Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

sam o sobie

Blogi są samotne

sczachor

Lampa_z_ciastkiemBlog ma tę wadę, że jest samotny. Powstaje jednoosobowo, tak jak pisanie rękopisu. Blog daje wolność i ma służyć komunikacji, ale poprzez swoją samotność ma swoje wady. Nie ma recenzenta, czytającego test przed opublikowaniem, nie ma korekty i redaktora. Wszystko skupione jest w jednej osobie. Daje to szybkość publikacji i dużą wolność.

Dobre rzeczy powstają zespołowe. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Na blogu publikuje się niewątpliwie szybciej i z większym marginesem wolności (bez ograniczeń). Własnych błędów jednak się za bardzo nie widzi.

Kiedy druk (papierowy) był kosztowny to wydawca chciał mieć pewność, że publikowany tekst jest wartościowy. Tak powstały recenzje przed drukiem, jakże typowe dla nauki i publikacji naukowych. Zazwyczaj jest nawet 2-3 recenzentów by wyeliminować stronniczość i ewentualne błędy. Owszem, ma to swoje wady - wiele wartościowych tekstów było odrzucanych z racji zbytniej rewolucyjności i dużej oryginalności. Recenzje dodatkowo wydłużają cykl wydawniczy: trzeba wysłać, dać czas na przeczytanie i zrecenzowanie, ponownie wysłać do aura itd.

W czasopismach popularnych rolę recenzenta pełni redaktor. Czyta, poprawia, sugeruje zmiany. Rolą recenzenta i redaktora jest wczuć się w sytuację czytelnika i sprawdzić czy tekst jest zrozumiały, piękny i wartościowy. Korekta wychwyci błędy logiczne, stylistyczne, literowe. W zespole i wielokrotnym czytaniu tekst ma szanse być poprawiony i opublikowany bez błędów i w lepszej formie. Ale wydłuża to czas publikacji i czasem.. zabija wartościowe wypowiedzi.

Blog daje wolność i szybkość publikacji. Ale obarczony jest możliwością nieczytelności i błędów. U mnie sporo jest błędów literowych. Czytam 2-3 razy… a i tak za jakiś czas widzę kolejne. Publikowanie w Internecie jest tanie, dlatego tak dużo tekstów się ukazuje, także i w formie blogowej. Zupełnie nowy rodzaj wypowiedzi i literatury. Z oczywistymi zaletami i wadami. Jest inaczej.

Tak jak wielu ludzi, uczę się tej nowej formy już od ponad 10 lat. Jest to rękopis, do którego zagląda wielu mieszkańców globalnej wioski. Wielu jest piszących, mniej czytających (w przeliczeniu na jednego bloga). Duża różnorodność kultury. Cywilizacyjnie jest to zupełnie nowa sytuacja . Próbujemy to zrozumieć….

Innowacje i myślenie wizualne - lepiej chyba widać z boku…

sczachor

Czasem bywa tak, że to naukowiec staje się obiektem badań. Niespodziewanie i mnie to spotkało (jeśli mnie pamięć nie myli, to już drugi raz, ale za każdym razem w innej dyscyplinie). Nieco pesząca sytuacja. Może i tak właśnie czują się chruściki, które na różne sposoby podpatruję w środowisku? To oczywiście był żart, z tymi odczuciami chruścików czyli kłódek. Niemniej nawet hydrobiologiczne metody badań ingerują w środowisko mniej lub bardziej i je w jakiś sposób organizują. Powraca odwieczny dylemat badacza: na ile poznaje świat obiektywnie a na ile go swoimi badania porządkuje (reorganizuje). Istotne jest to nie tylko w etnografii, psychologii czy socjologii, ale i ekologii.

oksaj2Odwiedziła mnie dr Zofia Okraj z Instytutu Pedagogiki i Psychologii UJK w Kielcach. Dr Okraj prowadzi badania nad uwarunkowaniami twórczej pracy nauczycieli akademickich-innowatorów. Do tej pory wydawało mi się, że ledwo nadążam za nowymi trendami w edukacji (ale za punkt odniesienia biorę to, co dzieje się w edukacji a nie dydaktyce akademickiej). A okazuje się, że stosuję różne innowacyjne metody kształcenia. Chyba z boku lepiej widać. Dr Okraj zainteresowana była zastosowaniami myślenia wizualnego w kształceniu akademickim, łączeniu nauki ze sztuką, i popularyzacją nauki.

Długa rozmowa stała się dla mnie inspiracją i refleksją. W zasadzie nigdy nie zastanawiałem się skąd i dlaczego interesują mnie takie a nie inne pomysły. Już po rozmowie, ciągle myślami wracam do przyczyn i uwarunkowań. Pani Zofia pytała mnie o budowanie warsztatu dydaktycznego z zastosowaniem innowacyjnej metody, technik kształcenia oraz towarzyszące im czynniki: motywy, organizację działań, aktywności równoległe, stymulatory, inhibitory twórczej pracy a także działania planowane. Swoimi pytaniami sprawiła, ze zacząłem się nad tym głębiej zastanawiać.

Zaskakujące i jednocześnie pocieszające jest to, że w różnych miejscach podobnie wygląda sytuacja innowatorów w dydaktyce akademickiej. Jakaś prawidłowość, ale chyba nie można być z niej dumnym...

Wróćmy zatem do myślenia wizualnego, które niedawno na nowo i niejako świadomie odkryłem. W zasadzie dostrzegłem, bo to inni swoimi publikacjami i aktywnością dowartościowali i usankcjonowali różne techniki myślenia i notowania wizualnego. Ten styl myślenia towarzyszył mi „od zawsze”. Widać taką mam konstrukcję psychiczną i takie preferuję kanały komunikacji. Ale teraz „mogę być z tego dumny” (to aluzja do pewnej anegdoty).

W szkole lubiłem rysować i malować. I ta dziecięca chęć do rysunków pozostała mi do dzisiaj. Może nawet intensywniej powróciłem (np. Artystyczna Rezerwa Twórcza). W zeszytach trzeba było ładnie pisać. Tylko w młodszych klasach robiliśmy szlaczki. A potem tylko linearne pismo, słowa, słowa, słowa (a mnie jako dysortografikowi pisanie szło w bólach, i na dodatek brzydko pisałem, mało wyraźnie). Za to w brulionach, specjalnie na to zakładanych, można było nie tylko pisać, ale i bazgrać, rysować, rozmyślać z ołówkiem czy długopisem w dłoni i bazgrołami na kartce. Miałem wiele taki brulionów. Potem były próby ujmowania treści w schematy z mniej lub bardziej dowcipnymi wtrętami. Ale zawsze było to jakoś na marginesie, nieoficjalnie. W szkole średniej odkryłem dla siebie rysowanie ołówkiem, piórkiem (tuszem) oraz próbowałem nieudolnie malarstwa olejnego.

Na studia poszedłem z myślą o zawodzie nauczycielskim. To był chyba jakiś efekt roku 1980 - dużo nas w klasie wybrało kierunki nauczycielskie, mimo że i wtedy był to zawód mało atrakcyjny finansowo i prestiżowo. Ale może tkwiła w nas jakaś nieuświadomiona chęć naprawy świata? Na studiach także rysowałem, ubarwiając notatki z wykładów (porządkowanie wiedzy w postaci schematów także było). Więcej osób tak robiło. Próbowałem także sił w rysunku satyrycznym (teraz myślę, że to była też jakaś droga do myślenia wizualnego). Na kierunku nauczycielskim (WSP w Olsztynie) mieliśmy sporo przedmiotów pedagogicznych. Były więc i lektury i praktyki w szkole i ciekawe dyskusje. Rozbudzenie innowacjami i eksperymentami pedagogicznymi właśnie w tym czasie się narodziło bardzo wyraźnie. Tak sądzę. Zaskakujące jest to, że do wielu tych eksperymentów sprzed dziesięcioleci ciągle w edukacji powracamy.

Ważnym źródłem inspiracji do innowacji było… studenckie koło naukowe, w prace którego włączyłem się już na pierwszym roku, po miesiącu edukacji akademickiej. Z perspektywy lat mogę napisać, że to właśnie w kole naukowych więcej było uniwersyteckości niż w całym cyklu kształcenia. Bo w kole naukowym było autentyczne poszukiwanie badawcze, otwarte rozmowy, w tym z pracownikami naukowymi, stawianie pytań i autentyczne badania. To wtedy zainteresowałem się chruścikami. Koło naukowe było przygodą i posmakowaniem prawdziwego uniwersytetu: wspólnoty uczących i nauczanych, wyjazdy na konferencje naukowe, terenowe wyjazdy badawcze itd. Praca magisterska nie była moją pierwszą publikacją naukową. A w programie kształcenia była jedynie szkoła, wyższa szkoła. Realizacja programu nauczania. Teraz się to chyba jeszcze bardziej utrwaliło. Niestety. Studenci mają mniej czasu na własne poszukiwania. Dlatego staram się od lat wprowadzać takie elementy dydaktyczne, które sprawiają, że :koło naukowe jest dla wszystkich”.

Pracownikiem naukowym zostałem niespodziewanie i bez wcześniejszych planów, jeszcze na studiach (wcześniej marzyłem o pracy gdzieś w wiejskiej szkole). Zacząłem pracę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, dzieląc pasję badawczą z kształceniem nauczycieli (czyli był nieustanny kontakt z refleksją nad efektywnością nauczania). Dalej pracowałem w kole naukowym ale już jako opiekun. W czasach przed-komputerowych i wczesno-komputerowych rysunki do publikacji rysowałem najpierw piórkiem a potem odkryłem rapidografy i wzorniki pisma. Powstało sporo rysunków typowo naukowych, w tym różnych schematów. Wtedy nie wiedziałem, że można to nazwać myśleniem wizualnym. Pierwsze naukowe postery powstawały niemalże ręcznie. Dopiero później w całości przeniosły się do komputera (wraz z odpowiednim oprogramowaniem graficznym). 

W 1990 ukończyłem kurs szybkiego czytania „Mind Mapping” (metoda Tony Buzana). Nauczyłem się techniki szybkiego czytania, rysowania map myśli oraz kilku przykładów ciekawych technik dydaktycznych. Na długo zostało. Ale przede wszystkim jako osobista metoda notowania. Dychotomiczność map myśli trochę mnie uwierała i sam je modyfikowałem. Na zajęciach dzieliłem się tymi doświadczeniami ze studentami, pokazując jak można zrobić wygodny, jednostronicowy konspekt referatu/wystąpienia (przedmiot autoprezentacja oraz seminarium dyplomowe). Ale w techniki mind-mappingu nie uczyłem. Wszak nauczałem na kierunku biologia. A nikt z innych wydziałów z taką propozycją się nie zwracał (bo i zapewne nie wiedział, że jakiś biolog stosuje na co dzień). W miarę upływu lat, przy braku stymulacji, mapy myśli gdzieś odeszły na bok. Może to wina komputeryzacji? Dopiero niedawno przypomniałem sobie o nich przy okazji zainteresowania myśleniem wizualnym. Odżyły wygrzebane z zakamarków pamięci.

W roku 1995 odbyłem rocznym kurs „Tworzenie krajowej sieci Regionalnych Centrów Edukacji Ekologicznej” (organizacja i zarządzanie edukacją ekologiczną i ochroną środowiska) prowadzonego przez Danish Technological Institute w ramach projektu PHARE. Niecodzienne warunki wyjazdowe, możliwość spotkania kreatywnych ludzi oraz sam program znacząco wzbogacił moje pomysły dydaktyczne. W zasadzie nastroił pesymistycznie… Bo może lepiej byłoby nie wiedzieć… że można lepiej i efektywniej. To tak jak iść na kurs samochodowy i dowiedzieć się, że samochód ma kilka różnych biegów i przerzucając wajchą w skrzyni biegów można jeździć szybciej i efektywniej. A potem wracasz i … nie wolno ci używać skrzyni biegów. Bo nie ma jak, bo leżą tam jakieś graty itd. Wiedza o możliwościach tym bardziej irytuje, gdy doświadcza się strukturalnej i systemowej niemocy. Ale pozostawała chęć zmiany i wprowadzania małych kroczkami, przynajmniej na własnych zajęciach. Tyle ile można.

Pod koniec XX wieku (jak to fajnie brzmi, nieprawdaż?) powstała olsztyńska kawiarnia naukowa. Był to efekt interdyscyplinarnych, nieformalnych spotkań pracowników z różnych wydziałów. Niejako samodzielnie odkryliśmy klimat lwowskiej szkoły matematyków i kawiarniane spotkanie w Szkockiej. Po latach przeczytałem we wspomnieniach Richarda Feynmana, że on także ogromnie cenił sobie klimat spotkań interdyscyplinarnych, gdzie można spotkać się i autentycznie porozmawiać o badaniach naukowych, własnych i cudzych. Formuła kawiarni ułatwia komunikację i dyskusję. Ciągle do tej atmosfery próbuję wracać, namawiać studentów do seminariów organizowanych także w kawiarniach czy nawet na trawniku (dwa razy się na trawniku udało).

Z racji pracy na WSP i zainteresowań edukacja ekologiczną od początku pracy miałem mniejszy lub większy kontakt z nauczycielami i edukatorami. Bardzo owocna i inspirująca była zwłaszcza współpraca z Centrum Edukacji Ekologicznej w Ełku (Roman Paczkowski) oraz w Kwidzynie (Ewa Romanow). W tym ostatnim udało się zrealizować kilka projektów, w tym studia podyplomowe dla nauczycieli. Różnorodne innowacje (broszury, wykłady, wycieczki) dotyczyły edukacji ekologicznej i pozaszkolnej.

Była także współpraca z Fundacją Ecobaltic z Gdańska. Utrwaliła się w mojej pracy metoda projektu, którą przemycałem do różnych przedmiotów (np. ochrona środowiska). Była także współpraca z drobnymi przedsiębiorcami - pojawiły się więc warunki do poszukiwań w ramach edukacji pozaformalnej, projektowanie tablic informacyjno-edukacyjnych (jakaś forma edukacji zdalnej i myślenia wizualnego). Obmyślanie tras turystyczno-edukacyjnych. I możliwość zrealizowania rodzących się pomysłów. Nie było ograniczeń. Tak jakoś się składało, że więcej możliwości do zrealizowania innowacyjnych pomysłów było poza uczelnią lub poza formalną dydaktyką na studiach.

W 2006 roku odbyłem najpierw miesięczny, potem półroczny staż w przedsiębiorstwie (pensjonat w miejscowości Łajs k. Olsztyna) w ramach projektu „Regionalny transfer wiedzy UWM – staże pracowników i absolwentów w firmach”, oraz w ramach projektu „Staże dla absolwentów szkół wyższych i pracowników sektora badawczo-rozwojowego” (Regionalne Strategie Innowacyjne i Transfer Wiedzy) z Fundacji „Wspieranie i Promocja Przedsiębiorczości na Warmii i Mazurach”. Z kolei w 2007 r. odbyłem półroczny staż w przedsiębiorstwie poligraficznym i reklamowym w Olsztynie, w ramach projektu „Staże dla absolwentów szkół wyższych i pracowników sektora badawczo-rozwojowego” (Regionalne Strategie Innowacyjne i Transfer Wiedzy) z Fundacji „Wspieranie i Promocja Przedsiębiorczości na Warmii i Mazurach”. Tam poznałem więcej tajników druku wielkoformatowego. Zaowocowało to w przyszłości nie tylko tablicami edukacyjnymi, ustawionymi w Łajsie jak i w Lesie Miejskim w Olsztynie, ale różnymi innowacyjnymi pomysłami w wykonaniu posterów a ostatnio w postaci wystaw, przestawiających zarówno wyniki badań jak i upowszechniających naukę (np. w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki). Kontynuacja tych zainteresowań współpracy z szeroko rozumianym otoczeniem jest Wimlandia i możliwość wymyślania i realizacji nowych pomysłów edukacyjnych (np. maść czarownic do latania, promocja przedsiębiorstw formie grywalizaji itd.).

Kontakt z nauczycielką p. Jolanta Okuniewska, podsunął mi pomysł wykorzystania QR Kodów (linkujących do tekstów zamieszczonych na blogu) z planszami z fotografiami. Mniej więcej dwa lata temu przeniosłem QR Kody i mobilny internet na dachówki (projekt Gadające dachówki) a nawet na butelki - jako forma upowszechniania dorobku naukowego przy realizacji projektu, dotyczącego biorafinerii.

achremczyk2009

Wyżej fragment z książki Stanisław Achremczyk „Nauk przemożnych perła. Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie 1999-2009"

Pomysły na współpracę w zakresie szeroko rozumianej edukacji mogłem pełniej zrealizować, gdy powierzono mi kierowanie Olsztyńskimi Dnia Nauki (2006-2009). Udało się zmienić nazwę na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki (poszerzając formułę i nadając jej bardziej interdyscyplinarnego charakteru) oraz uzyskać pierwszy grant europejski na Noc Naukowców (2008). Potem swoje pomysły materializowałem w czasie organizacji Nocy Biologów w Olsztynie (2012-2017). Za każdym razem coś nowego i we współpracy z różnymi, pozauniwersyteckimi partnerami. To tu teraz dojrzewają pomysły na edukację pozaformalną.

Niedawno zaczęła się współpraca z Centrum Nauki Kopernik, wyjazdy do Gdańska na konferencję Ideatorium (spotkanie poświęcone dydaktyce akademickiej), do Gliwic (Edu-it), na warszawską konferencję Inspiracje - gdzie poznałem Super Belfrów i bardzo twórczych nauczycieli. To inspiruje i to bardzo. Zaowocowało kolejnymi innowacjami w mojej pracy - zajęcia pn. „nauka w puszce”, wykorzystanie gamifikacji (np. Drużyna lasera), i oczywiście myśleniem wizualnym. Przypomniałem sobie mind-mapping i wykorzystałem kontakt internetowy (webinaria) jak i spotkania w realu by uczyć się ryślenia i manuśli (lapbook). Od razu próbuję przenosić te pomysły do dydaktyki, także z wykorzystaniem nowego sprzętu elektronicznego (np. Bamboo Spark). 

Wcześniej prowadziłem stronę internetowa ale w 2005 roku założyłem własny blog - jako jedna z form kontaktu ze studentami oraz jako element edukacji pozaformalnej. Potem wykorzystane doświadczanie pozwoliło uruchomić inne, tematyczne blogi. Poszukiwałem także możliwość w ramach e-learningu.

Malowanie butelek zaczęło się od projektu w Ornecie „Z uniwersytetem na ty” w 2005 roku (współpraca z prof. Leszkiem Szarzyńskim z Instytutu Muzyki). W Ornecie chodziło o recykling. A teraz o coś znacznie więcej. Malowanie na szkle kusiło już od jakiegoś czasu, ale dopiero kontakt z nauczycielką ze szpitala psychiatrycznego i pokazanie, jak się maluje (bezpośredni kontakt), sprawiło, że zacząłem malować. Najpierw dla siebie, potem jako forma spotkań w przestrzeni publicznej i edukacja pozaformalna w zakresie lokalnej bioróżnorodności. Kilka lat temu zostałem zaproszony na plener malarski do Tumian. Tam poznałem niezwykłych ludzi i tam urodził się pomysł malowania kamieni oraz starych dachówek. Teraz malowanie dachówek wykorzystuję w czasie pikników naukowych a efekty pokazywane są przez budynkiem Wydziału Biologii i Biotechnologii oraz Biblioteką Uniwersytecką.

Retrospektywne spojrzenie na siebie, pod kątem innowacji i myślenia wizualnego, nie jest łatwe. Chyba rzeczywiście, z boku lepiej widać. W jakimś stopniu zdziwiony jestem tym, że uważają mnie za innowatora w dydaktyce (przynajmniej akademickiej). Przecież to co robię jest normalne, oczywiste. A jednak może jest inaczej? Stare przysłowie, że prorokiem nie jest się we własnym kraju - w rozmowie z panią Okraj uświadomiłem sobie, że moja sytuacja jest typowa i że trudna jest dola innowatora w dydaktyce… O wiele łatwiej o dostrzeżenie i uznanie gdzieś na zewnątrz, daleko, niż na własnym podwórku. Bo z boku łatwiej widać niektóre rzeczy? Tak jak w przypadku badań naukowych. To my badamy inne obiekty, a nie one same siebie.

Myślę, że dużą inspiracją było spotykanie nietuzinkowych ludzi, w większości spoza środowiska akademickiego. Do innowacyjności jest chyba potrzebna otwartość na spotkanie z innym człowiekiem i łączenia w jedno różnych wątków. Ostatnim przykładem jest opracowanie edukacyjnych kamashibai i zainteresowanie się technikami myślenia wizualnego. 

O chruścikach, maści czarownic i o tym jak trafiłem do przewodnika kulinarnego

sczachor

15195885_10210035072226728_4041983578087506646_oChruściki kojarzą się wielu osobom z faworkami, ciastkami. W czasach studenckich, moja obecna żona, zastanawiała się dlaczego ja na biologii zajmuję się ciastem (bo wiedziała, że pracę magisterską piszę z chruścików). Szybko wyjaśniłem, że chodzi o chruściki owady wodne (Trichoptera).

Przytoczę jeszcze jedną anegdotę. To było chyba w latach 90. XX wieku, albo na przełomie lat 80. i 90. Internetu jeszcze wtedy u nas nie było. Ale hejterzy byli. Mieli tylko inne metody. Najwyraźniej byłem wtedy obiektem takiego hejtera, który rozpowiadał w rektoracie, że słaby jestem naukowo i asekurancko uciekam w gastronomię. Być może w swej niewiedzy ów hejter skojarzył chruściki z faworkami. Albo z premedytacja liczył na niewiedzę słuchających. 

Ale teraz już nie za sprawą chruścików-faworków trafiłem do renomowanego przewodnika kulinarnym Gault&Millau Polska (2017). Wszystko z powodu współpracy z drobnymi przedsiębiorcami z Warmii i Mazur. Nie tylko odbyłem staże w przedsiębiorstwach (w ramach projektów nastawionych na innowacyjność) ale współpracuję z małymi i średnimi przedsiębiorstwami (głównie z z regionu, czasem z dalej położonymi podmiotami) indywidualnie oraz w ramach działań Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym. Wspieram m.in. grupę Wimlandia. Jedna z restauracji, działająca we wspomnianej grupie, została nominowana do renomowanego przewodnika. Osoby weryfikujące odwiedziły więc Restaurację Cudne Manowce (anonimowo i dyskretnie). I najwyraźniej zwróciły uwagę na maść czarownic do latania i być może dotarły do wpisów na blogu.

Poza popularyzowaniem dawniej wykorzystywanych roślin (czarny bez, pokrzywa, arcydzięgiel itd.) próbuję we współpracy tworzyć zupełnie nowe produkty. Takie jak maść czarownic do latania (na badzie smalcu gęsiego) z zakorzenieniem w wiedzy etnograficznej i przyrodniczej. Taką działalność uważam za ściśle związaną z misją Uniwersytetu - transfer wiedzy do szeroko rozumianej gospodarki. I nie tylko do dużych koncernów, oferujących wsparcie finansowe na badania ale także do całych i średnich przedsiębiorstw. Wzmianka w przewodniku kulinarnym jest miłym śladem efektów transfery wiedzy. Nie ma za to punktów w karierze akademickiej ale dla mnie bardzo wartościowe.

Synergia ma to do siebie, że stale tworzą się nowe wartości. We współpracy z cukiernią obmyślam teraz chruściki-faworki. Ale będą one niezwykłe i mocno osadzone w dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym. 

galu

Ja też jestem imigrantem

sczachor

jestem_imigrantemGdy dzieje się niegodziwość (tu i teraz) milczenie byłoby podłością. Przestrzeganie prawa i polskiej konstytucji obowiązuje wszystkich a nie tylko cudzoziemców, imigrantów, ateistów, prawosławnych, muzułmanów czy „gorszy sort”. Mnie, jako Polaka i katolika, słowa pani poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy po prostu obrażają (bo niby w moim imieniu, jako poseł, to mówi). I bardzo niepokoją, bo kojarzą się z niemiłą przeszłością. Wtedy też miłe były bardzo złego początki.

Chcę być solidarnym z tymi, których miałoby się deportować. Więc jestem imigrantem. W swojej drodze do pracy mijam budowę, słyszę ukraińską mowę. Sezonowi pracownicy, imigranci albo po prostu ludzie. Boję się, że narastająca atmosfera nacjonalizmu rozpocznie się podpisywaniem absurdalnych deklaracji, a zakończy się zakładaniem opasek i „deportowaniem” w bydlęcych wagonach.

Jestem imigrantem do szpiku kości. A wszystko zaczęło się jakieś 4 miliardy lat temu. Może troszkę później. Wtedy pojawiło się życie biologiczne na Ziemi. Wcześniej go nie było, więc jest bez wątpienia imigrantem. Przybyszem, czymś nowym. I na dodatek owo życie diametralnie zmieniło planetę w skali globalnej a nie tylko lokalnej. Spytajcie geologów. Ja jestem istotą żywą.

Człowiek ewolucyjnie ukształtował się w Afryce. Tam wyewoluowały hominidy i rozdaj Homo. Najpierw do Europy przybył jako imigrant Homo erectus. Dotarł do Azji i być może jeszcze dalej. Potem w Europie byli Neandertalczycy, może tu powstali może przybyli jako imigranci. Być może dotarli także Denisowianie. W każdym razie po Neandertalczykach mamy jakieś 1,9% genów. 

Homo sapiens sapiens dotarł do Europy jako imigrant, chyba 40-50 tys. lat temu. I wyparł Neandertalczyków. Szczegółów nie znamy. Jako Homo sapiens sapiens bez wątpienia jestem imigrantem w Europie. Gdy ustąpił lodowiec z terenów współczesnej Polski, najpierw pojawili się tu łowcy reniferów. Gdy klimat jeszcze bardziej się ocieplił powędrowali za swoimi reniferami na północ. Może niektórzy tu zostali. Ale raczej niewielu. Przywędrowali rolnicy, najpewniej z Azji Mniejszej. Jak zawsze ludzie wędrowali, kultury się mieszały a cywilizacje rozwijały. Dzięki różnorodności i współpracy. Mimo wojen.

Gdzieś w dolinie Dunaju powstali Indoeuropejczycy (ściślej Praindoeuropejczycy). Moi przodkowie. Zasiedlili całą Europę, duże części Azji i dotarli aż do Indii. Po pierwotnych Europejczykach niewiele zostało. Chyba bezpośrednimi potomkami są Baskowie. W epoce brązu na ziemiach polskich mieszkały ludy kultury łużyckiej. Potem przywędrowali tu germańscy Wandalowie, zasiedlając tereny między Odrą a Wisłą. Byli też Goci, którzy wywędrowali aż nad Morze Czarne. Słowianie przyszli jako imigranci gdzieś koło szóstego wieku naszej ery (gdy Wandalowie poszli na zachód i dotarli aż do Afryki - więc może migranci z północnej Afryki to po prostu potomkowie Wandalów, wracający do swojej ojcowizny?). Zapewne imigranci-Słowianie w części zasymilowali pozostałą ludność tu mieszkającą (w tym i Wandalów). Ale w większości byliśmy imigrantami znad Dniestru - miejscowych, jeśli zostali, to zeslawizowaliśmy. Także i na tym etapie moi przodkowie byli imigrantami.

W linii męskiej dobrze w metrykach i księgach mam udokumentowane przebywanie moich bezpośrednich przodków na północnym Mazowszu. W Czachorowie. Od tej wsi wzięło się notabene nazwisko, które umożliwiło śledzenie genealogii w księgach metrykalnych. Zasiedziali imigranci, tak co najmniej od początku XIV wieku. Na Prusy dotarli najpóźniej w XV wieku. Ale moja bezpośrednia linia siedziała cały czas na północnym Mazowszu. Inni rozeszli się po całym świecie, dotarli do obu Ameryk i jeszcze dalej.

Ma Warmię i Mazury przyjechał mój ojciec (z Mazowsza). Za starszym bratem. Ten przyjechał tu nie z własnej woli, bo na roboty w czasie wojny. Był deportowanym imigrantem i człowiekiem gorszego sortu III Rzeszy Niemieckiej. Co prawda urodziłem się w Lidzbarku Warmińskim, ale z pokolenia imigrantów.

W linii żeńskiej płynie we mnie domieszka krwi litewskiej i białoruskiej, możliwe że i tatarskiej. Wszystko w ramach tolerancyjnej i wielokulturowej, wielonarodowej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Tak jak we współczesnej Unii Europejskiej. Dziadkowie z mamą przyjechali po 1945. Byli tak zwanymi repatriantami. Czyli imigrantami. Przyjechali z własnej woli, w bydlęcych wagonach. Tak jak i inni, zamieszkali w cudzych domach. Mieszkali w jednej wsi Niemcy, Mazurzy (autochtoni, jeden nawet był Szwajcarem), Kresowiacy, ci z Centrali no i Łemkowie oraz Ukraińcy. Ci ostatni zostali tu deportowani. Przymusowi imigranci.

Na studia do Olsztyna przyjechałem z Płocka (w międzyczasie rodzina wróciła na Mazowsze). Zostałem na Warmii, więc jestem imigrantem. Studiowałem z potomkami imigrantów, w tym z Ukraińcami.

Kiedy pani poseł pisze o składaniu deklaracji i grozi deportacjami, to przypominają mi się losy mojej rodziny. Ojciec jako dziecko był w obozie w Działdowie, cudem przeżył. Rodzinę deportowano z ich gospodarstwa. Po wojnie wrócili na swoje. Z kolei rodzina mamy tułała się po gułagach na wschodzie, a dziadek uciekł z więzienia w Połocku (nie chciał się zrzec obywatelstwa polskiego). Część została na zawsze, część wróciła lub przez Iran powędrowała dalej. Rodzina rozsiana po całym świecie. Mówimy różnymi językami, choć wszyscy pochodzimy z jednej wsi na północnym Mazowszu.

Wydawało mi się, że żyję w szczęśliwych, spokojnych czasach. Ale już od roku słyszę ciągle o lepszym i gorszym sorcie, a teraz pani poseł z PiSu apeluje o podpisywanie deklaracji i „obiecuje” deportacje. Jako Polak i praktykujący katolik, gdy słyszę to dzielenie na lepszych i gorszych, mówię głośno: ja też jestem imigrantem! Jeśli ich to i mnie. Deportujcie i mnie. Milczenie byłoby podłością. Moją ojczyzną odziedziczoną w kulturze była Rzeczypospolita Tolerancyjna, Republika Trojga Narodów. Tę ideę współcześnie o wiele bardziej realizuje Unia Europejska niż zaściankowa ksenofobia zagubionych intelektualnie i duchowo ludzi.

Blogowe ryślenie czyli łączenie tradycji z nowymi technologiami

sczachor

blogowe_ryslenieJestem cyfrowym imigrantem. Zjawiam się w świecie nowych technologii jako przybysz z innego, dawnego świata. Wszystko jest nowe i trzeba uczyć się od nowa. To problem całego pokolenia. W przeciwieństwie do cyfrowych tubylców. Ryślenie to neologizm dla myślenia wizualnego, notowania z wykorzystaniem rysunków, to połączanie dwóch słów: rysowania i myślenia. A blog? Tego słowa teoretycznie nie muszę wyjaśniać - to internetowy pamiętnik-dziennik-notatnik. Całkiem nowa (ale już okrzepła społecznie) forma komunikacji.

Moje dzieciństwo i młodość to zeszyty (papierowe), kredki, ołówki, pióro z obsadką i kałamarz z atramentem. Także blok rysunkowy i farby plakatowe lub akwarelowe. Flamastry były późną nowością, nie wspominając o komputerach i cyfrowej rzeczywistości. Uczyłem się pisać stalówką i obsadką. W szkole podstawowej uczyłem się pisma technicznego z wykorzystaniem przyrządów kreślarskich - piórek, tuszu i ołówka. Czasem, sam robiłem pióra do pisania z gęsiego czy bocianiego pióra. Teraz wraca moda na kaligrafię i przydaje się umiejętność samodzielnego wykonania analogowych przyrządów do pisania. Na studiach poznałem kalkę techniczną i rapidografy oraz wzorniki pisma. Ale i to przeszło już do muzeum i leży spakowane w piwnicznym kartonie.

Na studiach uczyłem się pisania na maszynie. Żeby sobie samodzielnie poradzić. Potem przyszła klawiatura komputerowa. Niestety nie nauczyłem się systemu dzisięciopalcowego. Teraz trudno mi się przestawić. Nowinką są tablety z rysikami. Można pisać tak jak kiedyś, a program sam rozpoznaje i zamienia na cyfrowe literki.

Kiedyś zeszyt w kratkę (lub gładki) był całym notatnikiem. Można było pisać i rysować jednocześnie. Taki dziennik i pamiętnik w jednym. "Tubylcom" mogę powiedzieć, że to był taki dawniejszy blog bez komputera i Internetu… Myślenie wizualne oraz angażowanie dłoni było dla mnie czymś naturalnym. Ten świat obecnie wypierany jest przez cyfrową i internetową rzeczywistość. Wiele z tego, co pilnie się w szkole (i na studiach!) nauczyłem, okazuje się obecnie bezużyteczne. Trzeba się uczyć od nowa zupełnie czegoś innego Możliwe, że to, czego uczymy obecnych uczniów i studentów, też nie będzie im przydatne…

W cyfrowej rzeczywistości najbardziej przeszkadzało mi rysowanie. Grafika z szablonami i myszką jest mi obca i wydaje się mi jakaś toporna. Ręka - a w zasadzie także i mózg - przyzwyczajona jest do prowadzenia kreski ołówkiem lub stalówką. Ale wreszcie znalazłem coś, co mi pozwala połączyć dawne nawyki z rzeczywistością cyfrową i możliwościami, jakie daje internet. Tyle, że nawet najwygodniejszej technologii trzeba się nauczyć. I się uczę, jak dziecko - metodą prób i błędów - z ciekawością wciskając różne klawisze, funkcje i programy. Widzę postęp. I zapewne przeżywam te same kłopoty co i inni - na starość trudniej się uczyć niż w dzieciństwie i młodości

Wreszcie będę mógł rysować ilustracje do moich wpisów blogowych. Nie tylko tak jak do tej pory robić zdjęcia… ale i po prostu rysować. Podwójny przekaz: schemat w postaci rysunku (myślografii, mapy myśli, rysnotki) oraz uzupełniający tekst.

Do tej pory robiłem szkice tekstów w formie pisemnej notatki. Zazwyczaj odręcznej. Kłopot tylko taki, że myśl szybko biegnie, a pisząca ręka znacznie wolniej. W rezultacie staram się pisać szybko…. A litery wychodzą kulfoniaste. Potem bardziej zgaduję co napisałem niż odczytuję. Albo nie umiem pisać, albo nie umiem czytać… Zawsze miałem dość brzydki charakter pisma. Jednak długotrwałe korzystanie z klawiatury poczyniło pewien regres w moich umiejętnościach ładnego i czytelnego pisma.

Ponadto nie chciało mi się zazwyczaj pisać całego tekstu. Tylko główne myśli. Tak, żeby potem można było odtworzyć swoją myśl i spisać ją całymi zdaniami. Uzupełnić, rozwinąć, poprawić kompozycję itd. Ale przecież można narysować konspekt tekstu! Notowanie wizualne (graficzne), łączące metodę mind-mappingu z rysowaniem i symbolami też może być dobrym sposobem notowania pomysłów. Zastanawianie się a jednocześnie całość jest widoczna na jednej kartce. Kolorowanie w tablecie to także wydłużenie procesu myślenia. Na koniec można siąść i spisać. A na blogu umieścić obie wersje.

Nareszcie świat trochę znajomy cyfrowemu imigrantowi - możliwość łączenia notowania odręcznego z rysunkami (Bamboo Spark) z wersją cyfrową, łatwą do udostępniania w Internecie.

Mocne rozpoczęcie roku szkolnego

sczachor

wrzesien_wejscia_na_bllogW minionym tygodniu (początek września) na moim blogu odnotowałem 13 769 wejść (tak przynajmniej wskazuje licznik). To więcej niż przeciętnie w ostatnich miesiącach. Ale górki i dołki są czymś normalnym. Na dodatek popularność jest tylko elementem dodatkowym. Nie jest dla mnie wyznacznikiem tego co i jak mam pisać. Piszę bo chcę, niczego nie muszę. Dużo bardziej przydatne są bezpośrednie kontakty z czytelnikami. Bo rozmowa lub korespondencja to znacznie pełniejsza komunikacja niż sucha statystyka.

Kiedy zaczynałem, ponad 10 lat temu, średnio dziennie było kilka wejść. Potem systematycznie liczba wejść rosła. W ostatnim roku średnio było to 300-500 odwiedzin dziennie. I tylko czasem zainteresowanie wzrastało do kilku tysięcy. Za każdym razem wiązało się to z umieszczeniem tekstu (przedruk – o ile do internetu można takiego słowa użyć) gdzież w jakimś serwisie informacyjnym (wraz z linkiem). Czasami link zamieszczany był na jakimś forum dyskusyjnym lub w facebookowej grupie. Jest to jakaś forma ewaluacji – odbierania dalekich i mniej precyzyjnych sygnałów o odbiorze treści.

Pierwszy tydzień września – jak mogę wywnioskować ze statystyk i źródeł ruchu sieciowego – odnotował zwiększone wejścia z linków umieszczonych na Facebooku. I chyba dotyczył wpisu na temat modliszki. Sam tekst opublikowany był dwa lata temu. To przykład na to, że blog jako forma komunikacji nie jest ulotny i przemijający jakby się mogło wydawać. Dzięki wyszukiwarkom, słowom kluczowym a także różnym linkom na wielu portalach i serwisach, nawet do dawnych treści można dotrzeć i przeczytać. I zareagować. Pojedynczy wpis nie jest tylko czytany w ciągu kilku dni od napisania.

Statystyki bywają zwodnicze. Wejście nie oznacza czytania… więcej niż samego tytułu. Jakimś wyznacznikiem, poza statystyką, są polubienia poszczególnych artykulików (ale dotyczy tylko osób z kontem na FB), dalsze udostępniania na FB czy Google + a także wykorzystanie w formie „przedruku”. Raz opublikowany żyje swoim życiem. I są oczywiście komentarze. Ale i komentarze bywają zwodnicze, bo czasami mogę odnieść wrażenie, że komentujący przeczytał tylko tytuł… i dyskutuje ze swoimi wyobrażeniami o temacie a nie z rzeczywistym tekstem (wypowiedzą).

Teksty publikowane są na wolnej licencji – ułatwia to upowszechnianie treści. Blog jest swoistą formą upowszechniania wiedzy. Internet trochę ułatwia śledzenie efektu i wpływu. Wszystkiego jednak poznać się nie da. I bardzo dobrze.

Blogowanie jest dla mnie formą porządkowania myśli jak i sposobem komunikowania się nie tylko ze studentami ale i formą edukacji pozaformalnej. Blogowanie ma swoje ograniczenia. Ale ma niezaprzeczalny walor szybkiego i szerokiego docierania do czytelników. Czytelników bardzo zróżnicowanych zarówno w zakresie wiedzy ogólnej, wiedzy przyrodniczej jak i zawodu, wieku, kapitału społecznego itd. Mieści się w uniwersyteckiej misji  upowszechniania wiedzy. Odbiorca-student jest tylko dużo bardziej zróżnicowany, co wymusza uczenie się zupełnie nowych form wypowiedzi i prezentowania poglądów. W małych (krótkich) porcjach oraz do bardzo zróżnicowanego odbiorcy.

W ciągu dekady blogowania dorobiłem się nie tylko licznych czytelników ale własnych, osobistych hejterów. Nieliczni, ale są, wierni i zajadli. Piszą mi całkiem nową biografię. Sam jestem zaskoczony tym, co robiłem w ich mniemaniu. Mieć własnych hejterów to jednak coś. Czuje się doceniony. Najwyraźniej wywieram wpływ. A że docieram do różnych osób, o różnym poziomie wiedzy i kultury dyskusji, to i takie efekty „ewaluacyjne” się trafiają.

Mój ulubiony Tygodnik Powszechny

sczachor

TygodnikPowszechnyKraków to miejsce wspaniałe. Niezwykle przyjazne dla turystów i odwiedzających. I wyjątkowo tanie. Zjeść na starówce można taniej niż w Olsztynie - było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Jest co zwiedzać i gdzie przesiadywać. Czuje się klimat miejsca. 

Wielokrotnie bywałem w Krakowie i zawsze wracam z tego miasta nienasycony. Z chęcią powrotu. Kraków inspiruje. Narobiłem oczywiście mnóstwo zdjęć. Będą dobrą ilustracją do przyszłych tekstów.

Będąc w Krakowie nie mogłem zapomnieć o redakcji mojego ulubionego Tygodnika Powszechnego. Była akurat niedziela. Nie chciałem sprawdzać czy pracują :). Jest więc tylko zdjęcie przed wejściem do siedziby Redakcji.

Tygodnik Powszechny czytam regularnie od kilku lat. Dobre dziennikarstwo, dużó wartościowych tekstów. I bardzo różnorodnych. 

 

Butelki i mój minimalizm czyli o ekonomii dzielenia się

sczachor

cegowka_aniaRozsiadłem się na wygodnej kanapie, ale Franciszek przypomniał mi o rzeczach na prawdę ważnych. Odmłodniałem. Słowo może dużo zdziałać. Wtedy, gdy mówiący ma coś sensownego do przekazania.

Żyjemy w świecie pośpiechu i rywalizacji, ciągłej pogoni za pieniądzem i pozycją społeczną. W świecie, gdzie często słychać „jeśli zwolnisz, przejdą po tobie i cię podepczą”. Stąd wyścig szczurów. Ale coraz głośniej słychać także inne głosy, kryjące się pod nazwami, slow life, slow movement, slow food, slow life, slow sex (to do niektórych może przemówić, bowiem żyjemy dodatkowo w czasach wyścigu za coraz większą przyjemnością), powolny rozwój, powolne dzieciństwo, mniej znaczy więcej. Te słowa mają sens.

Świat globalny jest w coraz większym kryzysie (ekonomicznym i ekologicznym). Z jednej strony komputery i maszyny odbierają pracę ludziom więc mogliby już tak ciężko nie pracować a z drugiej rosnące rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne czyni ludzi biednymi. W sumie nic zaskakującego bo od lat o tym piszą i prognozują pisarze. Wiemy a nie potrafimy zaradzić tej niedobrej sytuacji. Jak w chocholim tańcu. Lub jak biegnący szczur w klatce na kręciołku. Im szybciej biegnie, tym szybciej zabawka się kręci, a im szybciej się kręci, tym szybciej gryzoń musi w niej biec. Zatrzymać się od razu nie da, ale może można zwalniać? Systematycznie. Zaradzeniem na rosnące rozwarstwienie być może byłoby skrócenie czasu pracy i lepszy podział pracy, pochwała powolności. Szybkość rozwarstwia społeczeństwa. Ale wymaga to zrezygnowania choć w części z własnego egoizmu i podzielenia się z innymi. To trudne. Ja także od kilku lat próbuję zwalniać. Z wielkim trudem i powoli mi to idzie. Od dawna nie mam telewizora. Jest znakomicie, bez reklam, bez zbędnego bicia piany.

„Minimalizm to dążenie do prostoty i ograniczania niepotrzebnych rzeczy, czynności, obowiązków w każdej dziedzinie naszej egzystencji. Pozwala uporządkować życie i uczynić je prostszym – jest swego rodzaju pozbyciem się "niepotrzebnego balastu", usunięciem iluzji, które przesłaniają nam obraz nas samych i otaczającego nas świata.” To bardzo chrześcijańskie. i staje się coraz modniejsze. Jesteśmy zamuleni w rdzy i mule konsumpcjonizmu. Nie widać nas siedzących na miękkiej kanapie pod tym naniesionym mułem. Widać tylko rzeczy. Franciszek poradził nam, aby zejść z kanapy i zadbać o dobre buty. Bo trzeba się będzie nachodzić. Ruch dla zdrowia i dla duszy.

Piję wodę z kranu. By nie marnować energii na daleki transport tego, co jest blisko. I by nie produkować zbędnych odpadów. Odpadów z szybkiej, jednorazowej konsumpcji. Nie mam samochodu, choć mam prawo jazdy i pieniądze. To nie z biedy czy nieudolności, to z wyboru. Podróż transportem publiczny jest dłuższa. I wymaga dostosowania się do rozkładu jazdy. Ale dłuższa podróż to więcej czasu na przemyślenia… i na rozmowy z ludźmi. To uświadomienie sobie tego, że jesteśmy zależni od innych.

Zbieram po lesie wyrzucone butelki. Usuwam śmieci ze środowiska. I ładniej dla oczu i bezpieczniej dla dzikiej przyrody. Ale w jeszcze większym stopniu po prostu nie wyrzucam. Maluję. Pospolite, szklane opakowania zyskują nową wartość. I rozdaję. Z cichym przesłaniem, że nie ma rzeczy niepotrzebnych ani ludzi zbędnych. Tych opakowań, co to mogą jeszcze się przydać, jest bardzo dużo. Zbyt dużo. Zbędne marnotrawstwo. Innym przez to nie starcza.

Żyjemy w stresie, wynikającym z poczucia konieczności utrzymania kontroli nad ciągle nawarstwiającymi się rzeczami: do zrobienia, do zapamiętania, do przygotowania, do kupienia, do załatwienia itd. Bo wszyscy tak mają więc i ja chce mieć. Bo wszyscy tam byli. Ja też tak żyję. I próbuję zwalniać do slow science, slow life, slow education. Jednym słowem citaslow nie tylko na krótkie wakacje.

W miarę upływu czasu, tak jak i u innych ludzi, przybywa mi rzeczy w domu. Nie tylko książek. Trudzimy się, by je zdobyć a potem zamartwiamy się jak je upilnować, ochronić przez zniszczeniem, kradzieżą, zalaniem itd. Zatraca się granica między tym czy ja mam te rzeczy czy też owe rzeczy mają mnie. Tak jak w układzie pasożyt-żywiciel, przy dużej zależności nie wiadomo kto traci kto zyskuje. Więc maluję słoiki i rozdaję. Z cichym przesłaniem. Bo przecież nie trzeba wszystkiego na głos mówić. Ludzie są inteligentni.

Jeśli w rzeczach upatruje się swojego szczęścia – trzeba zarabiać coraz więcej, by poczuć się spełnionym. Tym samym coraz więcej czasu przeznaczamy na pracę (i idziemy po trupach, bo nie ma lekko, życie to nie bajka i temu podobne frazesy pod nosem mruczymy). Albo się zadłużamy i stajemy się niewolnikami. W czasach młodość szkolnej, gdy czytałem o starożytności nie mogłem się nadziwić jak można było popaść w niewolę za długi. Albo oddawać swoje dzieci czy żonę w niewolę, za długi. Teraz zrozumiałem, bo widzę wielu zadłużonych niewolników wokół siebie. Mają… ale nie są szczęśliwi, nie są wolni. Mają domy kupione pod miastem (na kredyt), codziennie spędzają sporo czasu w samochodzie, na dojazdach, W sumie niewiele pomieszkują w tych domach. Więcej są w pracy i w dojazdach. Ale mają. I żyją w strachu czy spłacą raty bo frank poszedł w górę, albo bo mogą stracić pracę. Więc godzą się na każde warunki, na mobbing itd. Sprawdza się stare przysłowie, że im więcej się ma, tym więcej się chce mieć. Mamy dużo rzeczy… z których nie mamy za bardzo czasu korzystać. Bo przecież praca, praca, praca….

Mój minimalizm to pozbywanie się rzeczy po uprzednim ich upiększeniu. Upcykling (upcyclig).Taka wartość dodana. Butelki malowane, może w przyszłości decoupage, ulotne piękno, chwilowe, dekorowanie potraw, tak jak zamki na piasku czy rzeźby lodowe. Przemijające piękno. Jak my.

„Nie pozwól uczynić z siebie niewolnika przedmiotów (przy okazji długów) i toksycznych relacji. Nie pozwól się zapędzić do wyścigu szczurów. Rób mądrze zakupy – nie rzucaj się na każdą promocję, wybieraj to, co rzeczywiście jest Ci potrzebne i w czym dobrze się czujesz. Nie otaczaj się wianuszkiem ludzi, którzy są Ci nieżyczliwi – postaw na sprawdzone znajomości, pielęgnuj przyjaźnie.”

Sokrates twierdził, że człowiek mądry będzie instynktownie wiódł skromne życie. On sam nie nosił nawet butów; jednakże stale ulegał czarowi targu i często tam chodził, żeby popatrzeć na te wszystkie wystawione towary. Kiedy jeden z przyjaciół zapytał go, dlaczego tam chodzi, Sokrates powiedział: „Uwielbiam odkrywać, bez jak wielu rzeczy, jestem doskonale szczęśliwy".

A na zamieszczonej fotografii widać starą cegłówkę. Pomalowaną przez Annę Wojszel. Zamiast zalegać na śmietniku zdobi pomieszczenie Mazurskiego Parku Krajobrazowego. 

Rzeź Wołyńska i mord w Jedwabnem - wspólne winy, wspólne przebaczanie, z dygresją do współczesności

sczachor

tablicapamiatkowaSkąd się biorą zbrodnie? One lęgną się ukradkiem w zwykłe dni i są systematycznie podsycane. Będą dwa przykłady historyczne (a nawet trzy) oraz współczesny. Przykłady wybrane akurat takie, bo aktualnie obchodzimy rocznice tych wydarzeń.

Czas głośno i otwarcie mówić o naszej, Polaków, winie w Jedwabnem, gdzie zamordowano ponad 300 osób. Sąsiedzi. Teraz się tego wstydzimy, czasem w porywach dulszczyzny próbujemy negować, zaprzeczać (i to jest to niby podnoszenie się z kolan?). Byliśmy, my Polacy, zbrodniarzami. Przykre i burzy mit jedynie-sprawiedliwych. Równocześnie wielu innych, znacznie więcej, było bohaterami bo walczyli w słusznej sprawie i ratowali np. Żydów. Niemniej hańba zostaje na naszych, narodowych rękach. I wypada przepraszać. I prosić o przebaczenie za winy przodków, krewnych, współziomków. Jak się okazuje, każdy naród stać na podłość a zwykłych ludzi na zbrodnie. Stąd uzasadnione pytanie, postawione w pierwszym zdaniu niniejszego wpisu.

Na Wołyniu byliśmy ofiarami ludobójstwa. Też cierpienie, skala znacznie większa niż w Jedwabnem. Zbrodnia pozostaje zbrodnią. Ukraińcy się teraz tego wstydzą, mierzą się z bagażem swojej historii. Z uznaniem należy odnotować gest prezydenta Poroszenki, który przeszedł jakby niezauważony:

Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko złożył wiązankę kwiatów i zapalił znicz oraz klęknął przed pomnikiem ofiar zbrodni na Skwerze Wołyńskim na warszawskim Żoliborzu. Ukraińskiemu szefowi państwa towarzyszyli, między innymi, minister obrony narodowej Stepan Połtorak, deputowana Rady Najwyższej Nadija Sawczenko oraz ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca. Prezydent Poroszenko uczestniczy w rozpoczętym w piątek szczycie NATO w Warszawie. (…) Petro Poroszenko jest pierwszym ukraińskim politykiem wysokiej rangi, który zdecydował się na taki bezprecedensowy gest/. Kijowski portal "Europejska Prawda" określił go mianem kroku do pojednania.” (źródło

Pojednanie krok po kroku. Bardzo trudne. Dlatego lepiej nie czynić zła by późniejsze pokolenia nie musiały się trudzić. Także i Jedwabne nie wzięło się z niczego. Wielu ludzi pracowało na to codziennym podjudzaniem do nienawiści. Czy nauczyliśmy się czegoś z historii? Czy i dzisiaj podobnych prekursorów nienawiści nie mijamy co dzień, nie tylko w mediach? Oto przykład, lipiec 2016 roku. Rozmowa ze starszą kobietą, która w ekscytacji opowiada, że „na jesieni papież Franciszek ma abdykować bo podobno nie podoba się wiernym to co wyprawia. Że brata się z Żydami, gejami”. Kobieta z zapałem powiedziała że „w encyklopedii jest wyraźnie napisane że homoseksualizm to choroba i trzeba ją leczyć”. Ze słów dalszych wynika, że owa starsza kobieta mocno nienawidzi Żydów. Skąd u niej te poglądy? Z mediów propisowskich, które ta kobiecina namiętnie czyta, słucha i ogląda. Niewinne pogaduszki?

Rzeź Wołyńska i Jedwabne to wspólne winy i wspólne przebaczanie. Długi to proces. Ukrywanie prawdy i codziennie sianie nienawiści. Ta zbrodnia nie spadła z deszczem, nie przynieśli jej tylko Niemcy (dziecinne "to nie ja, to on"). Była długo pielęgnowana i hodowała ją codzienna endecka propaganda. Taką mamy i teraz. Czy potrafimy ją zatrzymać czy znowu unurzamy się w zbrodni, za którą będą się wstydzić przyszłe pokolenia? I będą przepraszać za nasze winy. Winę zaniechania, winę bierności i siedzenia cicho, winę podjudzania i czynnego uczestnictwa w zbrodni. Kogo tym razem zlinczuje podburzony tłum? Żydów już nie ma. To może imigrantów? Gorszy sort Polaków, owych targowiczan, zdrajców, animalny element, KODziarzy?

I jeszcze cytat z internetu (w komentarzu do złożenia kwiatów przez prezydenta Poroszenkę) „Boże Kochany! Czego jeszcze chcecie???? Poroszenko złożył kwiaty, czyli uznał tę zbrodnię. Patriarcha greko-katolicki w zeszłym roku prosił o wybaczenie win. A Wam ciągle mało... Należy zrozumieć, że cały naród nie uklęknie na kolana i będzie błagać o wybaczenie. To NIE to pokolenie mordowało i nie wszyscy mordowali. Jest IPNowska lista sprawiedliwych Ukraińców, do dziś funkcjonują rodziny mieszane polsko-ukraińskie, a potomkowie przedwojennych rodzin mieszanych żyją do dziś i w Polsce i na Ukrainie i jedni się czują Ukraińcami, inni Polakami, nie mając czasem pojęcia o swych korzeniach. Rzeź wołyńska i nie tylko wołyńska, bo także podolska, na Pokuciu i w części Galicji to ludobójstwo, tragiczna ofiara bezbronnych ludzi. I Polaków i Ukraińców, którzy ich ostrzegali czy związani z nimi także ginęli. Proszę jednak pamiętać, że ruch banderowski - nacjonalistyczny narodził się jeszcze przed wojną. Samego Bandery nie można porównywać do Hitlera, bo on sam nie brał udziału w mordach, siedział w niemieckim oflagu całą wojnę. Zginął zabity przez NKWD w Monachium w latach 50-tych. Prezydent Ukrainy modli się pod pomnikiem pomordowanych na Skwerze Wołyńskim - to uznanie tragizmu tych ofiar. Czego jeszcze chcecie?”

I na koniec jeszcze jeden przykład historyczny (ku przestrodze). Z byłych Prus Wschodnich. To właśnie tu Hitler uzyskał największe poparcie. Biedny region skusił się na demagogiczne i populistyczne hasła? Jednak i tu ktoś był przeciw. Inni byli tylko bierni i stali z boku. Niemniej nieszczęście dotknęło wszystkich. Przykład z jednej wsi Molza, znakomicie opisał to Jan Dąbrowski w książce „Siedem wieków Łukty, 600-lecie kościoła, 50-lecie parafii Matki Boskiej Częstochowskiej”. Lista zmarłych w latach 1939-1945. Wielu poległo na froncie (w wojsku agresora, także ci co byli przeciw faszyzmowi i ci, co stali cicho z boku), inni zmarli w łagrach sowieckich wywiezieni jako jeńcy lub po prostu porwani, inni zmarli w Molzie w czasie krwawego przemarszu wojsk radzieckich. Mała wieś 70 ofiar. Zaledwie kilka osób zmarło śmiercią naturalną w ciągu tych kilku lat….Przecież nie wszyscy głosowali za Hitlerem, przecież nie wszyscy byli nazistami. Ale zło wywołane przez nielicznych zebrało krwawe żniwo pośród wszystkich.

Czy uczymy się na historii naszej, sąsiadów bliższych i dalszych? Każdego dnia możemy uczestniczyć albo w podsycaniu nienawiści albo czynić pokój. Jeśli dzieje się to obok nas, jeśli zakłamywana jest historia ta dawniejsza i ta najnowsza, nie wystarczy stać z boku i „się nie mieszać”. To stanowczo za mało.

Złe słowa nie tylko ranią konkretne osoby, one budują nienawiść, która czasem owocuje nawet zbrodnią ludobójstwa. Winni przyszłych zbrodni będą zarówno ci judzący jak i ci przyzwalający. Jeśli uczymy się z błędów historii, to zatrzymajmy tę prawicowo-pisowską falę nienawiści i etycznego zaczadzenia. I każdą inną. Bo nienawiść nie jedno ma imię.

Dlatego dziś, z uznaniem przyglądam się trudnym gestom pojednania i próśb o wybaczenie ze strony Ukraińców. Przyłączam się do dawnego listu naszych biskupów (choć skierowanego do innego narodu) „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Nie jesteśmy bez winy. Zachowajmy pamięć o zbrodniach ale nie pielęgnujmy nienawiści.

Polecam także wywiad z Mironem Syczem w najnowszym Tygodniku Powszechnym.

A ja przyjaciół Ukraińców, jak i tych nieznajomych, przepraszam za głupie dowcipy z dzieciństwa. Ot na przykład taki, bezmyślnie powtarzany „Czym się różni siekiera od Ukraińca? Siekierę należy ostrzyć a Ukraińca tępić.” W dzieciństwie zasłyszany i bezmyślnie powtarzany. Niby śmieszne. Raz opowiadałem go w towarzystwie Ukraińca. Będąc w pełni tego nieświadomym. Co czuł ten człowiek (rodzina przesiedlona w ramach Akcji Wisła)? Gdy się o jego narodowości dowiedziałem, było mi głupio... Bo przecież chciałem tylko opowiedzieć śmieszny "kawał". Teraz się wstydzę za błędy młodości. Niewinne i niegroźne? Nie sądzę. Zła kropla drąży skałę. Codziennie. Mam i ja za co przepraszać, wszak żyliśmy i żyjemy razem.

W codziennej rozmowie, plotkach, dowcipach, można budować przyjaźń lub szykować grunt pod nienawiść.

A zdjęcie, ilustrujące tekst? Pochodzi z Płocka. Moja rodzina jest i z Mazowsza i z Wileńszczyzny. Boleśnie doświadczyliśmy zbrodnie obu totalitaryzmów. Pamięć to nie jest to samo co kłamstwo i pielęgnowanie nienawiści. Jestem katolikiem i dla mnie jest autorytetem papież Franciszek. Tak samo jak Jan Paweł II. 

Jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie

sczachor

w_sloncuDługa majówka jest okazją do świętowania. Preferuję patriotyzm dnia codziennego. Przedkładam budowanie więzi i pielęgnowanie otwartego dziedzictwa nad nadęte słowa.

Jakiś czas temu, w ramach internetowego "patriotycznego"  hejtu i ludowej lustracji ukazał się taki komentarz do mie adresowany: (Cz. 2016-03-10 15:43): „(…) Bardzo mnie ciekawi skąd się wziął, skąd wziął nazwisko i inne podobne elementy. Mimo jego grzebania w genealogii, jakoś nie można rzeczywiście umiejscowić go w dziejach rodziny pozostałych Czachorowskich. Czyżby podrzutek jak "Komorowski"? Ciekawe...” A nieco wcześniej, „prawdziwy Polak” o imieniu Majsbek, syn byłego wojskowego z czasów PRL, który przeszedł na islam, pouczał mnie o patriotyzmie, polskości i zarzucał mi "targowicę". Kiedy korzystając z okazji zapytałem o jego genealogię… nic mi nie napisał (mimo deklaracji i obietnic) Zarzucał, że brukam tak zasłużone nazwisko (czyli moje, bo ośmielam się krytykować obecną władzę). Ale o tym „zasłużeniu” nic nie potrafił napisać, mimo moich nalegań. Z jego korespondencji wyciekała nacjonalistyczna bufonada, nakręcona przez „narodową” propagandę, ostatnio coraz obficiej płynącą z niektórych mediów.

Skąd się wziął Czachorowski? Pierwsze wzmianki o moich przodkach z Czachorowa pojawiają się już w XV wieku. Począwszy od XVI w. zachowały się już liczne zapiski metrykalne, pozwalające odtworzyć moją genealogię. Bezpośredni wywód genealogiczny mam od XVII wieku. Nawiązując do tradycji mogę napisać, że pieczętuje się herbem Rogala. Nie jestem "podrzutkiem" ani sroce spod ogona nie wypadłem. Luki w historii rodu staram się systematycznie uzupełniać (z myślą nie tylko o sobie). Zbieram historię szeroko rozumianego rodu i losy ludzi, rozsianych już po całym świecie. Dlatego śmiało mogę pisać, że jestem Europejczykiem, tak jak moi przodkowie w ciągu udokumentowanej historii połowy tysiąclecia. Do komunikacji z członkami rodu i rodziny muszę używać nie tylko języka polskiego, ale i rosyjskiego, białoruskiego, angielskiego, portugalskiego itd. różnice nie przeszkadzają w poczuciu więzi.

Jestem Europejczykiem polskiej narodowości. Świadomość wspólnej Europy, wspólnych wartości, w tym solidarności i współodpowiedzialności za nasze losy, jest dla mnie wartością nie tylko deklarowaną. Unia Europejska jest ukoronowaniem marzeń i zabiegów wielu pokoleń nie tylko Polaków. To mądre rozwinięcie i kontynuacja unii polsko-litewskiej i Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to szersze spełnienie pomysłów na monarchię austro-węgiersko-polską.I wielu innych, wcześniejszy, podejmowanych prób federalizacji i wspólnoty europejskiej. Państwa narodowe to późny wymysł i na razie bardzo krótkotrwały. Solidarność w pełnym słowa tego znaczeniu ponad ksenofobię, prywatę, lokalne kompleksy.

Unia Europejska jest dla mnie symbolem rozwoju cywilizacji. Europa to ciągła i nieustająca odpowiedzialność i wyzwanie. Bo nic nie jest dane raz na zawsze. Unia Europejska jest znakomitym pomysłem na współistnienie bez wojen, bez zwalczających się nacjonalizmów i nieustannego przesuwania granic. Mogę jechać do Wilna (do rodziny) jak do swojego miasta, bez szabelki, konfliktów, przepychanek. I nie czuję się zagrożony, gdy na Warmii i mazurach mieszkam z Ukraińcami, Portugalczykami, Niemcami, Francuzami itd.

Dla mnie i mojego pokolenia wspólna Europa bez granic z zasięgami jest spełnieniem marzeń. Do tej pory, na lotnisku przy kontroli paszportowej odczuwam jakiś niepokój, głęboko skrywany strach. Bo pamiętam dawne kontrole graniczne, ze szlabanami, drutami kolczastymi. Mój syn nie ma tych obaw. Wyrósł w Europie bez granic. Jeździ do Brukseli, na Sycylię, do Irlandii tak jak do Warszawy, Gdańska czy Krakowa. To dla niego normalne.

Po wielu latach nie czuję już wstydu, kompleksów czy zażenowania, gdy wyjeżdżam prywatnie czy służbowo do krajów „Europy Zachodniej”. Nie czuję się gorszy, nie czuje się jak ubogi krewny. Czuję się dumnym Europejczykiem, co w niczym nie umniejsza mojej polskości. Jestem Polakiem, Europejczykiem, katolikiem, jestem wolnym człowiekiem. Polska od zawsze była w Europie. Nigdy z niej nie wychodziliśmy. Choć bywały okresy przymusowego izolowania, ograniczającej żelaznej kurtyny itd. Teraz nie chce byc ponownie odgrodzony od Europy przez nacjonalistyczne i ksenofobiczny pseudopatriotyzm zakompleksionych ludzi. Moich rodaków...

Cywilizacyjnie i kulturowo byliśmy i jesteśmy w Europie. Mam na myśli wartości i kulturę a nie położenie geograficzne. Symbolicznie Chrzest Polski, którego w tym roku obchodzimy jubileusz, był formalnym przypieczętowaniem oficjalnej obecności w Europie. Nawet nazwa herbata (herba tea) wskazuje na naszą kulturową przynależność do Europy Zachodniej a nie Wschodniej (gdzie używają nazwy czaj).

Obecnie symbolem naszej aktywnej i odpowiedzialnej przynależności do Europy jest nasze członkostwo w Unii Europejskiej. Nie tylko należymy ale współtworzymy Europę. I nie chcę, abyśmy z tej roli w jakikolwiek sposób rezygnowali. Jestem Europejczykiem i nim pozostanę. Każdą smutę można przetrwać. A w rodzinie różne już historie i chwalebne oraz mniej chwalebne czyny udało się udokumentować. Jak i w pełni europejskie koligacje. Myślę, że wiedza zarówno co do własnych korzeni jak i wiedza co do historii Europy jest najlepszym remedium na ksenofobię, nacjonalistyczna agresję i zaściankowy egoizm.

Czy już niebawem będę musiał wyrabiać paszport by jeździć do rodziny rozsianej po całej Europie?

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci