Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

nauka

Muzeum Nauki cz. 3. Wystawa śladami myśli

sczachor

„Śladami myśli – pamiątki po konferencjach naukowych, obronach prac doktorskich, inauguracjach akademickich” to tytuł małej wystawy, zorganizowanej w 2007 roku w czasie wrześniowych Dni Nauki na UWM w Olsztynie, Składała się z kilku gablot z eksponatami i opisów, umieszczonych na tablicach. Była bardzo „analogowa”. Część z tych opisów warto więc przypomnieć, już w wersji internetowej. Niech dalej inspirują.

Śladami myśli – to próba zebrania różnych drobiazgów towarzyszących codziennej pracy naukowej, próba zilustrowania nieuchwytnego procesu przelewania myśli na papier, a obecnie coraz częściej na dysk komputerowy (i w internetowej chmurze). Codziennej pracy twórczej naukowca towarzyszy biurko, dyskusje naukowe oraz aparatura w laboratorium. Zebrane drobiazgi odnoszą się właśnie do biurka, konferencji naukowych oraz przyrządów badawczych.

Gadżety konferencyjne są nieodłącznym elementem procesu naukowego, dyskusji, inspiracji, wymiany najnowszych osiągnięć. Zazwyczaj niewiele zachowuje się pamiątek po udziale olsztyńskich naukowców w różnorodnych konferencjach i spotkaniach naukowych. Warto zebrać różnorodne gadżety (tak apelowałem w 2007 r.): długopisy, notatniki, teczki, torby, smycze, podkładki, foldery, zaproszenia, znaczki, identyfikatory. Będzie to także mapa uczestnictwa olsztyńskiego środowiska w nauce polskiej, europejskiej, światowej.

Prezentowane zbiory w 2007 roku były skromne, bo to tylko przykład i zachęta, aby ocalić od zapomnienia drobiazgi, które towarzyszyły naukowcom w ich pracy badawczej. To pomysł, aby w rzeczach pozornie bezwartościowych dostrzec ślady myśli naukowych, ślady procesu twórczego. W końcu to tylko zalążek większej wystawy, która miałem wtedy nadzieję niebawem powstanie. Po 10 latach może wreszcie powstanie... W tych drobiazgach i gadżetach kryje się mniej znany obraz nauki i naukowców, niejako trochę intymny, codzienny. Na ogół naukę oglądamy z perspektywy jej efektów finalnych, gotowych produktów: myśli uporządkowanych w wydrukowane rozprawy naukowe, książki i podręczniki, gotowe wynalazki i produkty technologiczne. Mniej zainteresowania wzbudza proces dochodzenia do odkryć, inspiracje i nagłe olśnienia.

Naukowcy dobrze sformalizowali i opisali „kontekst uzasadnienia”. Wciąż jednak tajemniczy i nieuchwytny pozostaje „kontekst odkrycia”. Wiemy jak należy udowadniać tezy naukowe, jak przeprowadzać eksperymenty i sprawdzać skuteczność wynalazków. Do końca jednak nie wiemy jak rodzi się odkrycie naukowe. Zebrane drobiazgi (z biurka, konferencji i stołu laboratoryjnego), zmieniają się w ciągu lat. Gęsie pióro, stalówkę z obsadką i kałamarz z atramentem zastąpiły długopisy, pióra wieczne oraz maszyna do pisania. Te z kolei zastąpione zostały komputerami, drukarkami i kserokopiarkami, palmtopami, dyktafonami, aparatami cyfrowymi. Zmieniają się gadżety ale tajemniczy proces myślowy pozostaje w zasadzie taki sam. Celem wystawy było pokazanie drobiazgów, przedmiotów towarzyszących procesowi twórczego myślenia. Od papieru i długopisu, kawy pitej w zaciszu gabinetu, poprzez różnorodne spotkania naukowe w czasie seminariów, konferencji, obron prac doktorskich, aż do spisywania dopracowanych myśli w formie publikacji. Od prostych przyrządów badawczych, do baz danych z literaturą oraz kartami obserwacji terenowych.

Postęp technologiczny jest tak szybki, że rośnie potrzeba przygotowania takiej wystawy. Coraz więcej sprzętów z codzienności akademickiej ląduje na strychu lub piwnicy. Dobrze, jeśli trafiają do muzeum. Bo wtedy zgromadzoną kolekcję łatwiej ocalić od zapomnienia.

Biurko

Biurko jest najprawdopodobniej „strefą pierwszego kontaktu” rodzących się w głowie naukowca myśli z widocznymi wytworami. U jednych biurko jest uporządkowane, z równo ułożonymi drobiazgami, u innych naukowców panuje pozorny bałagan ze stertami papierów, książek i czasopism. Na biurko naukowca zauważyć można nie tylko czasopisma naukowe i przyrządy do pisania, ale także filiżankę z herbata czy kawą – nieodłącznych towarzyszy rozmyślań. Są też rzeczy z pozoru zupełnie niepotrzebne: różnego rodzaju „przypominajki”: zegary, przyciski, pamiątki, kalendarze, zdjęcia. Tylko pozornie nie mają one nic wspólnego z powstawaniem „naukowych” myśli.

Pióro czy ołówek oraz kartka papieru tak samo pomocne były w tworzeniu jak nowoczesne aparaty cyfrowe, maszyny do pisania, komputery. Wraz z postępem technologicznym wiele drobiazgów towarzyszących naukowej twórczości odeszło w zapomnienie. Stalówkę i obsadkę najpierw zastąpiły długopisy. Potem pojawiły się maszyny do pisania, w końcu komputery i drukarki atramentowe i laserowe. Atrament w kałamarzu został zastąpiony atramentem w „kartridżu”. Kiedyś naukowcy dysponowali tylko kalką maszynowa i ołówkową. Teraz są kserokopiarki, skanery i zdjęcia cyfrowe.

 c.d.n.

Muzeum nauki, cz. 1. (śladami myśli spisanych i nie spisanych)

sczachor

16999231_10210912310317132_3355366969779760587_nPomysł na Muzeum Nauki w Olsztynie narodził się 10 lat temu w trakcie przygotowywania V Olsztyńskich Dni Nauki (2007 rok). To był mój drugi raz, gdy powierzono mi koordynację tego pikniku naukowego. Po dziesięciu latach warto powrócić do tematu, umownie nazwanego Muzeum Nauki. Bo i Olsztyńskie Dni Nauki nie tylko wpisały się na trwałe w krajobraz kulturalny Olsztyna ale i się rozrosły. Podobnych pikników naukowych jest już więcej, że wspomnę tylko o Nocy Biologów czy Humanistycznych Czwartkach. Powstało Muzeum Nowoczesności w Tartaku Raphalsonów, odbywają się różnorodne pikniki naukowe w przestrzeni publicznej (np. w olsztyńskim Parku Centralnym).

Pikniki naukowe i otwarta edukacja pozaformalna na trwałe weszły do życia Olsztyna i regionu. Zostały zaakceptowane i docenione. A przecież 10 lat temu nie było to takie oczywiste i czasem spotykało się z kpiną tu i ówdzie, np. w odniesieniu do wystawy „Śladami myśli – pamiątki po konferencjach naukowych, obronach prac doktorskich, inauguracjach akademickich”. Bo jak to można pokazywać naukę za pomocą kubków i długopisów? Wtedy i teraz twierdzę, że można. Potrzeba tylko wyobraźni.

Pozwolę sobie przypomnieć jak wtedy argumentowałem i przekonywałem do tej wystawy. Jej celem było pokazanie procesów naukowego myślenia, poprzez zebranie różnorodnych drobiazgów, towarzyszących naukowcom w trakcie różnorodnych dyskusji, konferencji oraz samotnej pracy w zaciszu gabinetu. Wystawa była skromna, kilka gablot z różnymi gadżetami i starym sprzętem badawczym.

Ważnym elementem tamtej wystawy było tworzenie opowieści o tym, dlaczego naukowcy wyjeżdżają na konferencje, czasami bardzo daleko. Czy nie mogliby siedzieć na miejscu? A nie mają książek w bibliotece? Dlaczego, jak i po co naukowcy z różnych ośrodków kontaktują się ze sobą? Tego nie trzeba tłumaczyć naukowcowi. Ale to warto tłumaczyć przeciętnemu zjadaczowi chleba, tym bardziej, że to z jego podatków finansowane są badania jak i udział w konferencjach. To było nowatorskie, jak na Olsztyn, spojrzenie na pokazywanie nauki. Drugi elementem była szeroka współpraca z mediami a trzecim otwarcie się na instytucje pozauczelniane.

17098163_10210912310357133_1014852254942601860_nWróćmy jednak jeszcze do wystawy promującej Muzeum Nauki (był rok 2007, zdjęcia dokumentują te wystawę). Żmudne i czasochłonne badania w końcu przekładają się na udogodnienia w życiu codziennym. We współczesnym świecie nauka jest już świadomie wspierana jako zyskowny element rozwoju gospodarczego. Żyjemy w społeczeństwie, którego gospodarka oparta jest na szeroko rozumianej wiedzy. Instytucje naukowe świadomie i celowo inwestują w promocję swojej „marki”. Dlatego coraz więcej jest przygotowywanych różnorodnych gadżetów z logo uniwersytetu czy instytutu badawczego. To swoisty znak formowy potwierdzający jakość oraz ułatwiający zapamiętanie „ważnego adresu”. To właśnie te kubki i długopisy były obiektem anonimowych docinek. Myślę, że po dekadzie pisania i wdrażania otwartej popularyzacji nauki takie podejście do przybliżania nauki i naukowców, nie budzi już większego zdziwienia. W ostatnich latach były nawet realizowane specjalne granty, celem których było nauczenie naukowców popularyzowania wiedzy naukowej oraz współpracy z mediami. Owe długopisy i konferencyjne kubki mają być jedynie pretekstem do opowieści o tym, jak rodzą się odkrycia i jaki jest sens komunikacji w nauce. Badania naukowe bez dyskusji w różnorodnej formie nie mogłyby się rozwijać.

Sama nazwa „Muzeum Nauki” mogła w 2007 roku wzbudzać zdziwienie. Muzeum kojarzy się nam z muzeum techniki, muzeum historycznym, archeologicznym, etnograficznym. Ale jak można pokazać naukę? Czyli co? Wtedy pisałem, że można pokazać naukowców w ich pracy, w ich tajemniczym procesie odkrywania, pokazać wytwory ich pracy, zarówno te pomagające odkrywać, jak i produkty finalnej, jakie znamy z życia codziennego. Tamta wystawa składała się z kilku gablot i kilku tablic z informacjami-opisami. Teraz opowiadam o nauce z dużo większym wykorzystaniem internetu. Przekaz dociera do szerszego odbiorcy. Wszyscy uczymy się popularyzacji nauki i edukacji pozaformalnej. Z perspektyw dekady widać jakościowy i ilościowy progres. Może czas na kolejny, smiały krok?

17098558_10210912310277131_1406166418614436803_nNauka i naukowcy cieszą się dużym autorytetem w polskim społeczeństwie. Wielu przeciętnych zjadaczy chleba chciałoby „podpatrzeć” naukowców w ich pracy, chociaż przez chwilę być współuczestnikiem odkryć, poszukiwań, chociaż przez chwilę poczuć klimat „badań i odkrywania”. Być może dlatego, że każdy z nas choć w maleńkiej części czuje się odkrywcą, poszukiwaczem i eksperymentatorem. Dowiodła tego duża frekwencja na kolejnych Olsztyńskich Dniach Nauki  czy Nocy Biologów, a teraz ogromne zainteresowanie Warmińsko-Mazurskim Uniwersytetem Młodego Odkrywcy.

Śladów badań naukowych w Olsztynie było i jest wiele. Trzeba je tylko pokazać. Jezioro Długie czy Kortowskie naukowcom i turystom „pachnie” inaczej. Dla turysty to zbiornik wodny, w którym można ewentualnie się wykąpać, popływać kajakiem pospacerować nad brzegiem. Dla hydrobiologa to przykłady wieloletnich poszukiwań i eksperymentowania z rekultywacją jeziora. Wiele z tych prób to nieudane poszukiwania, inne uwieńczone sukcesem. Jezioro Długie to wieloletnie próby zrozumienia jak działa i funkcjonuje ekosystem jeziorny i próby różnorodnych działań, wynalazków, przydatnych w rekultywacji. Można wspomnieć tylko o rurze Olszewskiego, natlenianiu hipolimnionu czy chemicznym wiązaniu biogenów. O tych różnych wynalazkach i eksperymentach naukowcy swoim specyficznym językiem piszą w różnorodnych publikacjach naukowych, mówią w referatach na różnorodnych krajowych i międzynarodowych konferencjach. Przeciętny spacerowicz nawet nie zdaje sobie sprawy, że chodzi po „laboratorium”, wielokrotnie opisywanym w czasopismach naukowych. Wystarczy tylko mu o tym opowiedzieć w przystępny i zrozumiały sposób, a w tafli jeziora „zobaczy” więcej. Poczuje, że jest w „magicznym” miejscu, poczuje się współuczestnikiem Wielkiego Odkrywania.

To samo można powiedzieć o zwykłych konferencyjnych gadżetach. Nie są one przecież celem wyjazdów na konferencje naukowe. Są one tylko śladem. Tak jak odcisk stopy na piasku jest tylko śladem po obecności jakiejś osoby na plaży, a nie samą osobą. Któż to był i co on robił nad jeziorem? Spacerował, prowadził badania, malował, układał wiersz, rozmyślał nad biznesplanem jakiegoś przedsięwzięcia? Czy można to wszystko wyczytać ze śladu na piasku? Potrzeba tylko sprytnego Indianina-tropiciela, które te ślady dostrzeże i właściwie zinterpretuje. I ciekawie opowie. 

Co i ile można wyczytać z okolicznościowego długopisu, programu czy zaproszenia? Potrzebna jest wypowiedź uczestników, „świadków”. Samo zebranie gadżetów to tylko pierwszy krok. Ogromnie przydatne są wspomnienia (spisane lub opowiedziane), które mogą ocalić od zapomnienia osoby i myśli, które mniej lub bardziej zmieniły naszą rzeczywistość.Zbierajmy przedmioty i spisujmy. A katalizatorem do wspomnień mogą być przecież te niepozorne drobiazgi.

W 2007 roku pisałem, że ze swojej blisko dwudziestoletniej kariery naukowej i licznych wyjazdów zachowałem… zaledwie dwa długopisy. Wtedy żałowałem, że te gadżety były dla mnie bezwartościowe. Przed dziesięciu laty apelowałem o odgrzebanie takich drobiazgów. Sam w ostatnich latach trochę starych sprzętów naukowych czy drobnych rzeczy przekazałem do Muzeum Warmii i Mazur jak i do Archiwum i Muzeum UWM. Być może Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki 2017 będą okazją do przygotowania kolejnej wystawy, już znacznie bogatszej i ze znacznie dojrzalsza opowieścią o „śladach myśli”. I myślę, że taka wystawa może być pokazana nie tylko w Bibliotece Uniwersyteckiej ale i na przykład w Muzeum Nowoczesności. Z czasem może doczekamy się i stałego miejsca, dużego i profesjonalnego, do pokazywania historii nauki i opowiadania o tym, jak powstaje myśl ludzka.

c.d.n

A tymczasem jeszcze filmik, całkiem współczesny, mający zilustrować jak można takie opowieści tworzyć. 

Świat cyborgów tuż za progiem?

sczachor

cyborgifbW młodości zaczytywałem się literaturą fantastyczno-naukową, o robotach, sztucznej inteligencji i przejmowaniu władzy nad ludźmi przez maszyny. To była fantazja…. Ale odnoszę wrażenie, że fantazja staje się codziennością. Wszystko przez postęp technologiczny i nieustanny rozwój nauki?

Kilka dni temu skusiło mnie, by wziąć udział w psychozabawie, zaoferowanej przez Facebooka. "Kliknij a przekażemy Ci wiadomość o Tobie". Takich automatycznych testów psychologicznych jest wiele. Gadać z maszynami (programami)? Raczej nie klikam, ale tym razem mnie podkusiło by sprawdzić. Po kilku sekundach przyszła obrazkowa odpowiedź (załączona wyżej) – nie jest jakaś odkrywcza, raczej w kategorii „Cyganka prawdę Ci powie”. Czy to program komputerowy mnie poznał i potrafi coś powiedzieć o moim charakterze? Oczywiście, że nie. Za programem kryje się człowiek, który ułożył program.

W młodości też wypełniałem gazetowe testy, by o sobie się czegoś dowiedzieć. Trwały dłużej, bo trzeba było odpowiedzieć na kilkanaście pytań, zaznaczyć, a potem zliczyć punkty i odczytać odpowiedź. Teraz program robi to automatycznie… analizując aktywność na Facebooku. W zasadzie nie wiem co i jak zostało przeanalizowane. Dałem dostęp zewnętrznemu programowi do swojej aktywności. W USA rozważany jest pomysł, aby przy wydawaniu wizy starający się podał login i hasło do swojego konta na Facebooku – aby służby sprawdziły i przeszukały aktywność pod kątem walki z terroryzmem.

Jak na razie to nie maszyny nas prześwietlają a programy ułożone przez człowieka. To takie „nauczanie programowane” – trzeba wcześniej stworzyć algorytm. A że komputery mogą policzyć szybciej i więcej, to i możliwości analizy są bez porównania większe niż kiedyś. I znacząco tańsze. Nie zmienił się tylko człowiek i jego ciekawość oraz chęć manipulowania innymi.

Najwięcej zależy od człowieka i teorii, na bazie której budowane są takie analizy. Czy komputery nas szpiegują? Więc powinniśmy polikwidować wszystkie nasze ślady w internecie i elektronice? A co z monitoringiem przemysłowym na ulicy i w budynkach? W zasadzie to nic nowego, w czasach analogowych, nawet przed dziesiątkami tysięcy lat, obserwując człowieka wyrabialiśmy sobie opinię na temat innego człowieka (trafnie lub błędnie – też zależało od wizji świata, jaką obserwujący miał w swojej głowie). Ale potrzeba było być obok tego człowieka i długo obserwować (analizować mimikę, słowa, poczynania – jednym słowem zjeść z nim beczkę soli). Gdy pojawiło się pismo, wtedy do poznania człowieka wystarczyła analiza jego pisanych tekstów, zarówno grafologiczna jak i analiza słów i zdań (w tym kontekstu powstających dokumentów). Od stuleci zajmują się tym naukowcy różnych specjalności. Zawsze wymagało do długiego kształcenia się i długiej analizy. „Powielanie” naukowców i specjalistów jest zawsze długotrwałe i kosztowne. Skopiować program jest dużo łatwiej i szybciej.

Komputery nie są mądrzejsze tylko bez porównania szybsze. Tymi nowymi możliwościami interesuje się biznes by dotrzeć jak najtrafniej z ofertą reklamową, interesują się służby specjalne i interesują się politycy. Za pomocą programów komputerowych tworzone są proste teksty dziennikarskie jak i rozsyłane nieprawdziwe informacje. Te ostatnie wykorzystywane są na przykład w kampaniach wyborczych, co mogliśmy na bardzo dużą skalę ostatnio obserwować w USA. W Polsce też.

Bać się? Nie. Jak nigdy wcześniej potrzebna jest umiejętność krytycznego myślenia, analizowania dopływających informacji oraz selekcjonowania, weryfikowania, sprawdzania w wiarygodnych źródłach. Zatem potrzebne jest wykształcenie i to dobre wykształcenie. Znaczenie edukacji i umiejętnego stosowania metody naukowej jest wielkie w wieku XXI. Większe niż do tej pory.

Żyjemy w wieku nauki i gospodarki oraz społeczeństwa opartego na wiedzy. Na dobre i na złe.

Hejter jest jak menda - dokuczliwy

sczachor

Pthirus_pubis__crab_louseHejter i menda, wbrew pozorom, są tak starzy jak ludzkość. Hejter, hejtowanie to sposób zachowania człowieka, a menda to owad - wesz łonowa. Oboje dokuczliwi dla zwykłych ludzi.

Hejter nie wziął się znikąd. Tego typu aktywność jest tak stara jak ludzkość, a nawet wcześniejsza. Bo przodkowie Homo sapiens też byli istotami społecznymi. Wcześniejsza nazwa hejtera to plotkarz. Ale nie tylko o zmianę nazwy chodzi.

Plotkowanie jest związane z życiem w grupie. To sposób podnoszenia własnej wartość, pozycji w grupie a jednocześnie obniżanie pozycji obmawianego. To obgadywanie poza plecami, zaocznie. W ten sposób plotkujący jest anonimowy. Stara się podwyższyć swoją wartość przez dyskredytowanie kogoś innego. Ale po cichu liczy, że te złe słowa jakoś dotrą i zabolą obgadywanego. Albo tylko poprzez złe nastawienie rozmówcy, albo przez osoby trzecie pomówienie dotrze do obgadywanego i zaboli. Hejt pojawił się wraz z internetem, wydaje się być czymś nowym. A przecież istnieje od dziesiątek tysięcy lat. Siedząc przy komputerze hejter nie patrzy w oczy obgadywanemu. Ma wrażenie, że w intymnej sytuacji bezpiecznie aczkolwiek boleśnie obgaduje. Liczy, że złe słowa dotrą do adresata a on zachowa bezpieczną anonimowość.

Hejtowanie jest dokuczliwe i nieprzyjemne. Czynią to osoby tchórzliwe, które nie mają odwagi powiedzieć prosto w oczy (bo chcą być anonimowi i bezkarni). Poprzez szkalowanie innych lub tylko obgadywanie budują swoją wartość. Świecą światłem odbitym (cudzym), bo sami nie potrafią sobą zaświecić.

Medna to nazwa dokuczliwego owada pasożytniczego - wszy łonowej. Dawniej zapisywana także jako mędoweszka, mandoweszka, mendeweszka. Uprzykrzający życie owad stał się synonimem kogoś wrednego, nieprzyjemnego, dokuczliwego. W ogóle owady to te, co wadzą. Ale sama nazwa „owad” nie ma dzisiaj pejoratywnego znaczenia. Inaczej jest z mendą.

Wesz łonowa (Pthirus pubis) to gatunek owada, pasożytującego na człowieku, wywołuje chorobę zwaną wszawicą. Fakt, że na człowieku pasożytuje także inny gatunek (w dwóch podgatunkach) - wesz głowowa (Pediculus humanus humanus synonim Pediculus humanus capitis) oraz wesz odzieżowa (Pediculus humanus corporis) - stał się dowodem w filogenezie człowieka i jego międzygatunkowych kontaktów. Dla naukowców to gratka.

Tak czy siak wszy, pchły, komary, bąki, ślepaki i cała rzesza innych pasożytów jest dokuczliwa. Pasożytnictwo jest pospolite i stare jak życie na Ziemi. Chętnych do korzystania z cudzego było i jest zawsze wielu. Organizmy żywicielskie starają się bronić na różne sposoby. Biolodzy ewolucyjni zauważyli jednak, że jeśli koszty obrony przed dokuczliwym pasożytem są większe niż straty wynikające z pasożytnictwa, to lepsze jest „cierpliwe znoszenie mendy” niż jej zwalczanie. W ewolucyjnym i biologicznym „interesie” pasożyta jest więc podgryzać, ale nie za bardzo dokuczliwie. Bo wtedy reakcja żywiciela będzie dużo bardziej stanowcza. Albo zdechnie a wraz z nim .. pasożyt, pozbawiony życiodajnego środowiska.

Układ pasożyt-żywiciel od dziesięcioleci intryguje biologów. I filozofów chyba także.

 

Czytaj także: Menda, ewolucja człowieka i gatunki ginące

Na ilustracji wyżej wesz łonowa (źródło Wikimedia Commons).

Wtórouste – ekstrawagancja i nonkonformizm naszego przodka

sczachor

wtoroustyRzetelna wiedza podstawowa nie cieszy się zbytnim zainteresowaniem. Kojarzy się nam z nauką szkolną, wysiłkiem zgłębiania i zawiłością. Jednocześnie naukowcy wykazali, że nasz mózg ewolucyjnie jest tak ukształtowany, że większość jego aktywności nastawiona jest na poznawanie, analizowanie i omawianie relacji międzyludzkich. Wynika z tego, że w największym stopniu zajęci jesteśmy samymi sobą. Takie umiejętności ważne są dla organizmów społecznych. Ewidentnie jesteśmy społeczni od wielu milionów lat.

Kilka dni temu spotkałem znakomite potwierdzenie prawidłowości, dotyczącej naszego mózgu. Artykuł z czasopisma Nature, dotyczący z pozoru nudnego tematu zoologicznego, zyskał duże zainteresowanie w mediach społecznościowych, był licznie i często udostępniany i komentowany przez zwykłych ludzi. Wystarczyło nazwać przodka wtóroustych najstarszym przodkiem człowieka, by wzbudził wielkie zainteresowanie. Sztuka popularyzacji nauki opera się chyba na znajomości człowieka . Bardziej się interesujemy sobą (człowiekiem) niż całą resztą. „Paleontolodzy znaleźli w skamielinie liczącej 540 milionów lat najstarszy znany nauce gatunek stworzenia z grupy wtóroustych. Organizm został nazwany Saccorhytus coronarius.” Jako zoologa taka informacja bardzo mnie zainteresowała. Od dawna pasjonowała mnie historia naturalna czyli ewolucja i filogeneza. To co było kiedyś a teraz żmudnie, jak detektywi z nielicznych śladów, odtwarzamy.

Oczywiście od pierwszych wtóroustych do człowieka to bardzo daleka droga, wiele milionów lat ewolucji i zmiana wielu planów budowy. Poza jednym, że wywodzą się od wspólnego przodka. Przeciętnego człowieka - tak jak zobaczyłem na facebookowej dyskusji - mocno zaintrygowało to, że wtórouste (w wielkim uproszczeniu) pobierają pokarm „otworem odbytowym”. Z dzieciństwa pamiętam, że tez mnie to fascynowało. Owe zawiłości ewolucji z zmiany funkcji różnych części organizmu jak i zmiany planu budowy w zależności od środowiska, w którym gatunki żyją.

„Badacze uważają, że ten maleńki przodek wszystkich kręgowców żył w piasku na dnie mórz około 540 milionów lat temu. Miał wielkość około jednego milimetra. Według specjalistów, stworzenie to miało duży, elastyczny otwór gębowy, który mógł rozciągnąć się na stosunkowo większą zdobycz. Eksperci sądzą, że organizm ten był pozbawiony odbytu – czyli wydalało za pomocą otworu gębowego.

Mnie bardziej zafascynowało coś innego. Znalazłem kolejny przykład na systemowość nauki (nauka jako system a nie suma faktów). W zoologii ciągle dokonują się różnorodne zmiany w systematyce i rekonstrukcji filogenezy. Co podręcznik to inna koncepcja (zgroza dla studentów). Owe zmiany nie dokonują się tylko na skutek nowych odkryć i dodawania do ludzkiej wiedzy kolejnych faktów. Ale także przez rearanżacje tych faktów, czyli budowanie nowych teorii, nowych relacji między tymi faktami. To tak, jak w zabawie klockami lego - z tego samego zestawu klocków możemy za każdym razem zbudować inną konstrukcję. Czasem nieco inna a czasem rewolucyjnie inną. I to w nauce jest fascynujące.

W samej zoologii może zmieniło się niewiele, ale dużo zmienia się w filogenezie: te same elementy inaczej poukładano w system wiedzy zoologicznej i ewolucyjnej (pomogła genetyka i analizy DNA, odszukano ślady, których wcześniej nie sposób było dostrzec). Bo nauka nie jest tylko kumulatywna (suma obserwacji) ale i systemowa. Rozwija się jak organizm: rośnie (o nowe fakty, obserwacje, pojęcia, hipotezy, teorie) ale i reorganizuje, przebudowuje, czasem mocno przeobraża (jak kijanka w żabę lub larwa owada w imago - te pierwsze to wtórouste, te drugie to pierwouste). To zmiana paradygmatów i teorii.

 

Więcej na temat naszego wtóroustego przodka: https://en.wikipedia.org/wiki/Saccorhytus

Czym jest nauka ? Cz. 6. System

sczachor

nauka3relacjeJeśli nauka jest systemem całościowym, to ważne są nie tylko elementy składowe (fakty, pojęcia, hipotezy, prawa, teorie itd.) ale i organizacja (struktura, relacje między poszczególnymi elementami). Tak jak w zegarku czy organizmie, poszczególne części wynikają z całości. Z jednej części, jednej kości czy organu, możemy wnioskować o całości (całym organizmie, gatunku). Dlatego paleobiolodzy potrafią odtworzyć wygląd i sposób życia całego zwierzęcia jedynie z kilku kości, czy nawet pojedynczego zęba.

Wnioskowanie z jednej części o całości nie jest jednak takie proste. W odniesieniu na przykład do ekosystemu (posłużę się takim biologicznym przykładem) są gatunki wyspecjalizowane, dobrze przystosowane do środowiska. One są dobrymi bioindykatorami. Ale są też gatunki eurytopowe, oportunistyczne. Wnioskowanie na ich podstawie jest dużo trudniejsze i obarczone większym zakresem nieokreśloności. Analogicznie możemy powiedzieć, że niektóre pojęcia w danej dyscyplinie naukowe są dyskretne, dobrze i precyzyjnie zdefiniowane oraz pojęcia bardzie rozmyte znaczeniowo, „oportunistyczne” (mniej zróżnicowane jak komórki macierzyste ale za to z dużym potencjałem do wyróżnicowania się, specjalizacji).

W przypadku gatunków oportunistycznych można wnioskować o stanie całego ekosystemu ale potrzeba więcej danych i informacji o kontekście. Całość to więcej niż suma części, to organizacja. W nauce ważne są wiec nie tylko zgromadzone obserwacje, wytworzone pojęcia, hipotezy, ale i sposób ich zorganizowania czyli teorie i paradygmaty. Te też zmieniają się ewolucyjnie. Dlatego uczniowie lub początkujący adepci nauki zdziwieni są, że w jednym podręczniku tak, a w innym inaczej opisane są te same problemy, zjawiska itd.

W systemie wszystko jest ze sobą powiązane. Zmiana części (pojawienie się nowych faktów naukowych, hipotez) wpływa na zmianę całości. I odwrotnie, zmiana paradygmatu wpływa na części (np. interpretacja od dawna znanych faktów). Przewrót kopernikański spowodował inne interpretowanie tego, co od dawna na niebie widzieliśmy. Na świat obiektywny patrzymy także przez pryzmat teorii, tego co już wiemy. Istotę systemu można zawrzeć w greckiej sentencji” wszystko ze wszystkim, wszystko ze wszystkiego”.

Na podstawie obserwacji budujemy (modyfikujemy, bo przecież nie tworzymy zupełnie od nowa) wiedzę, teorie i tworzymy system wiedzy. Metodą jest indukcja. Z założeń i praw dedukujemy wnioski (dedukcja jako kolejna metoda). Ale relacje między częściami (pojęciami, prawami) można ustalać lub weryfikować za pomocą eksperymentów (faksyfikacja). W końcu optymalizacja systemu wiąże się z dążeniem do prostoty - rozumowanie abdukcyjne. Filozofowie nauki mówią o konsyliencji wiedzy: hipoteza powinna tłumaczyć jak najszerszą klasę zjawisk, tłumaczyć (wyjaśniać) te zjawiska w jak najprostszy sposób, wyjaśniać według podobieństw (zjawiska z przeszłości i przyszłości). Piszą także o koherencji: hipoteza, teoria powinna podawać wyjaśnienia jak najbardziej spójne z największą liczbą obserwowanych danych.

Nauka rozwija się z potocznego rozumowania zdroworozsądkowego (od oportunizmu do specjalizacji). Specjalizacja wymaga złożonego systemu i otoczenia. Współcześnie więc nauka rozwija się w dużych zespołach i instytucjach.

Czytaj całość (wszystkie części w jednym kawałku)

Czym jest nauka ? Cz. 5. System rozwijający się

sczachor

nauka2rozwojsystemuW kolejnej części opisuję naukę jako system. Układ, system to nie jest suma części, lecz także relacje między tymi częściami, sposób ich wzajemnego ułożenia. Organizacja a nie jakaś tajemnicza vis vitalis..

Weźmy za przykład zegarek. Rozkręćmy go na części i wszystkie wrzućmy wszystkie do woreczka. Suma części będzie taka sama, niczego nie zabraknie. A jednak nie będzie to już sprawny mechanizm, pokazujący godziny. System jako mechanizm. Takie podejście mogli byśmy nazwać mechanistycznym. Lepszym przykładem (modelem) systemu jest organizm - ciągle się zmienia, wymienia części (w metabolizmie), rośnie, ewoluuje a mimo to przez cały czas jest sprawny i działający.

Nauka jako system wiedzy, czy to w pojedynczym mózgu człowieka, czy to jako ogólnoludzki system wiedzy, jest systemem „biologicznym”, niczym organizm. Tak, jakbyśmy oglądali swoje zdjęcia z dzieciństwa, młodości, dojrzałości. Widać podobieństwo ale przecież za każdym razem jest to „ktoś inny”. Tę zmienność trzeba uwzględniać nie tylko w historii nauki, ale i na co dzień. Bowiem nauka zmienia się dynamicznie i bardzo szybko. W dyskusji, gdy używamy pojęć, warto jest wiedzieć z jakiego „organizmu” (teorii, paradygmantu) one pochodzą. Takie same słowa nie oznaczają tych samych desygnatów. I jeszcze kilka porównań biologicznych.

Dla organizmu charakterystyczny jest rozwój (ontogeneza) i ewolucja (filogeneza). Już sam wzrost na wielkość wymusza zmiany organizacyjne całego systemu. Mały organizm jednokomórkowy może być mniej zorganizowany, ale gdy komórka rośnie to wraz wielkością liniową powierzchnia wzrasta do kwadratu a objętość do sześcianu. Dlatego pojawiają się nowe problemy, np. nie wystarcza już wymiana gazowa powierzchnią ciała (u organizmów wielokomórkowych) i pojawiają się specjalne organy (skrzela, skrzelotchawki, płuca), pozwalające zwiększyć powierzchnię wymiany dla powiększającego się organizmu. Sam więc wzrost wymusza reorganizację całego systemu.

Nauka na pewno ma charakter kumulatywny. Do tego dochodzi ewolucja - zmienność w czasie i dostosowywanie się do środowiska (otoczenia). System więc wewnętrznie się „konstruuje” (różnicuje, np. wraz z przyrostem wiedzy wyodrębniają się nowe dyscypliny i subdyscypliny) i optymalizuje (np. dojrzewa metodologia).

Kiedy się nauka zaczęła? Gdzieś w mrokach prehistorii. Ten pierwotny system wiedzy naszych przodków wynikał zapewne z obserwacji środowiska (otoczenia). Był niezróżnicowany, wszystko było ze sobą ścisłe powiązane: magia, religia, wiedza o ludziach i przyrodzie. Niezróżnicowane jak komórki macierzyste. Nauki w obecnym rozumieniu jeszcze nie było. Dopiero się powoli wyróżnicowała, jak tkanki z komórek macierzystych. Wiedza była mała i jednolita (w dzisiejszym rozumieniu), mieściła się w głowie jednego człowieka lub jednego plemienia. Wzrost wiedzy, wynikając z wzrostu komunikujących się ze sobą ludzi, jak i sposobu utrwalania wiedzy (pismo, druk, współczesne nośniki), to liczba zgromadzonych przez społeczność faktów, najpierw tylko w zbiorowej pamięci potem spotęgowane przez możliwość zapisania na papierze. A teraz w komputerach.

Ale to nie tylko wzrost na ilość ale i zmiana organizacji. Możemy mówić o rozwoju i ewolucji teorii i paradygmatów Paradygmat (czy w węższym rozumieniu teoria) decyduje o tym, co dostrzegamy. Patrzymy na świat przez pryzmat teorii i tego, co już wiemy i spodziewamy się zobaczyć (lekarz na zdjęciu rentgenowski czy na ekranie ultrasonografu widzi więcej niż pacjent). Nie ma faktów obiektywnych samych w sobie. To tak, jak patrzenie przez czerwone szkło (czerwone elementy będą niewidoczne). Niby widać, ale coś umyka. Wystarczy zmienić kolor szkła, a świat będziemy postrzegać nieco inaczej.

W toku tej ewolucji następowało wyróżnicowanie się i dojrzewanie metody naukowej, coraz wyraźniejsze wyodrębnienie się nauki z innych elementów wiedzy, z religii, magii.

Obserwujemy otoczenie, i na zasadzie indukcji, tworzymy nowe fakty, hipotezy, teorie. Na przykład wynalezienie teleskopu, czy mikroskopu zaowocowało dopływem zupełnie nowych obserwacji, pojęć. Tak jak odkrycie nowych kontynentów i zaobserwowanie nowych gatunków roślin i zwierząt. Wzbogaciło ilościowo ale i nie tylko. Zaowocowało także przebudową systemu, zmianą relacji między już zgromadzonymi faktami, np. teoria ewolucji inaczej uporządkowała zgromadzoną wiedzę o różnorodności biologicznej. Sama zaś teoria ewolucji spowodowała inne (kaskadowe) zmiany w systemu nauki. Nowe definicje.

Dedukcja to wnioskowanie z tego, co już wiemy, z nowej teorii i paradygmatu, wyprowadzanie możliwych innych hipotez. W naukach przyrodniczych dowodzenie (weryfikacja) tych hipotez odbywa się przez eksperyment. Tak jak odkrywanie nowych pierwiastków, wynikających z systemu Mendelejewa. Można było wydedukować istnienie nieznanych pierwiastków, ale trzeba je było eksperymentalnie „zobaczyć”, „dotknąć”.

Nauka jako system rozwijający się, przebudowujący i reorganizujący. To zarówno organizm w czasie ontogenezy jak i organizm ewoluujący. Stany poprzednie różnią się od obecnych. System nie jest prosta sumą elementów.

c.d.n.

Czym jest nauka ? Cz. 2. Filozofia

sczachor

filozofiaJeśli nie czytałeś części pierwszej, to koniecznie przeczytaj, zanim będziesz kontynuował lekturę . Wiedza jest systemem, trudno zrozumieć fragment bez kontekstu całości.

Filozofię i nauki humanistyczne chyba lepiej opisywałyby zbiory rozmyte (niż zbiory klasyczne, te które znamy ze szkoły). Bowiem pojęcia, używane w systemie nauki w odniesieniu do filozofii (i w porównaniu do matematyki) są zmienne w czasie i przynajmniej nieco się różnią w znaczeniu (interpretacji) w różnych grupach i szkołach filozoficznych. To samo odnosi się do różnych nauk humanistycznych. Są więc jak gatunki spokrewnione ale nieco różne, żyjące na różnych wyspach. Podobne, ale nie identyczne. Różnorodność obiektów tak jak różnorodność gatunków w ekosystemach. Pojęcia uzależnione są od systemów, w których funkcjonują.

Dla nauk humanistycznych typowa jest wielość systemów, zachodzących częściowo na siebie. Potrzebna jest erudycja (znajomość tych różnic i wielości) by się sprawnie poruszać i dyskutować w naukach humanistycznych i filozofii.

Filozofia to trochę jak matematyka we mgle, coś widać ale nie do końca jednoznacznie. Trudno jest więc „zmatematyzować” filozofię (choć logika jak najbardziej poddaje się dyskretnej precyzji matematycznej), mimo, że takie próby są podejmowane. By uznać nauki humanistyczne za naukę. Może jednak lepiej uznać te różnice i dostrzec ciągłość, kontinuum takich zmian na osi: od skrajnej humanistyki do czystej matematyki.

Wielość założeń, aksjomatów, niejako światów (przestrzeni) równoległych choć często zachodzących na siebie, przenikających. W takim systemie trudno jest w matematyczny sposób „rozwiązywać równania” - a jednocześnie trudno dostrzec oddzielności i wielość tych systemów-światów. Przynajmniej dla osoby z zewnątrz. Potrzebna erudycja, czyli przyswojenie sobie wielu różnych pojęć, znaczeń, kontekstów, wielu różnych światów, w których występują takie same (z pozoru) pojęcia i słowa...

 

Pajędza (czarownica), która Antarktydzie zagraża i być może uczestniczyła w andrzejkowych wróżbach

sczachor

1024pxPoa_annuaBiolodzy szukają w genach pozostałości po biologicznej przeszłości poszczególnych gatunków. Z różnych okruchów rekonstruują filogenezę i dawne pokrewieństwo różnych taksonów. W kulturze jest podobnie. Przykładem niech będzie jędza. Ale co to za jędza (czarownica), co by zagrażała Antarktydzie? To już nie krowom mleko zabiera, uroków nie rzuca, dzieci nie podmienia a Antarktydzie zagraża? No cóż, widać globalizacja swoje zrobiła. Wszystko po kolei wyjaśnię, czytajcie cierpliwie.

Zaczęło się kilka dni temu na seminarium. Referat studenta dotyczył rośliny, wiechliny rocznej zwanej także wykliną roczną (Poa annua L.). Ale ludowa nazwa tej rośliny to pajędza. Wcześniej już spotykałem tę nazwę w botanicznym zestawieniu, ale nie zwróciła mojej uwagi. Jednak, kiedy od kilku miesięcy doczytuję różne etnograficzne opracowania, dotyczące wiedźm i czarownic, moja uwaga na jędze i wiedźmy jest wyczulona. Teraz dopiero więc pajędzę dostrzegłem. Ale zanim opiszę zagrożoną Antarktydę (co i dlaczego), najpierw zajmijmy się rzeczona jędzą.

W słowniku języka polskiego PWN jędza ma dwa znaczenia: 1. «zgarbiona starucha z długim nosem – postać z bajki uosabiająca zło», 2. pogardliwie «kłótliwa i dokuczliwa kobieta». W Słowniku Języka Polskiego w zestawieniu Baba-Jędza oznacza „1. wiedźma z bajki; Baba Jędza, 2. niesympatyczna lub brzydka kobieta, czarownica; baba jaga; baba-jaga.” Jeśli kiedyś jędza uosabiała zło (np. Baba Jędza, Baba Jaga), to może miała związek jakiś z czarownicami i wiedźmami? Gdzieś w dawnych wierzeniach (systemie wiedzy o świecie) naszych przodków? Wskazuje na to opis, zamieszczony w Wikipedii: „Jędza, jęza, jęga, zła baba, jędza baba, jędzyna – demon starosłowiański, pierwotnie zła bogini, wyobrażająca chorobę i gniew, po chrystianizacji zdegradowana do miana gniewliwej, wychudzonej czarownicy, o charakterze strzygi, porywająca i pożerająca dzieci. Była starą, wysoką, chudą, bardzo złą kobietą, zamieszkującą pustkowia. Wykradała matkom dzieci, zasadzała do klatek, wykarmiała, a następnie upieczone lub surowe pożerała.” Łączenie jędzy (pajędzy) z czarownicami i wiedźmami jest więc jak najbardziej właściwe. Zapewne nie dotrzemy do pełnej rekonstrukcji znaczeniowej, ale coś już wiemy.

Aleksander Brϋckner w Słowniku etymologicznym języka polskiego tak opisuje: „jędza, jędzona (ludowe), złośnica i czarownica, z jęg-ja, do lit. engti uściskać, ingti ubożeć, ignasti ubolewać; z g ocalało w nazwie rus. baba-jaga (z jęga), dla czarownicy. Byłby to więc pierwotnie demon (żeński) choroby, bólu.” O ile zła konotacja demona Jędzy (Jęgi), przynoszącej chorobę i ból, odnoszącej się do czarownicy, a współczesnej do kobiety starej, złej i wrednej, nie budzi wątpliwości, to jaki ma to związek z trawą?

Wiechlina roczna, wyklina roczna (Poa annua) - nazwa zwyczajowa – pajędza. Do tej pory nazwa trawy - wyklina - wydawała mi się zwykła i oczywista. Ale teraz dostrzegam znacznie więcej. W końcu dlaczego trawę nazywano wikliną (szczegóły niżej)? Przecież współcześnie pod nazwą wiklina kryje się wierzba, krzew, wykorzystywany w plecionkarstwie. Ma chyba związek z rokitą, rokicina, gęstymi łozowiskami. Od których nazwę chyba wziął nasz pospolity diabeł Rokita. Rokita - bo mieszkający, psocący w wierzbowych łozowiskach, krzakach itd. No cóż, etnografia i etymologia pozwalają zobaczyć więcej w zwykłych słowach… Wiechlina - to nazwa od typu kwiatostanu (wiecha).

Ale wróćmy do naszej pajędzy - dwa inne określenia: wyklina i wiklina też są tajemnicze i chyba ze sobą powiązane. Zatrzymajmy się jednak przy biologii tej trawy. Jest to gatunek kosmopolityczny, który wraz z człowiekiem rozprzestrzenił się po całym świecie. Można by powiedzieć, że jest to ikona globalizacji. A ze względu na swoją wszędobylskość uważany jest za jeden z najkłopotliwszych chwastów świata (także w Polsce). Niczym jakaś wredna czarownica czy jędza.

Pajędza została zawleczona także do Antarktyki (Antarktyda i wyspy znajdujące się wokół tego kontynentu). Jest trzecim gatunkiem roślin naczyniowych, występujących we florze Antarktyki. Po raz pierwszy została zauważona na przełomie lat 1984/85 przy głównym budynku polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego na Wyspie Króla Jerzego. Od tej pory znacznie się rozprzestrzeniła. Czym się martwić? Od przybytku głowa nie boli? Kolejny gatunek być może wzmocni ekosystem Antarktyki. Zwłaszcza, że wraz z ociepleniem, zmniejsza się powierzchnia lodu i rozpoczyna się sukcesja ekologiczna. Lokalnie więc można by uznać pojawienie się pajędzy jako dobry znak. Tyle tylko, że jest ekspansywna i zagraża dwóm innym, rodzimym gatunkom roślin antarktycznych. O ile wiechlina roczna wszędzie występuje, to gatunki antarktyczne już nie są tak rozprzestrzenione. Zatem w skali globalnej grozi nam utrata bioróżnorodności. A przecież te dwa zagrożone gatunki roślin mogą się nam do czegoś „przydać”. Pajędza więc zagraża różnorodności biologicznej w Antarktyce tak jak kiedyś Jędza czyniła zło i przynosiła choroby. Tym razem szkodzi na Antypodach. I to za sprawą człowieka. Bo najpewniej przywlekli ją naukowcy… lub turyści, coraz liczniej odwiedzający Antarktykę. W Polsce wiechlina roczna rośnie przy droga, rowach, w ogrodach, na pastwiska i polach uprawnych (jako chwast). Rośnie również w miejscach intensywnie wydeptywanych (np. ścieżki).

Wróćmy do tajemniczej nazwy „pajędza”. U Erazma Majewskiego (1894 rok), Poa annua zapisana została pod nazwą zwyczajową jako wiklina roczna, wyklina (po chorwacku lasji matere božje). Z kolei pajędza odnosi się do skorupiaka Scyllarus (także płaskonóg - to ostatnie zostało, ogólnym pokrojem skorupiak ten przypomina krępą, grzbietobrzusznie spłaszczoną langustę). Dlaczego pajędza przeszła ze skorupiaka morskiego na trawę? I czy pajędza ma coś z wikliną lub wyklinaniem? I skąd takie zestawienie pa-jędza? Że niby jędza pa-pa, czyli żegnaj jędzo?

O wiklinie i diable Rokicie pisałem wyżej. Wyklina natomiast kojarzy się z wyklinamiem czyli z ciskaniem gromów, ciskaniem lub rzucaniem klątw (to już oczywista domena wiedźmy i czarownicy, łącznie z rzucaniem uroków), złorzeczeniem, przeklinaniem (w sensie rzucaniem klątwy a nie używaniem brzydkich wyrazów), piętnowaniem, potępianiem , smaganiem, ekskomunikowaniem, krytykowaniem, odsądzaniem od czci i wiary, narzekaniem, psioczeniem, lżeniem, obrażaniem, wymyślaniem, zrzędzeniem, urąganiem, wyzywaniem itd. W słowniku synonimów języka polskiego dla słowa wyklinać znajdują się 54 synonimy. Bogactwo wielkie.

Ale co wspólnego ma niepozorna trawa - wiechlina roczna, pajędza, wyklina - z jędzami, czarownicami i z wyklinaniem? Czy jest to jakieś przypadkowe nadanie nazwy zwyczajowej przez szukających inspiracji dawnych botaników? Czy też może jest to jakiś zapomniany ślad wykorzystywania tejże małej, niepozornej trawy w dawnych praktykach magicznych? Może odstraszających jędze? Na razie pozostaje to dla mnie tajemnicą. Ale może kiedyś, przypadkiem natrafię na kolejny ślad. Może ktoś podzieli się swoją wiedza? Może była wykorzystywana w jakichś wróżbach?

Fot.  Rasbak,  CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=95915

Żółw czerwonolicy w Drwęcy czyli do czego jest potrzebna wiedza przyrodnicza

sczachor

Nawet humaniści i artyści powinni mieć podstawową wiedzę przyrodniczą. Mam na myśli zarówno wiedzę techniczną, informatyczną jaki biologiczną. O negatywnych skutkach takiej ignorancji przyrodniczej pisałem już kilkukrotnie, np. na przykładzie chrząszcza ze Szczebrzeszyna (czytaj: Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście).  Wiedza (nie tylko przyrodnicza) potrzebna jest po to, żeby rozumieć to co się widzi. Wiedzieć skąd się bierze dane zjawisko i z czym się wiąże oraz jakie podejmować działania.

czerwonolicy_drwecaZa przykład niech posłuży załączone zdjęcie, przedstawiające żółwia wodnego. Teoretycznie u nas występują. Każdy słyszał o żółwiu błotnym, naszym rodzimym gatunku i że jest chroniony bo zagrożony wyginięciem. Załączone zdjęcie zrobiono w czasie spływu kajakowego. Autorka miała podstawową wiedzę przyrodniczą dlatego zamiesiła zdjęcie z zapytaniem „Czy to jest żółw błotny? Wygląda nieco inaczej i nie jestem pewna. Zdjęcie zrobiłam jak płynęłam kajakiem na Drwęcy”. Wątpliwość uzasadniona bo to akurat żółw czerwonolicy. Całkiem nie nasz. Skąd się wziął w rzece Drwęcy i co z tej obserwacji wynika?

W Polsce i Europie gatunek ten nie występował w dzikiej przyrodzie. Jego naturalnym obszarem występowania jest Ameryka Północna i Ameryka Środkowa po północny zachód Ameryki Południowej. W Polsce od dawna hodowany jest jako zwierzę akwariowe (domowe). Ale żółwie żyją długo i czasem się znudzą domowemu hodowcy. A ten z litości i w dobrej wierze… wypuszcza do środowiska. Niech sobie żyje.

Luki w wiedzy przyrodniczej skutkują obecnością gatunków inwazyjnych (obcych). Co złego z faktu wypuszczenia gatunku na wolność? Gdyby ktoś wypuścił w Ameryce, nie byłoby problemu. Ale ten żółw czerwonolicy ze względu na zdolności aklimatyzacyjne staje się, gatunkiem inwazyjnym, który może stanowić konkurencję dla rodzimego żółwia błotnego (Emys orbicularis).Niby humanitarne działania przynoszą skutki negatywne dla naszej przyrody. Dobrymi intencjami piekło jest wybrukowane - jeśli towarzyszy temu ignorancja. Bo w skali globalnej może ubyć jednego gatunku. W ekosystemie żółw czerwony będzie pełnił taką sama rolę jak nasz żółw błotny ale w skali globalnej zmniejszy się różnorodność biologiczna.

Innym przykładem może być pijawka lekarska (Hirudo medicinalis). Nasz rodzimy gatunek od stuleci wykorzystywany w medycynie ludowej. Na skutek eksploatacji wyginął w niektórych miejscach a w innych został wprowadzony przez człowieka (stanowiska antropogeniczne). Niemniej nasza pijawka lekarska ze względu na zagrożenie została objęta ochroną (od 1995 roku). W Czerwonej Księdze IUCN została wpisana w kategorii NT. W Polskiej czerwonej księdze zwierząt została zaliczona do kategorii VU (gatunki wysokiego ryzyka, narażone na wyginięcie). Ale moda na hydroterapię wróciła. Gatunek chroniony nie może być wykorzystywany w handlu zatem wykorzystywana przez hirodoterapeutów jest Hirudo orientalis. Teoretycznie hirudoterapeuci powinni wszystkie pijawki po wykorzystaniu zabijać. Chyba się tak nie dzieje bo w warunkach naturalnych w Polsce znajduje się już w przyrodzie Hirudo orientalis. W rezultacie nasza pijawka lekarska też jest zagrożona jeszcze bardziej. Pojawia się konkurent.

Znajomość zasad ekosystemowych w życiu codziennym jest tak samo ważna jak umiejętność obsługi komputera. Brak wiedzy może przynosić szkody nie tylko indywidualne ale i w skali regionalnej czy globalnej.

Fot. Elżbieta Gordon‎ (źródło grupa Przyrodnicy, Facebook)

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci