewska, podsunął mi pomysł wykorzystania QR Kodów (linkujących do tekstów zamieszczonych na blogu) z planszami z fotografiami. Mniej więcej dwa lata temu przeniosłem QR Kody i mobilny internet na dachówki (projekt Gadające dachówki) a nawet na butelki - jako forma upowszechniania dorobku naukowego przy realizacji projektu, dotyczącego biorafinerii.

achremczyk2009

Wyżej fragment z książki Stanisław Achremczyk „Nauk przemożnych perła. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie 1999-2009"

Pomysły na współpracę w zakresie szeroko rozumianej edukacji mogłem pełniej zrealizować, gdy powierzono mi kierowanie Olsztyńskimi Dnia Nauki (2006-2009). Udało się zmienić nazwę na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki (poszerzając formułę i nadając jej bardziej interdyscyplinarnego charakteru) oraz uzyskać pierwszy grant europejski na Noc Naukowców (2008). Potem swoje pomysły materializowałem w czasie organizacji Nocy Biologów w Olsztynie (2012-2017). Za każdym razem coś nowego i we współpracy z różnymi, pozauniwersyteckimi partnerami. To tu teraz dojrzewają pomysły na edukację pozaformalną.

Niedawno zaczęła się współpraca z Centrum Nauki Kopernik, wyjazdy do Gdańska na konferencję Ideatorium (spotkanie poświęcone dydaktyce akademickiej), do Gliwic (Edu-it), na warszawską konferencję Inspiracje - gdzie poznałem Super Belfrów i bardzo twórczych nauczycieli. To inspiruje i to bardzo. Zaowocowało kolejnymi innowacjami w mojej pracy - zajęcia pn. „nauka w puszce”, wykorzystanie gamifikacji (np. Drużyna lasera), i oczywiście myśleniem wizualnym. Przypomniałem sobie mind-mapping i wykorzystałem kontakt internetowy (webinaria) jak i spotkania w realu by uczyć się ryślenia i manuśli (lapbook). Od razu próbuję przenosić te pomysły do dydaktyki, także z wykorzystaniem nowego sprzętu elektronicznego (np. Bamboo Spark). 

Wcześniej prowadziłem stronę internetowa ale w 2005 roku założyłem własny blog - jako jedna z form kontaktu ze studentami oraz jako element edukacji pozaformalnej. Potem wykorzystane doświadczanie pozwoliło uruchomić inne, tematyczne blogi. Poszukiwałem także możliwość w ramach e-learningu.

Malowanie butelek zaczęło się od projektu w Ornecie „Z uniwersytetem na ty” w 2005 roku (współpraca z prof. Leszkiem Szarzyńskim z Instytutu Muzyki). W Ornecie chodziło o recykling. A teraz o coś znacznie więcej. Malowanie na szkle kusiło już od jakiegoś czasu, ale dopiero kontakt z nauczycielką ze szpitala psychiatrycznego i pokazanie, jak się maluje (bezpośredni kontakt), sprawiło, że zacząłem malować. Najpierw dla siebie, potem jako forma spotkań w przestrzeni publicznej i edukacja pozaformalna w zakresie lokalnej bioróżnorodności. Kilka lat temu zostałem zaproszony na plener malarski do Tumian. Tam poznałem niezwykłych ludzi i tam urodził się pomysł malowania kamieni oraz starych dachówek. Teraz malowanie dachówek wykorzystuję w czasie pikników naukowych a efekty pokazywane są przez budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii oraz Biblioteką Uniwersytecką.

Retrospektywne spojrzenie na siebie, pod kątem innowacji i myślenia wizualnego, nie jest łatwe. Chyba rzeczywiście, z boku lepiej widać. W jakimś stopniu zdziwiony jestem tym, że uważają mnie za innowatora w dydaktyce (przynajmniej akademickiej). Przecież to co robię jest normalne, oczywiste. A jednak może jest inaczej? Stare przysłowie, że prorokiem nie jest się we własnym kraju - w rozmowie z panią Okraj uświadomiłem sobie, że moja sytuacja jest typowa i że trudna jest dola innowatora w dydaktyce… O wiele łatwiej o dostrzeżenie i uznanie gdzieś na zewnątrz, daleko, niż na własnym podwórku. Bo z boku łatwiej widać niektóre rzeczy? Tak jak w przypadku badań naukowych. To my badamy inne obiekty, a nie one same siebie.

Myślę, że dużą inspiracją było spotykanie nietuzinkowych ludzi, w większości spoza środowiska akademickiego. Do innowacyjności jest chyba potrzebna otwartość na spotkanie z innym człowiekiem i łączenia w jedno różnych wątków. Ostatnim przykładem jest opracowanie edukacyjnych kamashibai i zainteresowanie się technikami myślenia wizualnego. 

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Ja też jestem imigrantem

sczachor

jestem_imigrantemGdy dzieje się niegodziwość (tu i teraz) milczenie byłoby podłością. Przestrzeganie prawa i polskiej konstytucji obowiązuje wszystkich a nie tylko cudzoziemców, imigrantów, ateistów, prawosławnych, muzułmanów czy „gorszy sort”. Mnie, jako Polaka i katolika, słowa pani poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy po prostu obrażają (bo niby w moim imieniu, jako poseł, to mówi). I bardzo niepokoją, bo kojarzą się z niemiłą przeszłością. Wtedy też miłe były bardzo złego początki.

Chcę być solidarnym z tymi, których miałoby się deportować. Więc jestem imigrantem. W swojej drodze do pracy mijam budowę, słyszę ukraińską mowę. Sezonowi pracownicy, imigranci albo po prostu ludzie. Boję się, że narastająca atmosfera nacjonalizmu rozpocznie się podpisywaniem absurdalnych deklaracji, a zakończy się zakładaniem opasek i „deportowaniem” w bydlęcych wagonach.

Jestem imigrantem do szpiku kości. A wszystko zaczęło się jakieś 4 miliardy lat temu. Może troszkę później. Wtedy pojawiło się życie biologiczne na Ziemi. Wcześniej go nie było, więc jest bez wątpienia imigrantem. Przybyszem, czymś nowym. I na dodatek owo życie diametralnie zmieniło planetę w skali globalnej a nie tylko lokalnej. Spytajcie geologów. Ja jestem istotą żywą.

Człowiek ewolucyjnie ukształtował się w Afryce. Tam wyewoluowały hominidy i rozdaj Homo. Najpierw do Europy przybył jako imigrant Homo erectus. Dotarł do Azji i być może jeszcze dalej. Potem w Europie byli Neandertalczycy, może tu powstali może przybyli jako imigranci. Być może dotarli także Denisowianie. W każdym razie po Neandertalczykach mamy jakieś 1,9% genów. 

Homo sapiens sapiens dotarł do Europy jako imigrant, chyba 40-50 tys. lat temu. I wyparł Neandertalczyków. Szczegółów nie znamy. Jako Homo sapiens sapiens bez wątpienia jestem imigrantem w Europie. Gdy ustąpił lodowiec z terenów współczesnej Polski, najpierw pojawili się tu łowcy reniferów. Gdy klimat jeszcze bardziej się ocieplił powędrowali za swoimi reniferami na północ. Może niektórzy tu zostali. Ale raczej niewielu. Przywędrowali rolnicy, najpewniej z Azji Mniejszej. Jak zawsze ludzie wędrowali, kultury się mieszały a cywilizacje rozwijały. Dzięki różnorodności i współpracy. Mimo wojen.

Gdzieś w dolinie Dunaju powstali Indoeuropejczycy (ściślej Praindoeuropejczycy). Moi przodkowie. Zasiedlili całą Europę, duże części Azji i dotarli aż do Indii. Po pierwotnych Europejczykach niewiele zostało. Chyba bezpośrednimi potomkami są Baskowie. W epoce brązu na ziemiach polskich mieszkały ludy kultury łużyckiej. Potem przywędrowali tu germańscy Wandalowie, zasiedlając tereny między Odrą a Wisłą. Byli też Goci, którzy wywędrowali aż nad Morze Czarne. Słowianie przyszli jako imigranci gdzieś koło szóstego wieku naszej ery (gdy Wandalowie poszli na zachód i dotarli aż do Afryki - więc może migranci z północnej Afryki to po prostu potomkowie Wandalów, wracający do swojej ojcowizny?). Zapewne imigranci-Słowianie w części zasymilowali pozostałą ludność tu mieszkającą (w tym i Wandalów). Ale w większości byliśmy imigrantami znad Dniestru - miejscowych, jeśli zostali, to zeslawizowaliśmy. Także i na tym etapie moi przodkowie byli imigrantami.

W linii męskiej dobrze w metrykach i księgach mam udokumentowane przebywanie moich bezpośrednich przodków na północnym Mazowszu. W Czachorowie. Od tej wsi wzięło się notabene nazwisko, które umożliwiło śledzenie genealogii w księgach metrykalnych. Zasiedziali imigranci, tak co najmniej od początku XIV wieku. Na Prusy dotarli najpóźniej w XV wieku. Ale moja bezpośrednia linia siedziała cały czas na północnym Mazowszu. Inni rozeszli się po całym świecie, dotarli do obu Ameryk i jeszcze dalej.

Ma Warmię i Mazury przyjechał mój ojciec (z Mazowsza). Za starszym bratem. Ten przyjechał tu nie z własnej woli, bo na roboty w czasie wojny. Był deportowanym imigrantem i człowiekiem gorszego sortu III Rzeszy Niemieckiej. Co prawda urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim, ale z pokolenia imigrantów.

W linii żeńskiej płynie we mnie domieszka krwi litewskiej i białoruskiej, możliwe że i tatarskiej. Wszystko w ramach tolerancyjnej i wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak jak we współczesnej Unii Europejskiej. Dziadkowie z mamą przyjechali po 1945. Byli tak zwanymi repatriantami. Czyli imigrantami. Przyjechali z własnej woli, w bydlęcych wagonach. Tak jak i inni, zamieszkali w cudzych domach. Mieszkali w jednej wsi Niemcy, Mazurzy (autochtoni, jeden nawet był Szwajcarem), Kresowiacy, ci z Centrali no i Łemkowie oraz Ukraińcy. Ci ostatni zostali tu deportowani. Przymusowi imigranci.

Na studia do Olsztyna przyjechałem z Płocka (w międzyczasie rodzina wróciła na Mazowsze). Zostałem na Warmii, więc jestem imigrantem. Studiowałem z potomkami imigrantów, w tym z Ukraińcami.

Kiedy pani poseł pisze o składaniu deklaracji i grozi deportacjami, to przypominają mi się losy mojej rodziny. Ojciec jako dziecko był w obozie w Działdowie, cudem przeżył. Rodzinę deportowano z ich gospodarstwa. Po wojnie wrócili na swoje. Z kolei rodzina mamy tułała się po gułagach na wschodzie, a dziadek uciekł z więzienia w Połocku (nie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego). Część została na zawsze, część wróciła lub przez Iran powędrowała dalej. Rodzina rozsiana po całym świecie. Mówimy różnymi językami, choć wszyscy pochodzimy z jednej wsi na północnym Mazowszu.

Wydawało mi się, że żyję w szczęśliwych, spokojnych czasach. Ale już od roku słyszę ciągle o lepszym i gorszym sorcie, a teraz pani poseł z PiSu apeluje o podpisywanie deklaracji i „obiecuje” deportacje. Jako Polak i praktykujący katolik, gdy słyszę to dzielenie na lepszych i gorszych, mówię głośno: ja też jestem imigrantem! Jeśli ich to i mnie. Deportujcie i mnie. Milczenie byłoby podłością. Moją ojczyzną odziedziczoną w kulturze była Rzeczypospolita Tolerancyjna, Republika Trojga Narodów. Tę ideę współcześnie o wiele bardziej realizuje Unia Europejska niż zaściankowa ksenofobia zagubionych intelektualnie i duchowo ludzi.

Blogowe ryślenie czyli łączenie tradycji z nowymi technologiami

sczachor

blogowe_ryslenieJestem cyfrowym imigrantem. Zjawiam się w świecie nowych technologii jako przybysz z innego, dawnego świata. Wszystko jest nowe i trzeba uczyć się od nowa. To problem całego pokolenia. W przeciwieństwie do cyfrowych tubylców. Ryślenie to neologizm dla myślenia wizualnego, notowania z wykorzystaniem rysunków, to połączanie dwóch słów: rysowania i myślenia. A blog? Tego słowa teoretycznie nie muszę wyjaśniać - to internetowy pamiętnik-dziennik-notatnik. Całkiem nowa (ale już okrzepła społecznie) forma komunikacji.

Moje dzieciństwo i młodość to zeszyty (papierowe), kredki, ołówki, pióro z obsadką i kałamarz z atramentem. Także blok rysunkowy i farby plakatowe lub akwarelowe. Flamastry były późną nowością, nie wspominając o komputerach i cyfrowej rzeczywistości. Uczyłem się pisać stalówką i obsadką. W szkole podstawowej uczyłem się pisma technicznego z wykorzystaniem przyrządów kreślarskich - piórek, tuszu i ołówka. Czasem, sam robiłem pióra do pisania z gęsiego czy bocianiego pióra. Teraz wraca moda na kaligrafię i przydaje się umiejętność samodzielnego wykonania analogowych przyrządów do pisania. Na studiach poznałem kalkę techniczną i rapidografy oraz wzorniki pisma. Ale i to przeszło już do muzeum i leży spakowane w piwnicznym kartonie.

Na studiach uczyłem się pisania na maszynie. Żeby sobie samodzielnie poradzić. Potem przyszła klawiatura komputerowa. Niestety nie nauczyłem się systemu dzisięciopalcowego. Teraz trudno mi się przestawić. Nowinką są tablety z rysikami. Można pisać tak jak kiedyś, a program sam rozpoznaje i zamienia na cyfrowe literki.

Kiedyś zeszyt w kratkę (lub gładki) był całym notatnikiem. Można było pisać i rysować jednocześnie. Taki dziennik i pamiętnik w jednym. "Tubylcom" mogę powiedzieć, że to był taki dawniejszy blog bez komputera i Internetu… Myślenie wizualne oraz angażowanie dłoni było dla mnie czymś naturalnym. Ten świat obecnie wypierany jest przez cyfrową i internetową rzeczywistość. Wiele z tego, co pilnie się w szkole (i na studiach!) nauczyłem, okazuje się obecnie bezużyteczne. Trzeba się uczyć od nowa zupełnie czegoś innego Możliwe, że to, czego uczymy obecnych uczniów i studentów, też nie będzie im przydatne…

W cyfrowej rzeczywistości najbardziej przeszkadzało mi rysowanie. Grafika z szablonami i myszką jest mi obca i wydaje się mi jakaś toporna. Ręka - a w zasadzie także i mózg - przyzwyczajona jest do prowadzenia kreski ołówkiem lub stalówką. Ale wreszcie znalazłem coś, co mi pozwala połączyć dawne nawyki z rzeczywistością cyfrową i możliwościami, jakie daje internet. Tyle, że nawet najwygodniejszej technologii trzeba się nauczyć. I się uczę, jak dziecko - metodą prób i błędów - z ciekawością wciskając różne klawisze, funkcje i programy. Widzę postęp. I zapewne przeżywam te same kłopoty co i inni - na starość trudniej się uczyć niż w dzieciństwie i młodości

Wreszcie będę mógł rysować ilustracje do moich wpisów blogowych. Nie tylko tak jak do tej pory robić zdjęcia… ale i po prostu rysować. Podwójny przekaz: schemat w postaci rysunku (myślografii, mapy myśli, rysnotki) oraz uzupełniający tekst.

Do tej pory robiłem szkice tekstów w formie pisemnej notatki. Zazwyczaj odręcznej. Kłopot tylko taki, że myśl szybko biegnie, a pisząca ręka znacznie wolniej. W rezultacie staram się pisać szybko…. A litery wychodzą kulfoniaste. Potem bardziej zgaduję co napisałem niż odczytuję. Albo nie umiem pisać, albo nie umiem czytać… Zawsze miałem dość brzydki charakter pisma. Jednak długotrwałe korzystanie z klawiatury poczyniło pewien regres w moich umiejętnościach ładnego i czytelnego pisma.

Ponadto nie chciało mi się zazwyczaj pisać całego tekstu. Tylko główne myśli. Tak, żeby potem można było odtworzyć swoją myśl i spisać ją całymi zdaniami. Uzupełnić, rozwinąć, poprawić kompozycję itd. Ale przecież można narysować konspekt tekstu! Notowanie wizualne (graficzne), łączące metodę mind-mappingu z rysowaniem i symbolami też może być dobrym sposobem notowania pomysłów. Zastanawianie się a jednocześnie całość jest widoczna na jednej kartce. Kolorowanie w tablecie to także wydłużenie procesu myślenia. Na koniec można siąść i spisać. A na blogu umieścić obie wersje.

Nareszcie świat trochę znajomy cyfrowemu imigrantowi - możliwość łączenia notowania odręcznego z rysunkami (Bamboo Spark) z wersją cyfrową, łatwą do udostępniania w Internecie.

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

sczachor

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci