Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

sam o sobie

Wieczorna bajka o mówieniu dla dorosłych (nauczycieli w szerokim sensie)

sczachor

Bajka_o_mwieniu_2W tym roku uczyłem się (mam nadzieję, że z dobrym skutkiem) dwóch różnych metod edukacji i przekazywania treści wykładowych. Pierwsza średniowieczna, a więc archaiczna, a druga nowoczesna, rodem z XXI wieku. Mam na myśli teatr ilustracji kamishibai oraz internetowe webinarium. Co te dwie metody łączy? Zdawałoby się, że są od Sasa do Lasa. Łączy je ewolucja człowieka i kulturowa ewolucja metod komunikacji. O tym ostatnim opowiadam także w tradycyjnej, wykładowej formie na uniwersytetach trzeciego wieku, nie tylko w Olsztynie.

To były moje pierwsze kroki z kamishibai i webinarium, i o tych swoich doświadczeniach chcę opowiedzieć nauczycielom w ramach wieczornych webinariów Superbelfrzy Nocą (czwartek, 23 listopada, początek o 21.00).

Drewniana skrzyneczka i malowane ilustracje. Bez prądu, elektroniki i nowoczesnych wodotrysków. Opowiadałem bajki opracowane wspólnie z wydawnictwem (to głównie uczniom szkolnym) oraz dwie samodzielnie namalowane i narysowane. Bo w jednym przypadku korzystałem także z myślografii czyli notowania wizualnego. Kamishibai przedstawiłem… studentom. I najwyraźniej z dobrym efektem. Nawet naukowcom i studentom z Japonii, co było dla nich dużą niespodzianą. Dopytywali skąd ich tradycyjne kamishibai trafiło do Olsztyna i dlaczego wzbudziło moje zainteresowanie. A ja tylko nawiązałem do dużego nurtu – w Europie ta forma opowieści jest bardzo popularna, zwłaszcza wśród nauczycieli (w Polsce też). Bo od nauczycieli z naszych szkół można się wielu wartościowych rzeczy nauczyć. Zwłaszcza wśród Superbelfrów.

I to właśnie głównie za sprawą Superbelfrów spróbowałem wykładania przez Internet. To były próby z Facebookiem, Skypem oraz platformą Clickmeeting. Poduczyłem się trochę,  a w zasadzie bardziej rozpoznałem możliwości i ograniczenia. Doświadczyłem i lepiej rozumiem jak i co przygotowywać. I teraz lepiej wiem, czego muszę się nauczyć... Mamy coraz więcej studentów z indywidualnym tokiem studiów, mieszkających daleko. Kontakt internetowy może być dobrą forma uzupełniającą tradycyjne zajęcia w murach uniwersytetu.

Bajka kojarzy się z literatura fikcji, z fantazją. I z wieczornymi opowieściami przy piecu, zwłaszcza jesienią. Ze światem bez telewizji i komputerów. Tym razem będzie to bajka dla dorosłych… i to z komputerem lub smartfonem czy tabletem.

Bajka o mówieniu” to refleksje o nowoczesnym wygłaszaniu referatów z wykorzystaniem średniowiecznych technik (kamishibai), przeznaczona głównie dla nauczycieli. Podzielę się swoimi refleksjami o tym, jak mówić by być słuchanym, jak wykorzystywać nowoczesne rzutniki multimedialne i techniki notowania wizualnego (myślografia). Opowieść okraszona będzie dygresjami, dotyczącymi ewolucji człowieka i rozwoju kultury komunikacji międzyludzkiej.

Więcej szczegółów na stronie Superbelfrów: http://www.superbelfrzy.edu.pl/webinaria/superbelfrzy-noca-49-stanislaw-czachorowski/

Wyjaśnię, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na Facebooku

sczachor

lampaPisałem to już kilkakrotnie na Facebooku. Ale pomyślałem, że może lepiej na blogu raz a dobrze napisać, a potem w razie potrzeby linkować. Jak pomyślałem tak robię.

Kochani znajomi i nieznajomi z Facebooka. Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję. Facebook to dla mnie sposób komunikacji. Liczbę znajomych na FB staram się ograniczać, bo inaczej bym się pogubił i nie opanował tegoż bałaganu. Za sprawą ewolucji i tego, że Homo sapiens kształtował się w niewielkich grupach (bez książek, gazet, telewizji i Internetu), to ma ograniczoną możliwość dobrego ogarnięcia zbyt dużej liczby znajomych. Też jestem Homo sapiens (i się tego nie wstydzę). Jeszcze kilka wieków temu przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu 150-300 osób. Mógł je zapamiętać i nawiązać jakieś relacje. A potem zapamiętać te relacje. Teraz to jakby niemożliwe, bo w globalnej wiosce spotykamy setki ludzi. A może raczej tysiące, Ja już niestety czasem nie poznaję swoich dawnych studentów. I trochę mi niezręcznie gdy czasem nieznajome mi osoby płci piękniejszej mówią mi pierwsze "dzień dobry". 

"Znajomych" na Facebooku traktuję jako tymczasową, roboczą książkę kontaktów. To nie jest dla mnie katalog przyjaciół i znajomych, nie jest to ranking lubię-nie lubię. Profil mam otwarty, każdy może obserwować (bez wysyłania zaproszenia do znajomych). Czasem przyjmuję nowych bo jest potrzeba dołączenia do grupy, administrowania itd. Potem, przy okazji porządków usuwam z mojej Facebookowej książki adresowej (staram się nie przekraczać 400 znajomych – obserwujących liczba jest nieograniczona – tu nie ingeruję). Co nie znaczy, że na kogoś się obrażam, gniewam itd. Po prostu, moja głowa nie ogarnia zbyt dużej liczby aktywnych kontaktów. Czasem więc usunę kogoś, o kim zapomnę (nie rozszyfruję ikonki, pomylę nazwiska itp.), lub kogoś od dawna korespondencyjnie nieaktywnego. Potem znowu dołączę itd. Do końca nad tym nie panuję. Zatem proszę o wybaczenie jeśli kogoś nie dołączę do "znajomych" lub niechcący usunę. 

Dla mnie Facebook to tylko robocza książka adresowa do korespondencji a nie plebiscyt popularności czy wyrażania uznania lub nie. Jeszcze raz więc proszę o wybaczenie, jeśli w swej nieporadności poruszam się jak słoń w składzie porcelany. Guziczki na Facebooku czasem zmieniają miejsce. Ot na przykład kilka dni temu zagubiła mi się funkcja autopoprawiania w języku polskim. Najwidoczniej w swojej nieporadności nacisnąłem jakiś klawisz skrótu i wskoczył jakiś egzotyczny język. Trochę to trwało zanim odkryłem przyczynę i potrafiłem naprawić.

Miejcie wyrozumiałość dla cyfrowego imigranta.

Zbliżam się do miliona odsłon na moim blogu

sczachor

kamienie_w_trawieMniej więcej 12 lat temu (w sierpniu 2005 roku)  założyłem niniejszego bloga. Wtedy dla mnie to był pełen eksperyment. W epoce internetowej to epoka. Ale blog okazał się bardziej funkcjonalny niż osobista strona www (zarzuciłem jej aktualizację już dawno).

Przez te 12 lat zamieściłem 1845 wpisów a sam blog zanotował blisko milion odsłon. Na początku było to zaledwie kilka wizyt dziennie. Potem było kilkanaście, w końcu kilkaset a ostatnio po kilka tysięcy dziennie. Dużo się nauczyłem. Bo na naukę nigdy nie jest za późno. Ani za wcześnie. I ciągle jest się czego uczyć...

Gdy na uczelni coraz bardziej realizujemy programy zamiast relacjonować rezultaty własnych badań, internet staje się coraz bardziej wolną, akademicką katedrą do opowiadania o swoich odkryciach, przemyśleniach, pomysłach. Mam takie wrażenie, że idea uniwersytetu jako wspólnoty uczących i nauczanych coraz bardziej przenosi się do internetu... jako nowej i efektywniejszej formy komunikacji. Bardziej nieskrępowana i z większym wyborem, zarówno mówiącego-piszącego jak i słuchaczy-czytelników. Minimum biurokracji, dużo więcej swobody. I na szczęście blogi nie wchodzą do algorytmów i oceny, zatem nikt nie pisze dla punktów...

Edukacja pozaformalna z wiedzą w małych porcjach i z pełnym wyborem. Dopiero uczymy się tej formy kontaktów i opowiadania. 12 lat nauki to niby dużo, a jednocześnie mało. W najbliższy piątek "profesorskie gadanie" chyba po raz pierwszy zaistnieje w formie wideokonferencji, na SKYPie (połączę się młodzieżą z Radawnicy, z Młodzieżowego Ośrodka Socjoterapii). Choć po głowie kołacze się myśl, że już chyba kiedyś próbowałem i tej formy. 

Fascynujące jest odkrywać (i doświadczać) nowe środowisko edukacyjne oraz uniwersytet w tym "ekosystemie edukacyjnym". 

Rozpoczął się nowy rok akademicki... i nowe wyzwania dydaktyczne. Bo na uniwersytecie od zawsze było się nauczniem: nauczycielem i uczniem jednocześnie. Bo we wspólnocie nauczających i nauczanych, we wspólnym poznawaniu i odkrywaniu, trudno poprowadzić granice między odkrywaniem a nauczaniem. W dialogu ze studentami samemu odkrywa się tajemnice świata. Dialog jest niezwykle potrzebny. Pięknie ujął to wiele lat temu Ludwik Fleck, pisząc o kolektywach myślowych. Był chyba prekursorem konektywizmu (to oczywiście inna opowieść, która niebawem na moim blogu się pojawi). 

Rozpoczynam nowy rok nauczania i uczenia się. Jutro pierwszy wykład dla studentów mikrobiologii. Będę miał okazję opowiadać o własnych badaniach i odkryciach. A więc będzie więcej uniwersytetu niż szkolnego programu. I to mnie cieszy.

Nowy rok akademicki ze standardowymi zajęciami dla studentów i nowy rok ze "studentami" na blogu.... I w jednym i w drugim przypadku będę miał okazję się uczyć. Tym bardziej, im więcej będzie dialogu i komunikacji... w obie strony.

ps. Ilustrujące wpis malowane kamienie są jak najbardziej związane z tematem. To przykład jednej z form "zajęć" terenowych i dyskusji "poza murami szkoły".

Jak nieznajomy usunął mnie z grona znajomych

sczachor

czerwiec_2017Analiza języka, jakim się posługujemy chyba dużo może powiedzieć o naszych myślach i charakterze. Naukowcy analizują słownictwo i wyciągają różne wnioski. A przeciętnemu Kowalskiemu z pomocą przychodzą komputery i automatyczna analiza.

Zamieszczona grafika to przykład takiej darmowej zabawy – program analizujący słowa, używane na Facebooku. Byłoby przydatne, ale nie wiem z jakiego okresu „apka” analizowała moje wpisy na Facebooku: tydzień, miesiąc, dłużej? Nie znając materiału i metod nie sposób poprawnie zinterpretować. To tylko zabawa a nie naukowa analiza. Bo bez znajomości materiału i metod nie sposób powtórzyć analizy jak i zrozumieć jej zakres informacyjny. Niby jest ale tak na prawdę nie ma.

W nauce ważna jest powtarzalność i weryfikowalność. Dlatego w publikacjach umieszcza się możliwie szczegółowe informacje co i jak analizowano.

Atmosfera w Polsce do wielu miesięcy gęstnieje. Temperatura dyskusji coraz wyższa. Na ulicach manifestuje się nawet rękoczynami. Dziwne czasy…. Być może socjolodzy i językoznawcy potrafili by coś powiedzieć o tym, co się z nami dzieje, analizując np. język polityki i dnia codziennego. W dużych liczbach być może udałoby się wychwycić jakieś prawidłowości, które pozwoliłyby nam zrozumieć. Zrozumieć to co się z nami, jako narodem, dzieje. I jak przeciwdziałać negatywnym procesom i złym emocjom. Emocje napędzane nienawiścią przybierają różne formy. Nawet na Facebooku dzieją się rzeczy niemożliwe (pozornie niemożliwe). Bo jak na przykład nieznajomy może usunąć z grona znajomych? Przecież najpierw … trzeba się zaznajomić!

A było to tak. Na swojej tablicy facebookowej umieściłem link do artykułu Znany polski arcybiskup oddał swoje mieszkanie uchodźcom. "Nie zrobiłem nic wyjątkowego" z takim komentarzem: „Pełen szacunek. Przykład i świadectwo.” Widoczny na Facebooku fragment brzmiał tak: „- Nie mam rodziny, jestem prostym kapłanem, zaoferowanie mieszkania nic mnie nie kosztowało - mówi Konrad Krajewski, ksiądz, który na co dzień w imieniu papieża niesie pomoc biednym. Arcybiskup Konrad Krajewski udostępnił swoje mieszkanie syryjskiej rodzinie, która przybyła do Włoch w ramach pomocy humanitarnej. Parze urodziła się właśnie mała dziewczynka. "To jest normalne" Duchowny zamieszkał w pobliskim biurze, gdzie na co dzień pracuje i pomaga bezdomnym. Przez kilka tygodni żył w pokoju na parterze, następnie przeniósł się do pokoju na piętrze, gdzie ma więcej prywatności.”

W komentarzach pojawiła się i taka wypowiedź” „Robson Tk: I na koniec... usuwam Pana z grona znajomych, bo nie życzę sobie obłudy w moim otoczeniu. Bez urazy.” Nie dociekałem jakiej to obłudy się dopuściłem, nie na mój rozum i czas. Zaciekawiło mnie to demonstracyjne usunięcia z grona znajomych… Bo na Facebook nie mam i nie miałem wśród znajomych takiej osoby. Po prostu nieznajomy ukrywający się na dotatek pod pseudonimem. NIe będąc moim znajomym nie mógł mnie usunąć z grona znajomych. To tylko taka demonstracyjna forma wyrażania negatywnych emocji.

W czym rzecz? Może po prostu śledził mój profil (znajomych mam mniej niż 400, obserwujących mój profil jest około 700). Zajrzałem na facebookowy profil tej osoby, ukrywającej się pod dziwacznym pseudonimem. Znalazłem na jego tablicy zdjęcia roznegliżowanych kobiet i facetów z bronią. Sama męskość, seks i wojna. I wielkopolski nacjonalizm. Od wielkiej Polski o do morza do morza a nie od Wielkopolski… Z całą pewnością, ani nazwa, ani zawartość nie wskazuje na mojego znajomego.

Po prostu nieznajomy stał się jeszcze bardziej nieznajomym? Internetowe narzędzia, w tym Facebook, umożliwiają tworzenie więzi między ludźmi, jakich do tej pory nie mogliśmy mieć. Ewolucyjnie i kulturowo całkiem nowa sytuacja. 

XX lat Wydziału Biologii i bioróżnorodność malowana na szkle

sczachor

butelkimoje2013

Butelki maluję od dawna. Inspiracją jest lokalna przyroda: głównie owady i rośliny. Od trzech lat maluję także kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania na plenerach w parkach, jak i w czasie wernisażu. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i sensie.

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, warunkującym rozwój cywilizacji, do którego prawo ma każdy. Tak jak woda, powietrze. Nie można więc ograniczać dostępu do wiedzy.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. Dlatego wybrałem proste formy i tani materiał: słoiki i butelki wyrzucone do lasu, stare, niepotrzebne dachówki, polne kamienie. Przy wspólnym malowaniu, na przykład na trawniku w miejskim parku, mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha.

Spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie jest dla mnie slow science na prowincji. Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Dla mnie podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych, za pomocą części pokazać całość. Dlatego maluję i przywracam do życia. Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych. Są tylko niedostrzeżeni w swym pięknie i wartości.

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki – jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Przeciwdziała wykluczeniu i pozwala rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. W wielkim świecie i na prowincji.

Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

 

W dniach 29 czerwca 1 lipca Wydział Biologii i Biotechnologii świętuje swoje dwudziestolecie istnienia. Data umowna, bo formalnie Wydział jest młodszy o dwa lata... lub starszy o kilkadziesiąt. Zależy jak liczyć. W ramach uroczystości przewidziano mini-wystawę pozazawodowych pasji pracowników. Ja pokażę kilka swoich butelek. Tych, które jeszcze nie zostały rozdane. Ale w wakacje domaluję kolejne. I rozdam, bo ludzi dobrych i miejsc cudnych jest dużo.

O wykładach i docenieniu przez słuchaczy

sczachor

wykadowca_rokuWykład pt., "Czego uczy się człowiek XXI wieku?", przygotowany dla Uniwersytety Dzieci w Olsztynie, był swoistym eksperymentem. Chciałem sprawdzić czy i jak można włączyć mobilny internet w typowe wykłady. Przede wszystkim chodziło o wykorzystanie zasobów w sieci i materiałów wcześniej przygotowanych. W jakimś sensie jest to praktyczne wykorzystanie konektywizmu.

Samo przygotowywanie trwało długo, ponad miesiąc (Ile czasu potrzeba by przygotować wykład?). Bo niektóre rzeczy musiałem zrobić pierwszy raz... Niektóre pomysły wypróbowywałem także na zajęciach uniwersyteckich ze studentami. Integralną częścią wspomnianego na początku wykładu były treści umieszczone w sieci, np. Tajne zadanie dla wtajemniczonych,  Czego uczy się człowiek XXI wieku ? Cz. 3

Z wykładu wyszedłem nie do końca zadowolony bo QR kody nie zadziałały tak aktywizująco, jak pierwotnie zakładałem. Uczymy się na ciągłym próbach i błędach. Teraz wykorzystuję inny program (pozwala na łatwiejszą informację zwrotną). Ale czym innym jest o czymś przeczytać w książce lub artykule,  a czym innym samemu sprawdzić, doświadczyć. Wykład ten czegoś mnie nauczył i jestem z tego faktu zadowolony.

Próbowanie nowości nie do końca jeszcze sprawdzonych? Emocje powinien przeżywać sam wykładowca, bo inaczej jak zarazi pozytywnymi emocjami (przez język ciał) swoich słuchaczy? A ponadto po wielokroć sprawdzone rozwiązania każdy łatwo znajdzie sam, w przepastnym internecie lub zwykłej bibliotece. 

Czy można na wykładzie, zwłaszcza dla młodzieży gimnazjalnej, przedstawiać informacje, na których się jeszcze nie znamy (tak w uproszczeniu)? Tak, bo nauka jest zajmowaniem się rzeczami, na których się nie znamy, które dopiero poznajemy, odkrywamy. Opowiadanie o rzeczach znanych jest tylko... szkolną dydaktyką, odtwarzaniem wiedzy znanej. Zwłaszcza na uniwersytecie powinno być więcej prawdziwej, autentycznej nauki. Czyli pokazywania nauki jako procesu (odkrywania, poszukiwania) a mniej nauki jako produktu (gotowego, zaakceptowanego efektu tych poszukiwań).

Sporym dla mie zaskoczeniem fakt, że  Fundacja Uniwersytet Dzieci uhonorowała mnie tutułem wykładowca roku 2016/2017 za wykład "Czego uczy się człowiek XXI wieku?". Wykład wybrali sami czniowie. Zatem wbrew moim obawom dotarłem z treściami do słuchaczy. 

Z wyróżnienia bardzo się cieszę. Takie miłe chwile utwierdzają w poszukiwaniu nowych metod komunikacji na uniwersytecie i udoskonalania dydaktyki nie tylko akademickiej. 

 

Zrobiłem to! Wykład w formie bajki kamishibai z wykorzystaniem myślografii

sczachor

17310106_10211063925187409_5600699602202326091_oOdważyłem się, przygotowałem i zrealizowałem, wykład dla studentów, w formie bajki kamishibai. Miałem dużą tremę i spore obawy, jak to zostanie przyjęte i jaki będzie efekt. Ale zanim opowiem o efektach, najpierw przedstawię skąd się wzięła inspiracja i dlaczego wykład właśnie w takiej formie .

Nawet najlepsza metoda, stosowana zbyt często, może znużyć i stracić swój pierwotny blask. Kiedy pojawiły się rzutniki multimedialne i Power Point, powiało w salach akademickich nowoczesnością i świeżością. Była to znacząca odmiana po rzutnikach pisma (folie) i mówieniu wykładów/referatów z kartki. Prezentacja multimedialna na obronie doktoratu czy na wykładzie, zachwycała. Dawała przecież duże możliwości. Szybko na trwałe zagościła na konferencjach naukowych i salach wykładowych. Została wprowadzona jako element egzaminu dyplomowego. Po kilkunastu latach najwyraźniej spowszedniała. Nie było już nowości a czytanie z ekranu tekstu momentami zaczynało irytować słuchaczy. Świat się szybko zmienia, a zwłaszcza środowisko akademickie powinno być liderem zmian i upowszechniania nowości. Od czasu do czasu pojawiały się inne programy, np. Prezi, co nieco wprowadzało odmiany i zainteresowania.

Trzy lata temu po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć opowiadanie bajki kamishibai (wtedy nie wiedziałem jak to się nazywa, ale spodobało mi się jako zupełnie inne podejście do opowiadania). Był to występ Anais Fleur w czasie charytatywnej aukcji „Malality pod młotek", w dniu 14 lutego 2014 r. Kilka miesięcy wcześniej (8 czerwca 2013 roku) w Pałacu Młodzieży w Olsztynie odbył się maraton malarski (w którym uczestniczyłem, malując swoje butelki) i sztafeta literacka pod nazwą "Malality". "Malality" to inicjatywa młodych artystów, którzy zachęcali do wspólnej twórczości mieszkańców Olsztyna. Przez cały dzień pod skrzydłami muz szerzona była idea wolontariatu. W trakcie imprezy czytano poezję Gałczyńskiego, przy której stworzono około 70 prac plastycznych. Część prac przekazano Hospicjum a część przeznaczono na „licytację" w dniu 14 lutego 2014 r. I ja miałem swój maleńki udział. Dawanie procentuje, bo ja dzięki udziałowi w tej akcji miałem okazję i dużą przyjemność zobaczenia pani Anais (zobacz film)

W głowie zalęgła się myśl: a może by właśnie  tak spróbować przygotować wystąpienie? Potem, w czasie wyjazdu terenowego, w rozmowie ze studentką, dowiedziałem się, że studenci znudzeni są prezentacjami. Bardzo ciepło wspominała profesora, który nie korzystał z rzutnika multimedialnago (pan starszej daty, jeszcze nie opanował nowoczesnej techniki komputerowej) ale opowiadał z wielką pasją, wzbudzając zainteresowanie.

W ubiegłym roku, w czasie konferencji Ideatorium (poświęcona dydaktyce akademickiej), zebrane tam grono nauczycieli akademickich zgodnie wyartykułowało, że dydaktyka akademicka zatrzymała się w rozwoju na zdobyczach sprzed 20 lat: kserówkach i Power Poncie. W czasie Ideatoriów w Gdańsku, pracownicy uniwersyteccy poszukują nowych metod, dzieląc się doświadczeniami z wdrażania grywalizacji itp (ja rok temu opowiadałem o wykorzystaniu kodów QR). Nieco później dostałem propozycję napisania trzech bajek edukacyjnych dla dzieci, prezentowanych w formie kamishibai. Wyzwania podjąłem się z dużą przyjemnością i zaciekawieniem. W taki sposób otrzymałem skrzyneczkę (mały, drewniany parawanik). Plansze namalował artysta, a ja miałem okazję opowiedzieć bajkę o cytrynku latolistku w czasie Europejskiej Nocy Naukowców we wrześniu 2016 roku. To był mój pierwszy raz. Dla dzieci.

Ale w głowie ciągle dojrzewała myśl, żeby przygotować wykład dla studentów w takiej niecodziennej formie. Od lat prowadzę przedmiot autoprezentacja (głównym celem jest pokazanie i przećwiczenie metod prezentacji publicznych, w tym wygłaszania referatów). Staram się ciągle wprowadzą jakieś nowości: grywalizację, e-portfolio, lapbook itp. Zaplanowałem więc przygotowanie wykładu o tym, jak wygłosić referat, tym razem bez rzutnika multimedialnego i prezentacji w programie Power Point, ale właśnie w formie bajki kamishibai.

Ostatnim impulsem był udział w webinarium z SuperBelframi (spotkałem na konferencji w Warszawie – Inspiracje). Zacząłem ćwiczyć myślografię i ryśnotki (myślenie wizualne, notowanie graficzne). Przypomniałem sobie swoje dawne szkolenie z mind mappingu. Ale nauczyłem się także nowych umiejętności. A przede wszystkim nabrałem odwagi.

Kłopot z przygotowaniem wykładu w formie bajki kamishibai polegał na konieczności namalowania kilkunastu ładnych rysunków. Odkładałem to na wolny czas. Natomiast myślografia umożliwiła szybsze wykonanie potrzebnych plansz. Siadłem i narysowałem, jedynie ilustrację tytułową namalowałem akwarelkami (bo chciałem zobaczyć jak to będzie wyglądało). Wyciągnąłem także z szafy dwa rekwizyty: skarpeciaka-Profesorka, które kiedyś dostałem i Kłobuka, którego w ubiegłym roku wykonałem na warsztatach nad Jeziorem Krzywym.

Odważyłem się i opowiedziałem swoją bajkę studentom biotechnologii oraz biologii. Na wykładzie z autoprezentacji oraz na seminarium dyplomowym. Oba wykonania w małej grupie (bo na dużą salę ta metoda nie nadaje). I studentom spodobało się. Bałem się, że może odbiorą jako metodę infantylną – taki dziecinny teatrzyk, a oni przecież są dorośli i studiują kierunek przyrodniczy. Ku mojemu zadowoleniu i niewielkiemu zaskoczeniu, odebrali bardzo dobrze. W jednym z komentarzy, tuż po wystąpieniu usłyszałem, że studenci mają przesyt prezentacji multimedialnych (zwłaszcza tych czytanych z ekranu), więc każda inna forma odbierana jest z dużą ulgą i wdzięcznością. Wskazali też na kilka drobnych niedociągnięć technicznych. Wiem już co i jak poprawić. W jednej grupie studenci nagrali fragmenty, więc mam nadzieję zobaczyć swoje wystąpienie z perspektywy widza.

Na pewno będę jeszcze próbował z kolejnymi wykładami w formie bajki kamishibai. Muszę tylko nauczyć się tworzenia opowieści i sztuki opowiadania. Samo rysowanie nie wystarczy. Ciągle się czegoś trzeba uczyć. Ale nie martwię się tym, bo uczenie się rozwija. I sprawia, że i mówca się nie nudzi. Nowość to wyzwanie i radość z osiąganie nowych celów.

Nawiązując do tytułu: zrobiłem to i… zrobię znowu. Narysuję, namaluję, opowiem. Ale z umiarkowaniem i niezbyt często, by nie spowodować przesytu. Z wykładów multimedialnych nie rezygnuję, dalej będę je przygotowywał.

Research Gate - naukowcy też mają swojego Facebooka

sczachor

ja_z_kalkmanem_3Research Gate - taki Facebook naukowców, działa już długo, ale ja rzadko tam zaglądam. Po prostu brakuje czasu i odpowiednich umiejętności. Nie starcza mojej umiejętności przestawienia stylu pracy, z tradycyjnej i papierowej na w pełni cyfrową. Mam jeszcze mocno analogowe przyzwyczajenia. Być może młodym będzie łatwiej. 

W każdym razie RG o mnie pamięta. Dzisiaj dostałem powiadomienie na skrzynkę mailową, że pojawiło się nowe podziękowanie w jakieś publikacji. No to z ciekawości zajrzałem jaka to publikacja i o co chodzi. Rzecz dotyczyła ważek (Odonata) Rumunii. Tak przypomniałem sobie letnią wyprawę do Rumunii przez Ukrainę. Było to 10 lat temu.

Rumunia w tym czasie należała do słabo zinwentaryzowanych ważkowo krajów europejskich. Aby tę białą plamę nieco wypełnić zorganizowane zostały europejskie warsztaty ważkowe własnie w Rumunii. Przyjechało kilkudziesięciu zawodowych i amatorskich badaczy z całej Europy. Dobry przykład dla ilustracji, że nauka ma charakter zespołowy i kumulatywny.

Nasz mały, polski zespół jechał samochodem przez Odessę. Zabraliśmy na Ukrainie koleżankę odonatolożkę (Elena wcześniej była u mnie na stażu). Miałem okazję poznać to urokliwe, piękne i wielokulturowe miasto. Potem wielokrotnie chciałem się wybrać na Ukrainę, do Odessy. Ale sytuacja międzynarodowa stała się mało sprzyjająca. Pozostaną wspomnienia i plany na przyszłość.

 17240488_10211017891396593_9038842751533538442_o

Zobaczyliśmy także kawałek Mołdawii i duży fragment Rumunii. Szukaliśmy oczywiście ważek (Odonata), w tym Cordulegaster heros. Ja oczywiście dodatkowo poszukiwałem chruścików. Podziwiałem krajobrazy dla mnie egzotyczne. Przepiękna wyprawa przyrodnicza i kulturowa. Na pewno podróże przyrodniczo kształcą. Można zobaczyć zupełnie inne ekosystemy i sytuacje przyrodcznicze.

Dawno o tej wyprawie zapomniałem. A teraz ukazała się publikacja i podziękowania odonatologiczne. Sięgnąłem po analogowy album ze zdjęciami Bogusława Daraża. Co prawda miałem aparat cyfrowy ale karta pamięci była mała i niewiele zdjęć zrobiłem. To były inne czasy. 10 lat to niby w życiu człowieka niewiele, ale w technologii to cała epoka.

Kiedyś podziękowanie (dokumentujące wkład pracy) czy cytowanie własnej pracy znaleźć można było przypadkiem, przeglądając czasopisma lub książki w bibliotece. Teraz, gdy wiele zasobów jest w formie cyfrowej, sam komputer wyszuka w odpowiedniej bazie danych. Niby jest łatwiej. Ale tego nowego świata trzeba się nauczyć. 

No więc uczę się, razem ze studentami. Takie to nauczeństwo epoki trzeciej rewolucji technologicznej... A co się jednego nauczę jako tako, to zaraz pojawia się jakaś nowinka. I trzeba uczyć się ponownie.... Umiejętność szybkiego uczenia się pozostaje kluczowa kompetencja w XXI wieku.

 rumuniaWP_20170313_17_29_18_Pro

 

Czasem nawet jest bardzo dobrze, gdy się komputer zepsuje

sczachor

komputer

Każda awaria komputera lub systemu przez lata wiązała się dla mnie z dużym stresem. Bo oznaczać to może utratę danych a na pewno długi i żmudny proces instalacji oprogramowania i sprzętu. Nic miłego. Awaria zdarzyła się w czasie zajęć, akurat gdy chciałem wyświetlić studentom prezentację. Kilka błędów, potem próba w pośpiechu naprawiania i jeszcze więcej kłopotów. W końcu konieczność przywracania ustawień fabrycznych. Jednym słowem kompletna klapa. A jednak była to bardzo korzystna i miła sytuacja. Zaskakujące? No to przeczytaj całość.

Przed paroma miesiącami skusiłem się na aktualizację systemu na Windows 10. Nowe ustawienia i funkcje nie bardzo mi się spodobały, bo trzeba było znowu uczyć się i przyzwyczajać. Ale najgorsze było to, że "zgubiłem" wi-fi. Po prostu nowy system nie rozpoznał karty. I na zajęciach nie mogłem skorzystać z internetu, by studentom pokazać treści, o których wspominałem (nawet nie było możliwości udostępnienia internetu z komórki). Ale znając niedogodność można było wcześniej zrobić zrzuty ekranu i tak wybrnąć z kłopotu. Niedawno system się zaktualizował i wi-fi wróciło. Pełnia szczęścia. Ale jednocześnie coś mi się stało z padem. Nie zauważyłem tego, bo korzystam z myszy. Idąc na wykład zabieram komputer bez myszy. I tu niemiła niespodziana, nie mogę uruchomić prezentacji. Na szczęście było blisko i byłem na sali trochę wcześniej. Wystarczyło by pobiec po mysz i poradzić sobie ze sprzętem. Trochę jednak zdenerwowania było. 

Ale teraz pojawił się większy problem. W trakcie seminarium chciałem uruchomić prezentację. Włożyłem kabel od rzutnika przy zamkniętym laptopie. A on tak czasem ma, że wtedy wyświetla tylko obraz na ekranie. Ale nic, pomyślałem, że pozmieniam ustawienia patrząc tylko na ekran. Niestety chyba coś źle kliknąłem. Postanowiłem wyjąć kabel i obudzić jeszcze raz mój laptop. A tu kompletna kicha, zniknął obraz z ekranu. Próba restartu wymuszonego - cały czas problem. Kilka minut chaotycznych działań i kompletna klapa. W czasie seminarium łatwo przejść na "przekaz analogowy". Ale za chwilę mam wykład. Prezentację zgrałem na laptopa kasując z pendriva... więc poszukiwanie po południu zastępczego komputera mija się z celem...

Przywracanie ustawień i systemu się nie powidło. Pozostaje tylko przywrócenie ustawie fabrycznych (sprzed kilku lat). Za chwilę wykład a ja mam niesprawny sprzęt i żadnej szansy na pomoc (instalowanie systemu i oprogramowania, które odtworzy prezentację, potrwa co najmniej kilka godzin, jak zwykle zresztą). I co tu robić? Strach w oczy zagląda. Panika?

Wchodząc na salę wykładową myślałem o odwołaniu wykładu lub przeniesieniu. Pierwsza refleksja: jak bardzo jesteśmy bezradni bez coraz bardziej uzależniającej elektroniki. Normalnie na konferencję robię sobie wydruk całej prezentacji. A teraz nie miałem nic, nie tylko prezentacji do wyświetlenia ale i notatek.  To był pierwszy zysk z komputerowej katastrofy: refleksja.

Na sali była tablica z kredą i flip chart z mazakami. Nagłe olśnienie z zachętą studentów: przecież mogę mówić bez komputera. Wcześniejsze ćwiczenia w myśleniu wizualnym, w rysnotkach i myślografiach dodatkowo mnie przygotowały mentalnie i technicznie. Bez komputera też dam radę. Fakt, że trochę chaotycznie (bo z zaskoczenia), ale można było opowiadać, rysując na tablicy i na papierze. Bo o ekologii trudno mówić samymi słowami - schematy są bardzo przydatne. To była druga korzyść - dostrzegłem potencjał notowania wizualnego i wcześniejsze ćwiczenia bardzo się przydały. Może w przyszłości trzeba świadomie zrezygnować z komputera i przygotować się do wykładu rysowanego? Tak dla urozmaicenia?

Studentom obiecałem tak jak zawsze podesłać slajdy z prezentacji w pliku pdf. Ale do tej pory służyły one przypominaniu treści wykładowych. Na slajdach były animacje, układające się w  opowieść. Trzeba zatem te fragmenty przygotować z... dźwiękiem lub dodatkowym opisem. Nigdy tego nie robiłem. A teraz jestem niejako przymuszony. To trzecia korzyść z mojej komputerowej katastrofy: nauczę się czegoś nowego. Przydatne będzie zwłaszcza dla studentów nieobecnych na wykładzie. Albo jako materiały uzupełniające do wykładów i zajęć, dostępne on-line. 

Idąc rano do pracy myślałem co i jak trzeba zrobić by odtworzyć laptop do pracy. Jak ustawić parametry przy karcie sieciowej by mieć dostęp do internetu (warunek instalacji większości programów). Dawno tego nie robiłem. I jak zainstalować  z serwera program antywirusowy? Trzeba będzie wezwać fachowców, oby znaleźli czas przez cały dzień. W minorowym nastroju zadzwoniłem. I tu wielka niespodzianka, pan z obsługi komputerowej pomógł mi w ustawieniach przez telefon. szybko i sprawnie. Co więcej instalację systemu antywirusowego zrobił zdalnie, bo powiedział jak mam włączyć specjalną obsługę. Kolejne miłe zaskoczenie. Technologia posunęła się do przodu a i obsługa personalna jakby milsza i sprawniejsza. To kolejne pozytywne odkrycie. Przy okazji przypomniałem sobie o internetowym serwisie pracowniczym. Pół roku temu się tam zalogowałem. Ale nie korzystałem. Teraz ponownie przypomniałem sobie o jego istnieniu. 

Pozostało zainstalować programy. Przy okazji system parę razy pobierał aktualizację. Kilka godzin siedzenia przy komputerze. Zmarnowany czas? Nie. Siedziałem i wymyślałem jak tu zrobić na regularnych, kursowych zajęciach (np. seminarium) zaliczenie w postaci... escape room (pokoju niespodzianek). Projektowałem i zginałem lapbooki oraz przypomniałem sobie stary sposób składania  papierowych listów. Umiałem to robić w czasach szkolnych. Jakieś 40 lat temu. Przypomniałem sobie! Co za radość.

Awaria komputera to stres i czas stracony na przywracanie? Tak było do tej pory. Ostatnia awaria okazała się bardzo inspirująca i edukująca. Bo byłem na to nieświadomie przygotowany ćwicząc myślenie wizualne, lapbooki i poszukując różnych rozwiązań edukacyjnych (np. escape room w wersji edukacyjnej). 

Małe wyjaśnienie. Utraty plików się nie bałem, bo pomny wcześniejszych problemów mam już kopie na przenośnym dysku, Utrata danych byłaby największą stratą. A przymusowe odstawienie od komputerowej rutyny może okazać się inspirujące i owocne edukacyjne.

 

Blogi są samotne

sczachor

Lampa_z_ciastkiemBlog ma tę wadę, że jest samotny. Powstaje jednoosobowo, tak jak pisanie rękopisu. Blog daje wolność i ma służyć komunikacji, ale poprzez swoją samotność ma swoje wady. Nie ma recenzenta, czytającego test przed opublikowaniem, nie ma korekty i redaktora. Wszystko skupione jest w jednej osobie. Daje to szybkość publikacji i dużą wolność.

Dobre rzeczy powstają zespołowe. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Na blogu publikuje się niewątpliwie szybciej i z większym marginesem wolności (bez ograniczeń). Własnych błędów jednak się za bardzo nie widzi.

Kiedy druk (papierowy) był kosztowny to wydawca chciał mieć pewność, że publikowany tekst jest wartościowy. Tak powstały recenzje przed drukiem, jakże typowe dla nauki i publikacji naukowych. Zazwyczaj jest nawet 2-3 recenzentów by wyeliminować stronniczość i ewentualne błędy. Owszem, ma to swoje wady - wiele wartościowych tekstów było odrzucanych z racji zbytniej rewolucyjności i dużej oryginalności. Recenzje dodatkowo wydłużają cykl wydawniczy: trzeba wysłać, dać czas na przeczytanie i zrecenzowanie, ponownie wysłać do aura itd.

W czasopismach popularnych rolę recenzenta pełni redaktor. Czyta, poprawia, sugeruje zmiany. Rolą recenzenta i redaktora jest wczuć się w sytuację czytelnika i sprawdzić czy tekst jest zrozumiały, piękny i wartościowy. Korekta wychwyci błędy logiczne, stylistyczne, literowe. W zespole i wielokrotnym czytaniu tekst ma szanse być poprawiony i opublikowany bez błędów i w lepszej formie. Ale wydłuża to czas publikacji i czasem.. zabija wartościowe wypowiedzi.

Blog daje wolność i szybkość publikacji. Ale obarczony jest możliwością nieczytelności i błędów. U mnie sporo jest błędów literowych. Czytam 2-3 razy… a i tak za jakiś czas widzę kolejne. Publikowanie w Internecie jest tanie, dlatego tak dużo tekstów się ukazuje, także i w formie blogowej. Zupełnie nowy rodzaj wypowiedzi i literatury. Z oczywistymi zaletami i wadami. Jest inaczej.

Tak jak wielu ludzi, uczę się tej nowej formy już od ponad 10 lat. Jest to rękopis, do którego zagląda wielu mieszkańców globalnej wioski. Wielu jest piszących, mniej czytających (w przeliczeniu na jednego bloga). Duża różnorodność kultury. Cywilizacyjnie jest to zupełnie nowa sytuacja . Próbujemy to zrozumieć….

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci