Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Wszystko

Arteterapia, edukacja i konektywizm, czyli wernisaż grupy ART

sczachor

Na wernisażu Grupy A*R*T  wspomniałem o edukacji, arteterapii, bibliotece i konektywizmie. Pozwolę sobie rozwinąć to niecodzienne zestawienie pojęć (słów).

ART to Artystyczna Rezerwa Twórcza. Ale ten skrót kojarzy się – i to bardzo słusznie – z arteterapią (terapią przez sztukę). Artyści nieprofesjonalni, związani z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim, są w różnym wieku. Malują, rysują, szydełkują, dekupażują, rzeźbią, fotografują, wiercą w jajku… bo jest to forma relaksu, odpoczynku intelektualnego. Ale także odkrywanie swoich zapomnianych czy jeszcze nie odkrytych pasji. Forma terapii. W procesie tworzenia odczuwa się nie tylko poczucie sprawstwa, ale dostrzega się siebie w procesie tworzenia. Istotny jest proces a nie produkt. Ważne są spotkania z ludźmi. Bo człowiek ma sens jedynie wśród ludzi. Relacje, powiązania, komunikacja, wspólne tworzenie to już wyraźna aluzja do konektywizmu.

Konektywizm to wiedza rozproszona, powstająca i krążąca w sieci nie tylko elektronicznej. Trafnie ujął to dawno temu Ludwik Fleck: w trakcie dialogu pojawiają się treści zupełnie nowe, które nie były w głowie ani jednego ani drugiego dyskutanta. Całość to więcej niż suma części. Ale by było to coś więcej, muszą być relacje i komunikacja, musi być dialog.

Wernisaż odbył się między Światowym Dniem Nauczyciela (5 października), a naszym krajowym Dniem Nauczyciela (14 października), w piątek trzynastego (nie jesteśmy przesądni choć interesujemy się etnografią). Jest więc symbolicznie osadzony w edukacji. I to nie dlatego, że malującymi są byli lub obecni nauczyciele akademiccy czy doktoranci. Uczymy się różnych technik malarskich czy zdobniczych. Czasem pierwszy raz w życiu, na emeryturze. Uczymy się sami, wspierając się radami, przez działanie i eksperymenty. Niektórzy dopiero w "złotej jesieni życia" rozpoczęli naukę na Wydziale Sztuki. Nic nie muszą, po prostu chcą.

Uczymy się całe życie, ustawicznie i w różnych formach. A uniwersytet jest dobrym miejscem, i na uczenie się, i na relacje z ludźmi. Na konektywizm: dialog między żywymi ludźmi, dialog za pośrednictwem książek oraz jako interdyscyplinarny dialog science z art.

Od czasu do czasu spotykamy się w Bibliotece Uniwersyteckiej, w przyjaznym miejscu, prezentując swoje prace. Biblioteka jako miejsce przyjazne do edukacji, dialogu i rozmyślań, odkrywana jest na nowo. Spotykamy się także na wyjazdowych plenerach. Na wspomnianej wystawie prezentuję butelki, które powstały w trakcie takich spotkań, na plenerze w Reszlu i w czasie Olsztyńskiej Wystawy Dalii. Ale jest jeszcze dachówka, pomalowana w czasie Tygodnia Bibliotek.

Na plenerowe malowanie na dachu Biblioteki Uniwersyteckiej dachówka przyjechała aż z Umbrii. Z Włoch, gdzie narodziła się idea wolnego życia i miasteczka cittaslow. W naszym województwie jest najwiecje - zaraz po Italii. 12 maja 2017 r. spotkaliśmy się by malować mole książkowe na starych dachówkach. Tak powstał pierwszy Warmińsko-Mazurski Molariusz

Spotkaliśmy się na dachu biblioteki, by w otoczeniu wiedzy niespiesznie rozmawiać, malować i popijać herbatę. Było też ciasto. Dyskutowaliśmy o literaturze, różnorodności biologicznej i … o ekologii moli książkowych. Albo milczeliśmy. Bo w trakcie takich edukacyjno-arterapeutycznych spotkań ciszy nie trzeba zabijać słowem.

W czasie Tygodnia Bibliotek pomalowaliśmy stare dachówki, tutejsze, ze starego, mazurskiego, siedliska (a w zasadzie dwóch). Jak już wspomniałem, jedna dachówka przybyła z Włoch. Z gminy Vafabbrica (Umbra). Przywieziona została przez panią prof. Małgorzatę Chomicz. Została znaleziona w miejscu starego klasztoru. Klasztoru już nie ma, zostało po nim trochę dachówek i figura na skale.

Stare i już zdawało by się nikomu nieporzebne dachówki mają wiele lat, dużo widziały, dużo pamiętają. Mogłyby opowiedzieć nie jedną historię. Ale w maju 2017 r. namalowaliśmy mole książkowe, tak jak sobie wyobrażaliśmy. I powstał Molariusz (niczym intelektualny bestiariusz), który eksponowany jest na specjalnym stelażu przed Biblioteką .

Unikatowy katalog moli z głębokim podtekstem entomologicznym czyli Molariusz Wamińsko-Mazurski powstał w maju 2017 r. w czasie XIV Ogólnopolskiego Tygodnia Bibliotek. Różnorodne wyobrażenia moli zostały farbami naniosione na starą, wypalona gline, zaś ich autorzy dzielili się między sobą opowieściami, fraszkami i piosenkami, które się z konkretnym wyobrażeniem mola kojarzyły. I tak wśród galerii moli książkowych znalazły się m.in.: Napójka Łąkowa (mól książkowy z Wójtowa, preferuje wolne lektury), Bagiennik z Jeziora Czarnego (mól książkowy preferujący literaturę hydrobiologiczną, czyta na ławkach w parku), Kortowski Mól (uniwersytecki robaczek szybujący po wiedzę), Smerfomól (złapany w sieć uzależnień od czytania literatury naukowej), Mól Pedagogiczny (śliczny i liryczny) i wiele innych. Także Zmierzchnica Trupa Główka (w dwóch różnych odsłonach).

Nie skończyło się tylko na wspólnym, bibliotecznym plenerze i dachówkowej wystawie. Nieco później powstała gra edukacyjna, terenowa, której debiut miał miejsce w czasie Europejskiej Nocy Naukowców. Gra narodziła sie z interdyscyplinarnego dialogu i współpracy. Taka konektywistyczna całość, która jest większa od sumy części. 

A teraz, dachówka ze zmierzchnicą trupią główka, niezwykłym motylem, zalatującym do nas z południowej Europy (z Włoch i Umbrii także), stoi na wystawie Grupy ART, razem z poplenerowymi butelkami i innymi pracami artystów nieprofesjonalnych. I próbuje coś opowiedzieć. Lecz czy można usłyszeć pisk ćmy? Czasem tak, zwłaszcza gdy jest to tajemnicza zmierzchnica trupia główka i wystawa w Bibliotece Uniwersyteckiej.

ps. na wspomnianej wystawia są w sumie trzy różne dachówki, jedna z Reszla, z zamkowego dachu, kolejna, karpiówka, gdzieś z popegerowskiego budynku na Warmii.

Czy może być większa połowa? Z dygresją o przemawianiu do krowy na miedzy.

sczachor

0005NV9PTP26O0VFC114Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć dwojako: krótko i łatwo ale fałszywie oraz bardziej zawile, obszerniej ale jednak bliżej prawdy.

Pierwsza odpowiedź jest prosta – nie ma większej połowy, bo obie są równe. Druga odpowiedź będzie dłuższa i zawiera przesłanie, że może być większa połowa. Ale są ludzie, którym nie mieści się to w głowie i pałają „świętym” oburzeniem na takie „herezje”. Nagminnie poprawiają, powołując się na definicje i logikę. Pamiętam to ze szkoły, a teraz jest tego sporo w Internecie.

Dodatkowo zmobilizowany przez mojego osobistego trolla-hejtera (w przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie blogera bez hejtera – więcej w dygresji 1), wyjaśnię dokładniej, jak krowie na miedzy (co robi krowa na miedzy – patrz dygresja 2) czy jest i dlaczego większa połowa.

Co tam w słownikach piszą? „Połowa: 1. «jedna z dwu równych części jakiejś całości», 2. «chwila, punkt, miejsce równo oddalone (w czasie lub przestrzeni) od obu krańców czegoś»” (Słownik PWN). Zatem jednoznacznie, połowy są równe i nie ma żadnych mniejszych czy większych. Ale w tym samym słowniku piszą, że jest lepsza lub gorsza połowa (w sensie współmałżonka i odniesieniu społecznym) – niby równe ale jednak czymś się różnią. I tu już jest pierwsza rysa na dogmacie o równych połowach. „Połówka – (…) jedna z dwóch równych części jakiegoś przedmiotu, połowa” (np. zjadł połówkę jabłka – do tego jabłka się jeszcze odniosę w dalszej części wypowiedzi) („Mały słownik języka polskiego”, PWN, Warszawa 1969, reprodukcja z 1989 roku).

I kolejna definicja słownikowa ”Połowa – jedna z dwu równych części jakiejś całości”. Tu mała dygresja, z tą równością to bywa tak, że wszyscy są równi ale niektórzy równiejsi. Ten niuans dostrzeżony został w dalszej części słownikowej definicji: „dopuszczalne: większa, mniejsza połowa (lepiej: więcej, mniej niż połowa, większa, mniejsza część). Dwie nierówne połowy.” (Słownik poprawnej polszczyzny”, PWN, Warszawa 1980). Skoro zatem nawet w słowniku uznano istnienie większej i mniejszej połowy, to coś jest na rzeczy i warto się tym zająć.

W matematyce połowy są równe. Z definicji. Więc nie ma większej i mniejszej. Prosty, jednoznaczny świat bez niuansów. Przynajmniej w prostej matematyce na poziomie szkoły podstawowej (ewentualnie średniej, ale tu już więcej złożoności). Dla wielu świat edukacji zamyka się na poziomie podstawowym, dlatego z wielką gorliwością pouczają „nie ma większej i mniejszej połowy!”. Można tu się przez chwilę zastanowić czy matematyka jest odkrywaniem świata czy wynajdywaniem (tworzeniem) zupełnie nowych bytów, które następnie czasem wykorzystujemy do opisu rzeczywistości. Niemniej języka matematyki, ze względu na jednoznaczny i „dokończony” charakter, używamy w wielu sferach życia z dużym sukcesem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy zapominamy, że świat w swej złożoności nie mieści się w jednej, prostej algebrze. Matematycy odkrywają (lub wymyślają) wiele różnych światów matematycznych i z nich także korzystamy, np. z teorii zbiorów rozmytych (tego w szkole nie ma, uczą tylko o zbiorach klasycznych – dany element należy do pewnego zbioru lub nie należy, bez żadnych niuansów, że np. tylko częściowo). Zatem to nie matematyka jest niedoskonała, to ludzie czasami w sposób nieumiejętny i ograniczony posługują się matematyką.

Przykład ograniczonego korzystania z dobrodziejstw matematyki i algorytmów. Kilka lat temu wypełniałem roczne zeznanie podatkowe, korzystając z programu komputerowego. Taki program to spore ułatwienie, sam liczy, uzupełnia, wskazuje na jakieś braki itd. No i nie ma pomyłek w sumowaniu. Człowiek (czyli ja) zawsze się może pomylić w dodawaniu, odejmowaniu, wyliczaniu procentów. A taki komputerowy program robi szybko i bezbłędnie. Ale tym razem trafiłem na pewien problem. Wpisałem dane z PIT-u, otrzymanego od wydawcy. W przypadku praw autorskich czy umowy o dzieło, połowę kwoty przychodu stanowią koszty a połowę dochód. Ale kwota, stanowiąca podstawę wyliczenia, zawierała wartość z nieparzystą liczbą groszy (liczba niepodzielna przez dwa). Zatem w PIT-cie w jednej połowie (50%) było o jeden grosz więcej niż w drugiej połowie (50%). Jakby nie patrzeć - jedna połowa była minimalnie większa. Jeden grosz nie stanowił żadnej, istotnej kwoty (przecież księgowa nie mogła podać kwoty w półgroszach, zaokrągliła). Ale w algorytmie nie ma niuansów. Komputery nie myślą. Przynajmniej te, z którymi się do tej pory spotykałem. Gdyby to był człowiek, to by nierówność obu połówek uznał i nie robił problemów. Ale komputer (program) nie chciał przyjąć, sygnalizował błąd i nie pozwalał zakończyć rozliczenia podatku. Ja bym z chęcią ten grosz dopłacił, ale dokumentów dla urzędu skarbowego fałszować nie można. Nawet na jeden grosz. Musiałem PIT wypełnić ręcznie (zrezygnować z komputerowego programu bo był ortodoksyjnie nieustępliwy). Winna matematyka? Nie, winny programista z ograniczoną wyobraźnią. Nie przewidział wszystkich możliwości, oraz tego, że są mniejsze i większe połowy gdy kwota ma być liczbą całkowitą (a nie ułamkiem), z dokładnością do jednego grosza.

Oczywiście, matematyka jako taka jest znacznie szersza. Można zapisać różne liczby, nawet urojone. Można zapisać ułamek 2/3, ale podanie tego samego w ułamku dziesiętnym, wymusza uproszczenie i przybliżenie, np. 0,67 lub 0,66667 lub z jeszcze większą liczbą cyfr po przecinku. Mądrość polega na adekwatnym stosowaniu narzędzi. Nawet tak doskonałych jak matematyka. (czytaj więcej: czym jest nauka).

Przykład z zeznania podatkowego (jak i zaznaczonych wyżej definicji słownikowych) pokazuje, że są jednak różne połowy. Ślady są widoczne w naszym języku: większa połowa, równa połowa, idealna połowa itd.

Oto przykład z internetu: „Pani w szkole poprawia nas jak mówimy "większa połowa". Moim zdaniem pani nie ma racji, choć jest magistrem polonistyki. Jak dzielę scyzorykiem jabłko na 2 połowy, (jedna dla młodszej siostry), to zawsze wychodzi mi większa i mniejsza połowa. Ważyliśmy te nierówne połowy na dokładnej niemieckiej wadze elektronicznej. Zawsze jedna połowa jest większa/cięższa. Tę większą połowę daję oczywiście mojej siostrze, bo jest młodsza. Co wy na to?” (źródło).

Przykład z jabłkiem jest bardzo dobry. Tak jak z połową chleba. Sprowadza się do poziomu dokładności. Mniej więcej obie połowy są równe, choć gołym okiem widać, że są różnice. Ale te różnice nie są ważne (nie są istotne). Bo jabłko nie jest idealną kulą, to i połowy nie będą idealne (a jak widać większą połową można obdarować młodszą siostrę, wyrażając przy okazji troskę i opiekuńczość). Różnica nie jest istotna dla sprawy podzielenia się jabłkiem czy chlebem. Ortodoksja, dotycząca idealnych połówek, w wielu aspektach życia codziennego, jest po prostu wyrazem… niewłaściwego stosowania narzędzi (języka, pojęć).

Podobnych przykładów dostarcza życie biologiczne. Bo w przytoczonym przykładzie z dziedziczeniem genów po rodzicach (O soli kuchennej, ludziach i niematematycznej biologii) wskazywałem, że jednak po matce dziedziczymy większą połowę (ze względu na mitochondrialne DNA). Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Dowcipnie dylemat większych i mniejszych połówek wyjaśniony jest na zamieszczonym wyżej rysunku. Są takie rzeczy na tym świecie, które się domorosłym „filozofom” nie śniły (a przynajmniej w rozumie nie mieszczą). Filozofom, co to uważają, że wszystko wiedzą i dlatego tak chętnie w brzydki, hejtowaty sposób, pouczają innych.

Dygresja 1. W przyrodzie nie ma organizmów bez pasożytów a w internecie nie ma blogera bez hejtera. Trolujący hejter świeci światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Nie ma własnego pomysłu, własnej twórczości, potrafi tylko komentować, a ze swej złośliwości czerpie poczucie (ułomne i niesycące) własnej wartości. Tak jak światełko odblaskowe – widoczne jest tylko wtedy, gdy odbija inne światło. Na dodatek odbija w sposób mniej lub bardziej zniekształcony. Samo z siebie jest ciemne i niewidoczne. A że hejter ma niskie poczucie własnej wartości (stąd złośliwie obsmarowuje innych by poczuć się ciut lepiej) lub zdaje sobie sprawę ze swych niegodnych, brzydkich czynności, to pozostaje anonimowy. Przecież pod podłymi rzeczami nikt publicznie nie podpisze się własnym imieniem i nazwiskiem.

W przyrodzie różnie sobie radzą organizmy z pasożytami. Iskają się, czyszczą, odrobaczają. Domowe sposoby na odrobaczanie w rzeczywistość wirtulanej, na pozbywanie się hejterów i internetowych trolli, też są. Mniej lub bardziej skuteczne, ale są.

Dygresja 2. Tłumaczyć jak krowie na miedzy. Słyszę to powiedzenie od wielu lat. Ale czy współczesny człowiek zrozumie, o co chodzi? Po co tłumaczyć krowie na miedzy i co to jest miedza oraz co robi krowa na miedzy? Bo żyjąc w mieście obrazków tych w pamięci nie mamy. A zatem miedza, to takie coś między jednym polem, a drugim (może nawet dzieli pole na dwie zazwyczaj nierówne, połowy). Niezaorana, więc i trawa tam rośnie oraz inne rośliny. Miedza to coś niewykorzystanego. Szkoda, żeby miało się zmarnować. I w dawnych czasach, gdy część mieszkańców wsi nie miała własnego pastwiska, swoje bydlęta (krowy, kozy), wypasało po rowach, miedzach i innych niczyich fragmentach. Albo i sam gospodarz wysyłał dziecko lub pastucha, by krowę wypasać na miedzy. A że z jednej i drugiej strony pole, to niepilnowana krowa mogłaby wejść w szkodę (znaczy zjeść to, co nie powinna), to pastuch przypilnować musi. Wiemy już więc co to jest miedza (bardzo ważna dla przyrody, bo i zające oraz inna bogata bioróżnorodność tam znajdowała schromienie w krajobrazie rolniczym) i co robi krowa na miedzy. A dlaczego jej coś tłumaczyć? Przy wypasaniu, kiedy krowa zieleninę skubie i powoli przeżuwa, pastuszek ma sporo czasu. Może siedzieć i przemyśliwać o życiu, fujarkę wystrugać lub koszyk z wikliny zrobić (tak zwykł czynić mój dziadek). I nie ma z kim pogadać. Chyba że z krową. Więc można cierpliwie, dokładnie krowie się zwierzyć, opowiadać i do różnych rzeczy przekonywać. Na przykład dlaczego nie powinna wchodzić w szkodę w zboże, buraki czy grykę. Ale czy krowa, z tego do niej przemawiania, coś zrozumie? Nawet jak przyjaźnie patrzy swoimi dużymi, cielęcymi oczami? Nie jest ważne, samo mówienie mówiącemu służy, pozwala poukładać myśli, przemyśleć kwestie, dopracować szczegóły.

Teraz to pewnie byśmy powiedzieli: tłumaczyć jak przygodnemu hejterowi na fejsbuku (znaczy do komputerowego ekranu). Skutek podobny tylko pięknych oczu bydlęcia nie widać… Ani nie czuć zapachu ziół czy nie słychać śpiewu skowronka. Chyba jednak lepiej do krowy na miedzy przemawiać.

Otrupek włochaty - brzmi groźnie, makabrycznie i tajemniczo

sczachor

Byrrhus_pilula_Linn_1758Nazwa często oddaje charakter zwierzęcia, grzyba czy rośliny. Otrupek kojarzy się z trupem, zwłokami. Jakaś tajemnicza zbrodnia majaczy we mgle. A do tego włochaty. Coś nieprzyjemnego. Ale zarazem intrygującego. Zatem zapraszam do lektury demaskującej tytułowego otrupka.

Trafiłem na niego przypadkiem, gdy zamieściłem zdjęcie chrząszcza przecudnej urody z imponującymi czułkami. Pierwsze moje skojarzenie nasunęło mi na myśl sprężyka. Ale znajomy specjalista od chrząszczy szybko mnie z błędu wyprowadził. „To nie jest sprężyk. Nie ma nic wspólnego z tą rodziną, bo rodzina Callirhipidae należy do Byrrhoidea, czyli jest bliżej spokrewniony z otrupkami i (Byrrhidae) niż ze sprężykami, które są w oddzielnej nadrodzinie Elateroidea.”

Otrupkowate? Czy to jakieś chrząszcze związane z padliną? Można je spotkać na martwych zwierzętach? Owadów, pojawiających się na zwłokach, jest wiele. Są wykorzystywane w kryminalistyce do określania potencjalnego czasu śmierci znalezionych zwłok.

Owszem, otrupkowate mają coś wspólnego z trupami, ale nie to, co myślałem. Same udają „trupka”. Jedno jest pewne, otrupkowate to chrząszcze bardzo tajemnicze bo słabo poznane, zwłaszcza ich tryb życia. Są uważane za grupę ewolucyjnie starą. Przypuszcza się, że otrupkowate odżywiają się mchem, porostami, glonami, niektórzy autorzy piszą, że odżywiają się także obumarłymi korzeniami traw lub innym materiałem roślinnym (w zasadzie detrytusem, martwymi częściami roślin). Czyli coś tam z szeroko rozumianymi „umarlakami” mają wspólnego. Larwy żyją w ziemi odżywiając się korzeniami różnych roślin.

Zasiedlają współcześnie strefę klimatu umiarkowanego. Niektóry specjaliści twierdzą, że są chłodnolubne. Występują w Europie i w Polsce, zarówno w obszarach górskich jak i nizinnych, w miejscach porośniętych mchem, na bagnach czy na wilgotnych skałach. Do otrupkowatych należą chrząszcze stosunkowo małe (do 13 mm), twarde, krępe i wyraźnie wypukłe. Charakterystyczną ich cechą są głębokie bruzdy na spodzie ciała, do których chrząszcze chowają odnóża i czułki – nie widać ani odnóży ani czułków, dlatego przypominają grudkę ziemi lub jakieś nasiono. Tak udając trupa, stają się trudno widoczne i trudne do uchwycenia. Niczym pancernik zwinięty w kulkę. I najpewniej ta cecha była powodem porównania ich do trupa – stąd nazwa otrupkowate. Są to mało ruchliwe chrząszcze, niektóre gatunki nie są zdolne do lotu (zrośnięte pokrywy skrzydłowe).

W Polsce występują 23 gatunki, z których jeden (Carpathobyrrhulus tatricus) umieszczony jest na Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce. Polskie nazwy tych chrząszczy są urocze: otrupek, bedryk, ssacz, gabinetowiec, otrupek pigulnik, brunatek, dziewannik.

Otrupek włochaty (Byrrhus pilula) to najczęściej występujący przedstawiciel omawianej rodziny. Jego wymiary wahają się w granicach 7-11 mm. Jest gatunkiem pospolitym, spotkać go można na terenach nizinnych, w mchach lub na miejscach piaszczystych, na leśnych i polnych ścieżkach. W chwili zagrożenia chowa odnóża i czułki w specjalnych bruzdach i udaje martwego.

Morał z tej koleopterologicznej opowiastki jest taki, by nie sądzić o charakterze po samej nazwie. Bowiem nasze skojarzenia wynikają z naszego doświadczenia. Autor nazwy mógł mieć zupełnie inne skojarzenia i nazewniczą inspirację.

Fotografia: Udo Schmidt - Flickr: Byrrhus pilula (Linné, 1758), CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=21357522

Źródła:

  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, Warszawa, 2004.
  • Kozłowski M. W., Owady Polski – chrząszcze, Multico, Warszawa, 2009.
  • Majewski E., Słownik nazwiks zoologicznych i botanicznych polskich, Warszawa, 1894.
  • Winkler J.R, Severa F., Mały atlas chrząszczy. PWRiL, Warszawa,1977.
  • Zahradnik J., Przewodnik: Owady. Multico, Warszawa, 2000.

Niezwykłości przyrody regionu - torfowiska, bagna, moczary

sczachor

13691130_10208855876747578_4333880212345896905_o10 minut wykładu o przyrodzie, w kościele, tuż przed koncertem muzyki kameralnej. Okoliczności i forma daleko odbiegające od codzienności akademickiej. Znakomita okazja by się uczyć, zdobyć doświadczenie a potem przygotować do krótkich wystąpień swoich studentów. W takich warunkach wszystkie błędy codzienności dydaktyki akademickiej ujawniają się bardzo jaskrawo. Zamieszczenie na slajdach napisów, zwłaszcza zawierających dużą ilość tekstu i mała czcionką... to recepta na porażkę. Na dodatek nie zawsze jest możliwość wyświetlenia prezentacji na rzutniku multimedialnym. Trzeba się dostosować do sytuacji, warunków i odbiorców. 

Torfowiska, bagna moczary to miejsca niezbyt często odwiedzane przez turystów, spacerowiczów czy poszukiwaczy runa leśnego. Można się w błocie utytłać, dna nie widać, strach chodzić, gdy się pod nogami "ziemia" ugina. Można nawet utonąć (nie polecam niedoświadczonym osobom wybieranie się w pojedynkę na torfowisko). Na dodatek owady krwiopijne uprzykrzają życie. Miejsce dla koneserów przyrody i niszowych turystów. Podobnie jest z klasyczną muzyką kameralną. Nie jest dostępna na co dzień. A grana w zabytkowych wnętrzach zyskuje na wartości. Coś wyjątkowego.

Torfowiska zachowały dawną przyrodę. Jak w kapsule czasu. Spotkać tu można wiele reliktowych gatunków roślin i zwierząt. Bagna, moczary, torfowiska kiedyś były liczniejsze. Ale człowiek osuszał je i przekształcał. W rezultacie ten tym siedliska stał się coraz bardziej zagrożony. Dla koneserów kameralnego kontaktu z przyrodą torfowiska i najprzeróżniejsze moczary to okazja do zobaczenia rzadkich i zagrożonych gatunków. Ale te obszary wodnobłotne mają także znaczenie globalne. W czasach globalnego ocieplenia jednym z zagrożeń jest podnoszenie się poziomu mórz i oceanów (spowoduje zalanie najbardziej ludnych terenów na kilku kontynentach). Zatrzymywanie wody na lądach to jednocześnie zmniejszanie wielkości podnoszenia się poziomu wód oceanicznych. Torfowiska mogą "magazynować" wodę, zarówno w skali globalnej jak i lokalnej (mała retencja wody). Mają też jeszcze jedną ważna cechę - gromadzą węgiel (nie powraca do atmosfery) a więc korzystnie oddziałują na eliminację dwutlenku węgla (gaz cieplarniany). 

Przyroda inspiruje nie tylko artystów plastyków, pisarzy ale i muzyków. Szkoda, że tak mało mamy okazji do kameralnego, bezpośredniego kontaktu z przyrodą. I klasyczną muzyką kameralną w wykonaniu profesjonalistów. 

We Wrzesinie opowiadałem także o gatunkach roślin i zwierząt, charakterystycznych dla torfowisk. Dyskusja, już po spotkaniu, trochę mnie zaskoczyła. Nie przypuszczałem, że rosiczka może być tak nieznaną i niezwykłą roślina dla przeciętnego zjadacza chleba. Wydawała mi się tak oczywista i powszechnie znana, łącznie z jej owadożernością. Warto poznawać słuchaczy. Wtedy edukacja pozaformalna będzie bardziej skuteczna.

 

Więcej o koncertach letnich, w ramach których odbył się wykład we Wrzesinie oraz zdjęcia z koncertu.

 

CITES, lektury i „Tomek w krainie kangurów”

sczachor

tomek_w_krainie_kangrwEdukacja i kultura są bardziej złożone niż nam mogłoby się wydawać. Uświadomiłem sobie te prawdę po raz kolejny w czasie konferencji „CITES 40 lat na świecie, 25 lat w Polsce” (czytaj więcej o tej konferencji). CITES, zwana także Konwencją Waszyngtońską, to porozumienie o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem, podpisane w Waszyngtonie w 1973 roku. Celem Konwencji jest ochrona dziko występujących populacji zwierząt i roślin gatunków zagrożonych wyginięciem poprzez kontrolę i ograniczanie międzynarodowego handlu tymi zwierzętami i roślinami, ich częściami i produktami pochodnymi. Polska ratyfikowała przystąpienie do Konwencji w 1989 roku. Skuteczne realizowanie konwencji wymaga współpracy wielu różnych środowisk i służb: celników, policji, naukowców, organizacji pozarządowych, administracji państwowej itd.

W czasie konferencji w Warszawie miałem okazję zapoznać się z różnymi problemami i sposobami przemytu dzikich zwierząt czy roślin (niektóre pokazywane zdjęcia przerażały). Ogromny wysiłek pracy celników, policjantów, naukowców i społeczników. A nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie zapotrzebowanie konsumentów, czyli nas, społeczeństwo. Tu potrzebna jest edukacja i zmiana sposobu patrzenia na przyrodę oraz na skutki naszego działania. Bo chcemy mieć unikalne rośliny lub egzotyczne zwierzęta, bo lubujemy się w nietypowych pamiątkach turystycznych. A czy myślimy o kosztach przyrodniczych i skutkach?

Gdzieś w głębi drzemie w nas archaiczny model przygody z polowaniami czy traktowaniem dzikich zwierząt jako trofeum. Pozostałości dawnej cywilizacji łowców-zbieraczy i myśliwych. Świat się jednak od tego czasu diametralnie zmienił. Potrzebne są nowe mody i nowe wzorce obcowania z przyrodą oraz tworzenia… azyli dla zwierząt oraz indywidulanych adopcji. Bo gatunków obcy nie można wypuszczać do naszego środowiska. Alternatywą dla eutanazji zwierząt… jest więc adopcja. Wszystkich tych uratowanych zwierząt i roślin nie są wstanie przyjąć ogrody zoologiczne i botaniczne.

W zapowiedziach nowego rządu pojawiły się sformułowania o lekturach szkolnych i kanonie lektur. Niby oczywiste i proste. Ale to tylko pozornie. Co mają wspólnego lektury szkolne z konwencja CITES i ochroną dzikich zwierząt? Gdzie potrzeba patriotyzmu i lektur a ochrona bioróżnorodności i praca celników czy policjantów? Cierpliwości. Niżej wyjaśnię.

Z dzieciństwa i nastoletniości pamiętam serię książek Alfreda Szklarskiego z przygodami Tomka Wilamowskiego („Tomek w krainie kangurów” itd.). Za mojej młodości była to lektura szkolna. Wtedy przeczytałem jedną czy dwie książki, ale bez większego entuzjazmu. Gdy mój syn był mały, kupiliśmy mu całą serię tych książek, motywowani dawnym sentymentem i wspomnieniem dawnej młodości (czy pamięcią o lekturach). I kilka miesięcy temu, gdy syn już podrósł i opuścił gniazdo rodzinne, sięgnąłem do książek Alfreda Szklarskiego i przeczytałem całą serię. Od deski do deski, jedną książkę po drugiej. Przeczytałem z dużą przyjemnością. Było tam sporo patriotyzmu, popularyzacji wiedzy geograficznej i historii. Nic tylko polecać książki ponownie jako lekturę szkolną? Kontekst współczesności zmienia jednak wiele.

Kolega, który ma młodsze dzieci i chciał obecnie im czytać przyrodnicze książki z Tomkiem w tle, zwrócił mi uwagę, że dla współczesnej młodzieży te książki się nie nadają. Po zastanowieniu (i przeczytaniu) przyznałem mu rację. Dlaczego? Bo jest tam archaiczny, XIX-wieczny sposób patrzenia na przyrodę (oraz społeczeństwo): przygoda i poznawanie poprzez polowanie i zabijanie. Przecież kiedyś nawet badania ornitologiczne polegały na strzelaniu do ptaków i ich odławianiu. Od wielu lat jednak ornitolodzy chodzą z lornetkami i obrączkują ptaki. Nawet we współczesnej entomologii stosuje się w coraz większym stopniu badania przyżyciowe, czego przykładem są motyle i ważki. Tak samo wartościowe badania jednak bez zbędnej eksploatacji przyrody. Przyroda jest bardziej zagrożona, dawniej pospolite gatunki obecnie stały się rzadkie lub bliskie wymarcia. A i nasza wrażliwość etyczna względem przyrody znacząco się zmieniła.

Córka kolegi jako pierwsza zaprotestowała i się oburzyła w czasie wspólnej, rodzinnej lektury „Tomków”. Ten obraz świata nie przystaje już do rzeczywistości. Tomek podróżuje po świecie by odławiać zwierzęta do ogrodów zoologicznych. Takiego świata również już nie ma a funkcje ogrodów znacząco się zmieniły. Teraz zwierzęta trafiają z ewidencjonowanych hodowli. Nikt już nie urządza wypraw, celem odłowów dla ogrodów zoologicznych dzikich zwierząt. Gdzieś tam jeszcze w książkach Szklarskiego pobrzmiewa archaiczny rasizm kolonialny. Ale autor urodził się w 1912 roku! I to, co kiedyś było codziennością dzisiaj jest już historią. Książki – jako lektury – wymagałyby starannego komentowania przez nauczycieli. Czy więc nadają się jako współczesne lektury szkolne? Mimo wielu zalet, w wieku XXI i wobec współczesnych problemów już się nie nadają. A przecież w naszej pamięci, pamięci starszego pokolenia, mogą się wydawać jako wspaniałe, patriotyczne, popularyzatorskie i edukacyjne. Alfred Szklarski był zacnym człowiekiem o niewątpliwych zasługach dla Polski, popularyzacji dokonań Polaków w świecie. I nie napisał niczego niestosownego. Tyle, że czasy się zmieniły, w zakresie jednego komponentu..

A pamiętacie elementarz do pierwszej klasy Falskiego? Mam reprint w domu. Przeglądam z wielkim sentymentem. Książka znakomita dydaktycznie. Ale również współcześnie nieprzydatna. Ilustracje dotyczą świata, którego już nie ma. Niektóre słowa także są archaizmami. Znakomity materiał etnograficzny… ale nie podręcznik szkolny.

Ale wróćmy do CITES. Aby celnicy i policjanci mieli mniej pracy z udaremnianiem przemytu roślin i zwierząt ginących i zagrożonych wygięciem, inaczej musimy edukować młodzież (i siebie samych). Inaczej niż 100 czy 50 lat temu. Bo bioróżnorodność zagrożona jest nie tylko przez Azjatów, kupującym rogi nosorożca jako afrodyzjaki. My również w domach chcemy mieć egzotyczne rośliny i zwierzęta. A jak się znudzą, to wypuszczamy do okolicznego lasu czy jeziora. Chcemy mieć kontakt z przyrodą – i to nie jest nic złego. Ale musimy popularyzować adekwatne do współczesnej rzeczywistości modele obcowania z przyrodą.

A co do lektur szkolnych, to potrzeba więcej zaufania do nauczycieli. Zza rządowego biurka niewiele widać realnego świata (częściej wyobrażenia i miniona przeszłości). W codziennej praktyce i indywidualnych sytuacjach nauczyciele sami dostosują lektury do potrzeb i odpowiednio ukierunkują uwagę. Komentując i wyjaśniając kontekst. Na przykład moja żona już od dawna obserwuje, że nawet w najmłodszych klasach dzieci wolą „starsze” lektury (o klasę lub dwie wyżej). Po prosty szybciej intelektualnie dojrzewają. Dawny kanon lektur jest nieco mniej przystający do rzeczywistości. Ale wystarczy zostawić swobodę działania nauczycielom.

Problemy współczesnego świata, takie jak wymieranie gatunków roślin i zwierząt w wyniku nieodpowiedniej eksploatacji a także przeciwdziałania prawne i działania policji czy celników, mają swoje przyczyny także i w kulturze. Mądrze wpływając edukacyjnie na kulturę naprawiać możemy świat wokół nas. Albo prowadzić niespójne i chaotyczne działania.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci