Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

nauka

Smok wawelski i Homo sapiens czyli o podobieństwach systemów biologicznych i kulturowych (językowych)

sczachor

1024pxSmok_wawelski_szkieletFascynujące jest to, że można analizować coraz więcej systemów biologicznych i kulturowych i doszukiwać się podobieństw, analogii czy wręcz wspólnego, uniwersalnego sposobu działania. Ogólna teoria systemów coraz bardziej może się krystalizować. Wymaga tylko analiz interdyscyplinarnych.

W naukach biologicznych coraz więcej wiemy o molekularnych mechanizmach naprawy DNA. Bo okazuje się, że jest wiele czynników, które codziennie w różnorodny sposób uszkadzają zapis genetyczny w DNA. W przenośni można by napisać, że jest wiele molekularnych chochlików czyniących psoty. Ale i są molekularni korektorzy – strażnicy poprawnego zapisu. Zupełnie niedawno, w 2015 roku, nagrodę Nobla z chemii przyznano trzem badaczom (Tomasowi Lindahlowi, Paulowi Modrichowi oraz Azizowi Sancarowi) za badania mechanizmów naprawy DNA. Jest więc w każdym organizmie swoista "Rada Dbałości o Poprawność Języka Genetycznego", zapisanego w DNA. Sposób zapisu w DNA zmienia sens genów, replikacji itd.

Na całe szczęście te mechanizmy naprawcze nie działają ze 100 procentową skutecznością. Bo trochę zmienności jest przydatne jako podglebie dla ewolucji. Przy odczytywaniu ‘błędów” inne struktury inaczej rozumieją ten sens i powstają nieco inne białka czy inaczej działają mechanizmy regulacyjne. Ot, takie małe nieporozumienie na poziomie molekularnym ale z widocznymi fenotypowo efektami. Czyli zmiany są szkodliwe i trzeba je naprawiać, ale troszkę zmienności też się przydaje. Organizmy biologiczne szukają tego złotego środka i harmonii.

W kulturze, w zawłaszcza w języku również dochodzi do różnych, przypadkowych, nieprzewidzianych zmian w zapisie słów. Sposób zapisu zmienia sens (znaczenie) a więc i końcowe efekty. Co chciał przekazać nadawca a co odczytał odbiorca (kodowanie i odkodowanie)? Słowo lud i lód wymawia się tak samo (może kiedyś było inaczej?). W rozmowie, to z kontekstu zdania i opowieści musimy wyłowić czy chodzi o lud czyli ludzi, czy też o lód jako stan skupienia wody (język jest całościowym system i lód musi pasować do lodów). W razie czego zawsze możemy dopytać. Inaczej jest w piśmie (słowach zapisanych), nie widzimy autora i dopytać nie możemy. To z ortografii i interpunkcji odczytujemy sens. Lud od ludzi, lód od lodu. Rosnąca różnica między językiem mówionym a językiem pisanym wynika z ewolucji. Język jest czymś żywym, pismo jest bardziej skostniałe… bo ma więcej cenzorów i „naprawiaczy”, strażników poprawnej np. polszczyzny, dbających o standardy. Ale nawet i w piśmie dokonuje się powolna ewolucja. Kilkadziesiąt lat temu chruściki pisano jako chróściki (co mnie kiedyś mocno zdziwiło, gdy dotarłem do przedwojennych publikacji. Coś, co dziś jest błędem, kiedyś było poprawne... (dzisiejsza poprawność wtedy była błędem).

Dobrze, że są słowniki oraz srodzy poprawiacze i strażnicy poprawnej ortografii i wymowy. Niemniej na szczęście i oni nie są skuteczni w 100%... bo język się zmienia i ewoluuje.

Dla komunikacji ma znaczenie jak się niektóre słowa i zwroty zapisze (że przytoczę klasyczny przykład jest różnica czy zrobisz komuś laskę czy łaskę - jedna kreseczka a zmienia sens, podobnie jest w DNA, czasem mała, niepozorna zmiana czyni wiele ). Ma znaczenie czy coś zapiszemy Homo sapiens czy homo sapiens (w niektórych komunikatorach nie można użyć kursywy, ale duże i małe litery zawsze są dostępne). Pierwszy zwrot odnosi się do nazwy gatunkowej (krótsza forma, bo pełna zawiera także nazwisko i rok, tym czasem aspekt ten pomińmy). Na świecie są miliony gatunków. Istnieją więc w zoologii, botanice itd. specjalne kodeksy a sami naukowcy rygorystycznie pilnują, by używać poprawnych, jednoznacznych nazw gatunkowych. Mają być unikalne i niepowtarzalne. W języku potocznym, np. polskim, nazwy nie są już tak rygorystycznie pilnowane. Dany gatunek może mieć kilka, równoprawnych nazw, np. stokrotka, stokrotka pospolita, stokrotka łąkowa, stokrotka trwała. Nazwa naukowa jest jednoznaczna: Bellis perennis. Przy okazji przypomnę, że polskie nazwy gatunkowe piszemy małą literą.

Skoro trzeba stworzyć miliony nazw naukowych dla milionów gatunków to… potrzeba dużej inwencji i kreatywności. Czasem dochodzi do tego dowcip. Przykładem jest Smok wawelski.

Niecałe 10 lat temu, jednemu ze znalezionych skamieniałości dinozaura nadano naukową nazwę gatunkową Smok wawelski. Na całym świecie nie ma problemu (bo nie znają języka polskiego i nie rozumieją słów "smok wawelski" ani kontekstu kulturowego opowiści o smoku spod Wawelu), tylko w Polsce może być zamieszanie. Bo można zapisać tę nazwę na trzy sposoby: Smok wawelski, Smok Wawelski i smok wawelski. I za każdym razem będzie inny desygnat (będzie oznaczało coś innego).

Tak, w świecie szybkich zmian, zmienia się i język mówiony i język pisany. Połapać się w tym czasem trudno.

Na ilustracji wyżej szkielet smoka wawelskiego, zwanego także smokiem z Lisowic (autor: Panek - Praca własna, GFDL, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22708287)

Czytaj także:

 

ps. W poprzednim wpisie na blogu użyłem zwrotu "zapisać dużą literą". Zostałem przez kilka osób zganiony, za niepoprawną formę, np. "Ani z dużej, ani dużą. Wielką literą, panie poprawiaczu." Miałem wątpliwości już na etapie pisania, co jest formą poprawną. Dlatego wcześniej sprawdziłem. Otóż Słownik Języka Polskiego PWN podaje taką informację: "Jedni wolą pisać dużą literą, inni wielką literą to kwestia wyłącznie upodobań, żadnych zakazów ani nakazów tu nie ma. Trzeba tylko pamiętać, aby nie pisać z dużej (wielkiej) litery, gdyż wyrażenia te mają złą opinię w wydawnictwach poprawnościowych, mimo że ich frekwencja w tekstach jest duża. "  (źródło: sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wielka-litera-czy-duza-litera;443.html ).

Pewnie dla mnie nie jednego są tylko duże i małe litery. Sąd wielka i duża są synonimami (ten sam desygnat). Ale może kiedyś było inaczej, może były wielkie, duże i małe litery i każda co innego znaczyła (a przy okazji inaczej wyglądała). Dlatego wśród regół było zaczynanie znania wielką literą. Ale chyba coś w sposobie pisania się zmieniło. Niemniej został gdzieś zakaz-reguła w świadomości wielu osób. Codzienna praktyka wprowadziła zmiany na tyle istotne, że językoznawcy dopuszczają poprawność ubu form.

Być może podobne zjawiska występują na poziomie molekularnym. Inspirujące byłoby poszukanie takich analogii.

Homo sapiens sponiewieramy przez historyka

sczachor

Nie jestem statystycznym Polakiem – lubię czytać. I to przede wszystkim literaturę faktu. Właśnie skończyłem kolejną „cegłę” Normana Daviesa pt. „Na krańce świata. Podróż historyka przez historię”. Wspaniała lektura, 824 strony, a czyta się lekko z przyjemnością i mocno edukacyjnie ! Rozochocony zabrałem się za kolejną książkę, kupioną w okresie świątecznym. I niestety poległem przy trzecim rozdziale.

Ewolucja człowieka oraz wzajemne przenikanie się ewolucji biologicznej i kulturowej jest fascynującym tematem. W ostatnich latach, dzięki badaniom genetycznym oraz odkryciom skamieniałości, dużo się nowego pojawiło. Powstały także bardzo ciekawe teorie dotyczące powstania mowy i wykorzystania ognia do przygotowywani pokarmu. Koncepcje te bazują na wielu szczegółowych odkryciach z różnych dziedzin ale i na bardzo oryginalnych przemyśleniach. Dzieje się więc dużo i można czytać kolejne, ciekawe pozycje.

Przechodząc między półkami w księgarni, pośród wielu interesujących, nowych pozycji (z żalem nie kupiłem… na razie!) , zauważyłem „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego. Przejrzałem spis treści – zapowiadał ciekawą lekturę. Zajrzałem na ostatnią stronę okładki… i zmroził mnie notoryczny błąd humanistów „homo sapiens”. Dlaczego w książce, wydanej przez poważne wydawnictwo PWN i PZWL znajdują się tak podstawowe błędy? Przecież naukowa nazwa gatunku człowieka brzmi Homo sapiens ! Pisany z dużej litery i kursywą (tak, wiem popełniłem błąd językowy, poprawnie powinno być dużą literą - razi dusze humanistów i językoznawców?). Czy reklamowany bestseller może zawierać takie błędy? Szybko poszukałem w treści nazw gatunkowych i wyłowiłem poprawnie zapisane Homo erectus, Homo floresiensis itd. Uf, to pewnie tylko błąd wydawnictwa i osoby mało kompetentnej, która pisała reklamową treść okładki. Kupiłem.

Wczoraj zacząłem czytać. I się przeraziłem w tekście notorycznie pojawia się „homo sapiens”. Wynika z tego, że to chyba albo poważny błąd tłumacza (Justyn Hunia) albo wydawnictwa albo… samego autora. Musiałbym dotrzeć do oryginalnego hebrajskiego a potem angielskiego wydania. Czytałem dalej i niesmak się pogłębiał. Ewidentnie autor popełniał błędy nie tylko w nazwie gatunkowej człowieka ale i w licznych uproszczeniach biologicznych.

Yuval Noah Harari – ktoś to jest? Szybko na Wikipedii znalazłem biogram i dorobek. To historyk (to teraz rozumiem te błędy). Nawet w haśle na polskiej Wikipedii o autorze były błędy z pisownią Homo sapiens. Szybko poprawiłem. Widać hasło do Wikipedii pisał także jakiś „humanista”, wzorując się na wydanej książce. To wskazuje, że błędy popełniane przez poważane i wiarygodne wydawnictwo łatwo się rozchodzą. Nawet jeśli w oryginale był błędny zapis to PWN na etapie tłumaczenia i przygotowania do druku mogło poprawić! Pośpiech jest złym doradcą i wrogiem solidności. Ewidentnie książka jest merytorycznie (to wina autora) i stylistycznie (językowo) niedopracowana (to pewnie wina tłumacza).

mapka

Jakość książki widać po załączonej ilustracji. To nie tylko błędnie zapisana nazwa naukowa człowieka, ale i błędnie zamieszczone objaśnienia. W tej postaci jest bzdurą. Tylko podstawowa wiedza o ewolucji hominidów pozwala stwierdzić, że zasięg występowania neandertalczyka jest tam, gdzie sugeruje owa mapa „inne gatunki człowieka, 100 tysięcy lat temu”. Homo sapiens chyba jest dobrze oznaczony. Pisze chyba, bo tylko domyślam się intencji autora.

Nie mam nic przeciwko temu, żeby historycy pisali rozprawy o ewolucji Homo sapiens, zwłaszcza jeśli jest to opowieść o ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej (tu przecież pojawia się historia). Ale wypadałoby poprawnie pisać przynajmniej nazwy gatunkowe. Bo przecież ma znaczenie czy napiszemy lud czy lód. Wymawia się tak samo, ale znaczy coś innego. Podobnie z Homo sapiens – w tej postaci to nazwa gatunkowa, a w formie „homo sapiens” to określenie stylistyczne tak samo jak homo faber czy homo ludens. Sposób zapisu zmienia sens i treść. W teście jest często fraza „homo sapiens”. Tłumacz polski mógł to w wielu miejsca zastąpić „człowiek” lub „ludzie”. Sens byłby poprawny a nie raziło by kłującym w oczy błędem pojęciowym i ignorancją biologiczną.

Temat jest ciekawy, ale lektura okazała się mordęga, bo ciągle w oczy kłuło, np. „a Chińczycy geny [odziedziczyli] Homo erectusa” – nazw naukowych się nie odmienia. Bardzo ciekawie zapowiadająca się w książce „rewolucja poznawcza” opisywana jest za pomocą takich sformułowań „Można by to nazwać mutacją Drzewa Wiedzy. Dlaczego wystąpiła ona w DNA homo sapiens, a nie neandertalczyków?”.

W książce pojawiają się porównania także oderwane od rzeczywistości przyrodniczej, bo wielokrotnie autor podaje przykład lwa „podchodzącego stado bizonów”. Już zastanawiałem się czy autor ma głęboką wiedzę przyrodniczą i odnosi się do stanu w Ameryce Północnej sprzed okresu wyginięcia lwów na tym kontynencie. Nie, nie o to chodzi, tylko o brak elementarnej wiedzy: lwy żyją w Afryce (i Azji były jeszcze nie tak dawno) a bizony w Ameryce Północnej. Ale dla autora to bez różnicy…. Chyba, że tłumacz źle przetłumaczył, może to chodziło o afrykańskiego bawoła?

Wiedza przyrodnicza z zakresu ekologii, ewolucji, antropologii, etologii jest raczej powierzchowna i popkulturowa. Coś na pewno czytał i chciał opowiedzieć swoją historię. Tyle, że trudno czytać, gdy trafia się na takie fragmenty: „Dane, jakimi obecnie dysponujemy, wskazują, że zmiany we wzorcach społecznych, wymyślanie nowych technologii i zasiedlanie obcych środowisk były raczej wynikiem mutacji genetycznych i presji środowiska niż inicjatyw w sferze kultury.” Nie wiem jakiego skrótu myślowego użył autor, ale wychodną z tego bzdury. I ignorancja biologiczna. Raczej jest to pisarstwo odtwórcze, mało wartościowe. „Tak jak długo Homo erectus [znamienne, że nazwy gatunkowe innych gatunków z rodzaju Homo pisane są poprawnie, a tylko Homo sapiens jest sponiewierany] nie ulegał dalszym mutacjom genetycznym, jego kamienne narzędzia zasadniczo nie zmieniały się – i to przeszło milion lat!”. Tak jakby postęp kulturowy wynikał z mutacji genetycznych…. To ogromne uproszczenie !

Gdy w trzecim rozdziałem trafiłem na „Teoria genu „objadania się” cieszy się powszechnym uznaniem”, to się załamałem. Totalne uproszczenia innych, znakomitych lektur, które niedawno czytałem. „Nastanie rolnictwa i przemysłu stworzyło parasol ochronny osobnikom o niskiej inteligencji. Pracując w charakterze nosiwody albo przy linii montażowej, można było przetrwać i przekazać swoje kiepskie geny kolejnym pokoleniom.” Poległem. Dalej niż do połowy trzeciego rozdziału nie dobrnąłem.

Stanowczo odradzam kupowanie książki Harariego „Sapiens. Od zwierząt do bogów.” Przytoczyłem tylko mały fragment dostrzeżónych błędów. Tematyka jest ciekawa, polecam znakomite książki: np. Adama Rutherforda „Krótka historia wszystkich ludzi którzy kiedykolwiek żyli”, Robina Dunbara (w bibliografii opisywanej książki nazwisko tego autora raz napisane jest poprawnie, a raz z błędem i to przy tej samej książce) „Człowiek – biografia” oraz „Nowa historia ewolucji człowieka”. Czy chociażby „Homo przypadkiem sapiens” Konrada Fiałkowskiego i Tadeusza Bielickiego. Jest jeszcze kilka innych, niezwykle wartościowych - sami znajdziecie.

Na koniec mała refleksja. „Sapiens” to pozycja mocno przereklamowana. Szkoda, że dotarła do bardzo wielu czytelników na całym świecie, bo upowszechnia nie tylko drobne błędy w pisowni nazw gatunku Homo sapiens (niestety nagminne u humanistów!) ale i sporo płytkich i błędnych koncepcji biologicznych. Wręcz archaicznych. Napiszę wprost – książka szkodliwa. I wtórna. Ale mocno reklamowana jako międzynarodowy bestseller, polecany przez wielkich tego świata (Barack Obama, Mark Zuckenberg i Bill Gates).

Druga refleksja jest także, że potrzeba jest powszechnej edukacji biologicznej, także skierowanej do samych naukowców. Wiedza biologiczna szybko się zmienia, postęp naukowy jest naprawdę szybki. I szkoda by w różnych książkach interdyscyplinarnych upowszechniane były stare, nieaktualne koncepcje ewolucyjne. W tym dotyczące człowieka. I mam na myśli trzecią kulturę a nie tylko proste upowszechnianie nauki (o tym niebawem napiszę szerzej i opowiem na ciekawym seminarium w Łodzi).

Może kiedyś przeczytam całego „Sapiensa”. Teraz z przyjemnością czytam „Tajemnicze życie grzybów” Roberta Hofrichtera (tłumaczenie Monika Kilis, Bartosz Nowacki).

WP_20171221_14_50_42_Pro

Czy pierwouste mówią ludzkim głosem w Wigilię?

sczachor

Stajenka_betlejemskaLudowa tradycja głosi, w Wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale które? Czy tylko te, co były w stajence betlejemskiej w czasie narodzin Zbawiciela? Jak poglądowo przedstawiono na załączonej ilustracji, w stajence na pewno było więcej zwierząt niż tylko wół, osioł i inne zwierzęta gospodarskie. Były i roztocza najróżniejsze, zapewne wiele owadów, zapewne różne pasożyty. Bogaty zwierzyniec. Które zatem mogą mówić ludzkim głosem?

Czy jak ma się pragębę to można mówić? Mam na myśli pierwouste. W zasadzie istnieją od ponad 100 lat. To znaczy istnieją od wielu milionów lat na Ziemi, ale dopiero w 1908 roku Karl Grobben nadał im nazwę. Czyli dopiero od tamtego roku istnieją w naszej świadomości. Najpierw w nauce a potem przedostały się do programów szkolnych. I teoretycznie powinniśmy o nich pamiętać.

Pamiętacie, że istnieją pierwouste i wtórouste? Było o tym w szkole. Możliwe, że jeszcze za krótko pojęcie funkcjonuje aby zagnieździło się w tradycji ludowej (popularnej i powszechnej). Może jednak z czasem… coś nowego i ożywczego przedostanie się do ludowej (popkulturowej) opowieści bożonarodzeniowej.

Ciekawe więc o czym w Wigilię ludzkim głosem rozmawiają pierwouste. Jest to jakby nie było szansa dla współczesnych mieszczuchów – bo gdzież oni znajdą stajnię, oborę czy chlew, by podsłuchać o czym zwierzęta (krowa, koń, świnia to zwierzęta wtórouste, tak jak i my) rozprawiają? Ba, a czy współczesny mieszczuch wie czym się różni obora od stajni czy chlewa? Tak więc łatwiej będzie spotkać w mieście pierwoustego zwierzaka. Tylko najpierw trzeba wiedzieć kto on zacz, ten pierwousty.

Nazwy i systematyka to sposób porządkowania złożonej rzeczywistości. Nie tylko nazwy gatunkowe ale i wyższe grupy systematyczne porządkują naszą rzeczywistość. Grupujemy organizmy według jednakowych cech. Są więc ssaki, kręgowce, strunowce czyli wtórouste. To nasza syntetyczna wizja różnorodności biologicznej i ich ewolucji. Tak też w 1908 roku pojawił się podział zwierząt dwubocznych (Bilateria) na pierwouste i wtórouste. Dwa klady, które się kiedyś w historii życia na Ziemi rozeszły. Ale przecież ciągle ze sobą współistnieją w ekosystemach wszelkiego rodzaju. Nie jesteśmy sami.

Pierwouste zwane także po polsku jako pragębowce, pierwogębe a w języku nauki Protostomia, to  grupa (zoolodzy mówią klad – co niesie za sobą sporą treść ewolucyjną) zwierząt dwubocznie symetrycznych, u których „w rozwoju embrionalnym nie wytwarza się wtórny otwór gębowy, a otwór prowadzący do jamy gastruli (pragęba) staje się w rozwoju osobniczym właściwym otworem gębowym”. Czyli pierwotna „gęba” dalej służy temu samemu. Inaczej jest u wtóroustych (Deuterostomia), u których pragęba staje się otworem odbytowym. Otwór gębowy zawiązuje się na nowo, jest wtórny. Stąd nazwa - wtórouste. I my, jako ssaki, do wtóroustych się zaliczamy.

A jakie zwierzęta zaliczamy do pierwotnych? I jakie spośród nich mogły być w stajence, choć ich nie dostrzegamy zazwyczaj? Na pewno stawonogi (owady i pajęczaki), zapewne pasożytnicze płazińce, zapewne i niesporczaki. Wtórouste, takie jak wół czy osioł to w ludowej tradycji mówią w Wigilię ludzkim głosem. Ale może warto pogłębiać i poszerzać ludowa tradycję. Wszak nauka to część kultury.

Ale czy wiecie, że u wtóroustych otwór gębowy w rozwoju zarodkowym pojawia się wtórnie w innym miejscy niż pragęba? Można powiedzieć, że pierwouste są bardziej pierwotne. Mają jakieś pierwszeństwo, zaznaczone w planie budowy. Może więc one jako pierwsze powinny w Wigilię przemawiać? O czym by powiedziały w tę świętą noc?

Wiedza ma tę moc, która pozwala zobaczyć, dostrzeć znacznie więcej. A co Ty byś w imieniu pierwoustych powiedział? W kontekście nocy wigilijnej.

 

Czytaj także: Wtórouste – ekstrawagancja i nonkonformizm naszego przodka

Monszatan czyli o co chodzi z tym GMO ?

sczachor

Monszatan1Jako biolog czynnie uprawiający naukę powinienem dużo o GMO wiedzieć. Sam co prawda w zasadzie badań nad GMO nie prowadzę (niżej wyjaśnię dlaczego użyłem słowa „w zasadzie") ale z racji zajęć ze studentami biotechnologii temat ten jest często poruszany i dyskutowany na wszelkie sposoby. Mimo to z dużą przyjemnością przeczytałem książkę Marcina Rotkiewicza „W królestwie monszatana. GMO, gluten i szczepionki”. Poznałem sporo nowych dla mnie faktów. I mimo, że z głównymi tezami książki się zgadzam to czuję niedosyt i mam jedną zasadniczą uwagę. O tym będzie niżej.

Książkę gorąco polecam, zarówno przeciętnemu zjadaczowi chleba jak i biologom czy biotechnologom. To nie jest książka biologiczna. Marcin Rotkiewicz przestawia ciekawą opowieść społeczną. Obszerniej wyjaśnia tradycyjne sposoby udomawiania roślin, o samych technikach GMO niewiele pisze. Bo nie jest to podręcznik dla biotechnologów. Obszerniejsze wyjaśnienie technik tradycyjnego rolnictwa potrzebne jest Autorowi to uzmysłowienia, że owo tradycyjne rolnictwo także modyfikuje rośliny i to w sposób genetyczny. Od siebie dodam, że jest bardzo płynna granica między GMO w szerokim rozumieniu a GMO w wąskim rozumieniu. Bo w szerszym znaczeniu … organizmy rozmnażające się płciowo ze swej natury wykonują chcąc nie chcąc modyfikacje genetyczne potomstwa. Na tym bazuje ewolucja. Oraz zabiegi hodowlane, stosowane przez  człowieka od kilku tysięcy lat. Zmieniają się tylko narzędzia, precyzja i szybkość.

Wspomniałem o niedosycie. Moim zdaniem Autor zbyt dużą wagę przywiązuje do jednego człowieka (Jeremy Rifkin) i jednej organizacji (Greenpeace), przez co niechcący upodabnia się do stylistyki teorii spiskowych. Co prawda w kilku miejscach próbuje nakreślić społeczne tło i inne uwarunkowania, niemniej jest (jak dla mnie) tego zbyt mało. I nie wyjaśnia groźnego fenomenu teorii negacjonistów-denialistów nie tylko w odniesieniu do GMO, ale i innych aspektów współczesnego życia (o których wspomina już w tytule książki).

Mimo tego niedosytu książkę gorąco polecam, bo każdego tygodnia spotkać można takie apele (w mailach, na portalach społecznościowych, w mediach):

„Przyjaciele i Przyjaciółki!

Monsanto rusza ze sprzedażą megatrucizny, która zabija napotkane na swojej drodze rośliny... chyba że są zmodyfikowanym genetycznie produktem Monsanto. Co gorsza, przenosi się przez wiatr, zatruwając tereny, które nie były nią pryskane.”

Megatrucizna? Przenosi się przez wiatr? O takich nieporozumieniach obszernie opowiada Marcin Rotkiewicz w swojej książce „W królestwie monszatana”. GMO w popkulturze traktowane jest jako współczesny szatan, czarownica, wiedźma, z którymi trzeba walczyć, bo grozi nam zagłada. W sumie w społecznościach ludzkich nic się nie zmieniło od stuleci. Zmienia się tylko nazwa owej czarownicy. Tym razem jest to koncern Monsanto. W książce Rotkiewicza znajdziecie dokładne wyjaśnienie, dlaczego to ten koncert tak podpadł (jakie firma popełniła błędy marketingowe i wizerunkowe).

"Królestwo monszatana" jest ciekawą opowieścią o zmaganiach postępu z ignorancją. Rozumienie rzeczywistości potrzebne jest każdemu człowiekowi (obywatelowi). Biotechnologia i rozumienie zjawisk ekologicznych we współczesnym świecie są kluczowe, równie ważne jak technologie elektroniczne. Bez tej wiedzy można codziennie podejmować nierozsądne decyzje. O kilku przykładach pisałem już wcześniej:

Co znaczy „naturalnie i lokalnie wytwarzana żywność”? Można się domyślać, że jest zdrowsza i bardziej przyjazna dla środowiska. Ale dlaczego? Czy potrafisz, drogi czytelniku, to wyjaśnić? 

GMO jest słowem wytrychem i producenci na wyścigi umieszczają na etykietach, że ich produkty są bez GMO. Jeśli na opakowaniu z kurzymi jajami znajduję napis „bez GMO, nie karmione paszą z GMO” – to co to znaczy? W jaki sposób GMO z paszy miałoby przenieść się na kurę i dostać do jajka? Na tych samych opakowaniach często brakuje informacji czy jajka pochodzą od kur z wolnego wybiegu czy klatkowego (a przecież to ma zasadnicze znaczenie a nie mityczne GMO). Czy kury dostawały profilaktycznie antybiotyki, czy i jaka była pasza? Bo tym, co rzeczywiście zagraża naszemu zdrowiu, są związki biologicznie czynne (hormony, antybiotyki), czy inne substancje np. dioksyny, herbicydy itd. To one dostają się do organizmu kury a potem my to zjadamy i nasz metabolizm się z tymi substancjami boryka. Coś wiemy, że dzwoni, ale nie bardzo wiemy w którym kościele. Zatem podstawowa wiedza biologiczna i… rolnicza przydatna jest każdemu człowiekowi. W powszechnym obiegu czasami funkcjonują dawno nieaktualne informacje.

Książka Marcina Rotkiewicza to także dobry przykład jak się toczą w przestrzeni publicznej spory denialistów i ekspertów, na czym polega retoryka wojujących negacjonistów i jak powinien wyglądać sensowny dialog na dowolny temat. W pewnym sensie pokazuje czym różni się dyskurs naukowy od ulicznej kłótni.

Z przekonaniem polecam „Królestwo monsztana”. A potem proponuję sięgnąć do książek biologicznych by zrozumieć czym jest ewolucja, zmienność genetyczna, organizmy modyfikowane genetycznie itd. GMO samo w sobie nie jest niczym złym. Tak jak nóż – może służyć do krojenia chleba lub smarownai masła. Ale można nim też zabić inną osobę. Czy zakazać wytwarzania sztućców kuchennych bo ktoś mógłby kogoś nimi zabić? Głupota totalna. Podobnie z GMO. Zależy co to za modyfikacja i jakie skutki mogą być w wyniku użytkowania. Problem złożony, warto już teraz się dokształcać by móc nawet ze znajomymi toczyć sensowne rozmowy. I podejmować racjonalne decyzje w sklepie. Albo w czasie wizyty u lekarza, w sprawie szczepień profilaktycznych.

jajabezgmo

Na koniec wyjaśnię stwierdzenie „Sam co prawda w zasadzie badań nad GMO nie prowadzę”. Chruściki (Trichoptera) jako takie były wykorzystywane do badań nad skutkami jednej z odmian kukurydzy GMO, zawierającej geny odpowiedzialne za produkcję toksyny bakteryjnej. Znam te badania z literatury, sam takich nie prowadziłem. Ale badania naukowe prowadziłem w uprawach wierzby, przeznaczonej do celów energetycznych. Hodowlane odmiany wierzby nie były klasycznym GMO – wytworzone zostały „klasycznymi” metodami rolniczymi. Chodzi o uzyskanie najbardziej optymalnych odmian. Moje badania dotyczyły bioróżnorodności w takich uprawach.

Co by było, gdyby nikt nigdy nie uczył biologii i przyrody?

sczachor

22090013_10212852642504224_2954311359434937321_nGdyby nikt nigdy nie uczył biologii czy przyrody (to szersze podejście do biologii, bardziej interdyscyplinarne i międzyprzedmiotowe)? Oj, to byłoby bardzo marnie, wręcz niebezpiecznie.

Było krótko, teraz pora na solidniejsze uzasadnienie. Po pierwsze we współczesnym świecie nie ma możliwości nauczenia się samemu wiedzy biologicznej, więc nie można zostawiać bo „samo się zrobi”. Po drugie znajomość praw biologii jest bardzo potrzebna do współczesnego życia.

A było to tak. Dawno, dawno temu żyliśmy w środku procesów przyrodniczych. Niebo z gwiazdami było codziennie widoczne (współczesne miasta zaśmiecone są światłem i nawet w bezchmurną noc trudno dostrzec gwiazdy na niebie). Przyroda była wokół nas. To znaczy wokół naszych przodków (wokół nas też jest, ale zupełnie inna). Czy to myśliwy, czy zbieracz czy rolnik, codziennie się spotykał z roślinami, grzybami, zwierzętami, procesami przyrodniczymi. Uczył się od małego poprzez naśladownictwo i uczestnictwo w polowaniach, zbieraniu jagód, uprawie roli. Często leżał na trawie a w chacie słychać było nie tylko brzęczenie much ale i cykanie świerszcza za kominem. W pobliskiej rzece czy jeziorze chrząszcz brzmiał w trzcinie. Lub w sitowiu. Nasz przodek uczył się rozpoznawania roślin i zwierząt, które są jadalnie, które niebezpieczne, które przywracają zdrowie. Uczył się ustawicznie, przez całe życie i wiedzą się swoją dzielił. Od tego zależało jego życie. I przeżycie. Egzamin ważniejszy niż testy szkole, matura czy doktorat.

Współczesny młody człowiek żyje przeważnie w mieście (a i wieś miasto już przypomina). Dużo czasu spędza w budynkach, w pomieszczeniach, świat obserwuje przez … ekran telewizora, komputera, telefonu. Nie doświadcza. A jak na wsi, to także kontaktuje się z techniką i poznaje przyrodę za pośrednictwem mediów. Czasem dużo więcej wie o zwierzętach z Afryki (bo takie są filmy) niż o tych, co za progiem. A także tych co w domu. Dlatego nie dziwią sensacyjne wynurzenia o groźnych biedronkach azjatyckich (O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Poziom oderwania (wyizolowania) od rzeczywistości jest zatrważająco duży.

Niegdyś oczywiste wiadomości stają się współcześnie… egzotyczne. Bo skąd ma wiedzieć uczeń jak powstaje mleko, kiedy widzi tylko to w kartonikach na sklepowych półkach a nigdy nie widział żywej krowy. Nie mówiąc o dojeniu krowy czy kozy? Nawet w podręcznikach szkolnych znaleźć można sporo błędów (drobnych). Bo i sam autor czy ilustrator nie wie jak wygląda kłos jęczmienia. Zna pewnie tylko z innych ilustracji… Daleko od przyrody i świata naszych przodków. 

Czy artysta powinien wiedzieć jak wygląda chrząszcz? Powinien. Bo na przykład w Szczebrzeszynie, co to z brzmiącego chrząszcza słynie, artysta nie wiedział (Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście). I stoi pasikonik jako pomnik chrząszcza. I to w dwóch egzemplarzach. Najpewniej ów artysta świat owadów znał z animowanego filmu o pszczółce Mai...  Chrząszcz czy pasikonik, co za różnica? Duża. I nawet to, że chrząszcze brzęczeć mogą, nawet w trzcinie. Oraz, że są ćmy co piszczą… na swojej trąbce (O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera).

Albo gdy się spotka żółtą żabę w Polsce, to uciekać, dzwonić na policję czy się zafascynować? (czyta: Żółta żaba z dojlidzkiego stawu co zamieszania narobiła)  Lub też czy warto wiedzieć jak wygląda barszcz Sosnowskiego i co oraz kiedy grozi, gdy się taką roślinę spotka? Azjaci pod reszelskim zamkiem, do broni (do kos)! 

Dlaczego Europejczycy podbili obie Ameryki i Australię (a nie odwrotnie) i jaki w tym udział miały udomowione zwierzęta, równoleżniokowe ułożenie Eurazji i odzwierzęce choroby? Jaki wpływ na rozwój cywilizacji miały i mają katastrofy ekologiczne? To wiedza jak najbardziej aktualna, bowiem żeby uniknąć kolejnej, a zarazem globalnej katastrofy o podłożu ekologicznym, trzeba rozumieć zjawiska przyrodnicze, w skali mikro i makro.

Co więcej, wiedza biologiczna dawno poszerzyła swoje obszary zarówno do skali mikro jak i makro. Wiemy dużo więcej niż wynika z doświadczenia pojedynczego człowieka. Stąd „na chłopski” rozum trudno pojąć z czego wynikają zmiany klimatyczne i jaki udział ma w tym człowiek, w tym nasze codzienne poczynania. A jeśli się nie rozumie, to trudno zaakceptować zalecane środki zaradcze w zakresie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. I mnożą się przeróżne teorie spiskowe „antyklimatyczne”....

Z drugiej strony poznanie sięgnęło świata mikro. I to nie tylko w odniesieniu do budowy komórkowej ale i biologii molekularnej. Stąd się biorą niezrozumiałe (a wynikając z ignorancji) obawy przed GMO (nawet tam, gdzie tego nie ma (O istocie życia czyli czy krowa jedząca paszę z GMO sama staje się GMO). Innym, znamiennym przykładem jest nasilający się ruch antyszczepionkowy. Przykładowe głosy owych denialistów wiedzy biologicznej przytaczam niżej. Przy okazji wyjaśnię, że kleszcze nie są owadami, a borelioza to choroba odbakteryjna.

Tak, bez wiedzy biologicznej trudno przeżyć nawet we współczesnym świecie. Trzeba się jej uczyć nie tylko w szkole. Dlatego jadę do Iławy na spotkanie, zorganizowane przez bibliotekę. A w przyszłym tygodniu rozpoczyna się Tydzień Otwartej Nauki. I z tej okazji opowiem o kolejnych pomysłach, jakie wykoncypowali Superbelfrzy RP oraz Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie.

 22449926_1416504178403216_5528574196941172737_n

22490039_888899541273058_6625685396658730155_n

O ewolucji, pasożytach i trolujących hejterach

sczachor

dzbanecznikiPodobieństwo systemów żywych i kulturowych w moim odczuciu świadczy o jedność świata we wszystkich jego przejawach. Poszukiwanie podobieństw i jednolitych praw, niezależnie od poziomu organizacji od lat mnie zajmuje. Bez wątpienia jestem zwolennikiem ogólnej teorii systemów.

Życie to program czy struktura? Pytanie to powraca ze zdwojoną mocą w obliczu postępów w konstruowaniu sztucznej inteligencji. Czy na przykład możliwe jest trwanie człowieczeństwa… w układach krzemowych? To samo można powiedzieć o systemach żywych. Takie pomysły od dawna lęgną się w głowach ludzkich, że przypomnę tylko mojego ulubionego futurologa Stanisława Lema.

W niniejszym wpisie chciałem opowiedzieć o pasożytach. Organizmy żywe od miliardów lat żyją w obecności pasożytów i w interakcji z nimi. A skoro są pasożyty (tak jak i inne interakcje międzygatunkowe) to nasze organizmy ewolucyjnie przystosowane są do ponoszenia strat. Na przykład nasze organy są ponad niezbędne potrzeby. Bo zawsze coś nas podżerało. Dlatego teraz możemy żyć z jedną nerką, jednym płucem (mniej wydajnie ale jednak). Wcześniejsze przygotowanie na możliwe i prawdopodobne straty.

W układach kulturowych też mamy relacje podobne do pasożytnictwa. I też chyba można dopatrzyć się podobnych strategii radzenia sobie z obecności „pasożytów”. Na przykład internetowych trolli czy hejterów. Są jak pasożyty, niezdolni do samodzielnego życia. Pasożyt-troll, jest również uciążliwy, żyjący cudzym (cudzymi zasobami, cudza energią). Istnieje tylko wtedy, gdy może na kimś pasożytować. Komentuje cudze wpisy bo sam ich stworzyć nie potrafi. Sam nie napisze, potrafi tylko komentować, krytykować złośliwie w stylu „ja tylko pytam”, jak eunuch w haremie, niczego nie spłodzi (sam) ale zawzięcie się udziela.

Czym się różni pasożytnictwo od drapieżnictwa? Wielkością względem ofiary. Pasożyt jest mały (fajna z tego aluzja społeczna wychodzi). Nie zabija a szkodzi. Drapieżnik jest duży w stosunku do ofiary – zabija osobnika i zjada. W pewnym sensie „pasożytuje” na populacji.

Krawiec kiedyś szył ubrania, od początku do końca. Projektował, fastrygował, przymierzał i powstawał ubiór kompletny, dostosowany do osoby. Czym innym jest dokonywanie drobnych przeróbek. Gotowe ubranie, które tylko nieco poprawia, skraca, doszywa, modyfikuje, ceruje. Też umiejętności lecz nieco o węższym zakresie kompetencji. Możliwe jest tylko przy jednoczesnym funkcjonowaniu fabryk odzieżowych. W szerszym systemie utrata części funkcji (tak jak w relacjach pasożyt-żywiciel). Podobnie szewc szył byty. Teraz tylko naprawia - zredukowane umiejętności, zawężenie. Pasożyt także ma zredukowane struktury i funkcje, sam nie przeżyje. Podobnie z internetowym trolem. Żyje tylko kosztem innych. Sam z siebie nie potrafi niczego stworzyć, napisać (czegoś o znamionach całego utworu, pełnej wypowiedzi). Tylko komentuje. Złośliwie. Myśli, że jest to oznaką inteligencji. Takie światełko odblaskowe, błyszczy tylko światłem odbitym. Uciążliwy jak pasożyt.

Hejter jest anonimowy bo boi się oceny i weryfikacji, nie potrafi stworzyć spójnej całości. Nie jest malarzem tworzącym dzieło (lepsze lub gorsze ale dzieło). Jest jak wandal co bazgrze, sprayem wypisuje brzydkie wyrazy. Lub scyzorykiem wycina nieporadne słowa na drzewach lub meblach.

Ignorować czy zwalczać? Co bardziej kosztowne? Kiedy w tundrze pojawia się dużo owadów krwiopijnych to renifery migrują bardziej na północ. Trud wędrówki, by uwolnić się od komarów i innych licznych, sześcionogich krwiopijców. Ale gdy nękających much jest niewiele, to mniejsze koszty są, gdy je tolerujemy (mimo strat) niż zwalczamy (bo to także wymaga energii). Biologia ewolucyjna podaje wiele przykładów takich dylematów i bilansów energetycznych.

Mój osobisty troll też bywa uciążliwy. Musiałem zwiększyć ograniczenia na moim blogu (włączone moderowanie). Jest to uciążliwsze dla czytelników (bo później widzą swoje komentarze), i dla mnie jest uciążliwsze bo częściej muszę zaglądać na blog w formule administratora. Włączyłem moderowanie by nie upowszechniać treści rasistowskich, faszystowskich, agresji, wulgaryzmów i bzdetów. Dlaczego miałby taki hejter korzystać z mojego bloga, dość licznie odwiedzonego? Pasażer na gapę, roznoszący „choroby”. Bo i pasożyty często roznoszą patogeny. Na przykład takie kleszcze. To, że wypija trochę krwi, nie stanowi dla nas wielkiego problemu. Jednak borelioza czy odkleszczowe zapalenie opon mózgowych jest już dużo większym problemem. Kleszcze bywają wektorem dla dużo groźniejszych patogenów, infekujących skrycie i z opóźnieniem. Koszt energetyczny zwalczania pasożytów bywa niekiedy duży, dlatego czasem opłaca się cierpieć, zaakceptować straty bo zwalczanie będzie bardziej kosztowne.

Rośliny jako organizmy osiadłe, narażone są na eksploatację przez roślinożerców. Roślina nie ucieknie. Musi bronić się inaczej, np. bronią chemiczną czyli różnymi związkami trującymi lub „zniesmaczającymi”. Koszt syntezy trucizn bywa spory. Dlatego bywa tak, że dopiero po nagryzieniu liści przez foliofagi następuje wzmożona synteza różnych związków obronnych. Czasem rośliny wydzielają sygnały chemiczne ostrzegające inne osobniki o obecności roślinożerców i potrzebie uruchomienia fabryki chemicznej.

Pojawianie się głupawych wpisów mojego osobistego (antyeuropejskiego, denialistycznego i antynaukowego trolla) powoduje włączanie uciążliwszej funkcji moderowania komentarzy.

Pasożytnictwo istnienie w przyrodzie. Organizmy przystosowują się do ich obecności, uruchamiając różnorodne strategie obronne wtedy, gdy szkody stają się zbyt uciążliwe.

 

ps. Na zdjęciu dzbaneczniki, rośliny owadożerne. Bo nawet nieruchliwa roślina może być konsumentem (odwrócone role). Zdobywa azot, gdy brakuje go w glebie. Na wszystko znajdzie się sposób.

Europejska Noc Naukowców i bajka o chruściku z Jeziora Czarnego

sczachor

22042249_10212810275925086_9013861102005371864_o

O chruścikach, owadach wodnych z rzędu Trichoptera, opowiadałem już na różne sposoby i w różnych gremiach: w terenie na ćwiczeniach ze studentami, warsztatach bentologicznych, z foliami na rzutniku pisma (konferencje i zajęcia dydaktyczne, teraz już rzutniki pisma wyszły z użycia), z rzutnikiem multimedialnym na konferencjach naukowych, zajęciach dla studentów i wykładach popularnonaukowych dla uczniów, dorosłych i seniorów. Ba, malowałem chruściki na butelkach, kamieniach i dachówkach, tocząc przy okazji odpowiednie rozmowy. A w Europejską Noc Naukowców 2017 (29 września) po raz pierwszy o chruścikach opowiem w formie… bajki kamishibai. Sam namalowałem ilustracje (ciężko było, ale się podszkolę jeszcze). Tu mała dygresja – lekcje plastyki są w szkole przydatne, bo nie wiadomo co się w życiu przyda…

Z kamishibai zadebiutowałem rok temu, też na Nocy Naukowców. Opowiedziałem bajkę o cytrynku latolistku, która powstała we współpracy z ODN Target (Poznań). Potem kilka razy jeszcze występowałem przed dziećmi w różnych miejscach i edukacyjnych okolicznościach. Pokusiłem się także o przygotowanie wykładu dla studentów (było o komunikacji i stylach prezentacji, wykorzystałem myślografię). Niedawno przedstawiłem kamishibai na zajęciach z hydrobiologii dla studentów z Japonii… A teraz będzie premiera z opowieścią o chruściku z Jeziora Czarnego. Siwe włosy a ciągle się uczę. Takie czasy, takie czasy… Nowe formy edukacji i upowszechniania wiedzy są niezbędne bo świat wokół nas się zmienia bardzo szybko. Więc trzeba się uczyć, ćwiczyć, eksperymentować. I dzielić się doświadczeniem ze studentami oraz nauczycielami.

21125542_10212580533501669_6683019017086393624_o

Na Noc Naukowców 2017 przygotowałem z różnymi osobami (lubię wsporacować) kilka propozycji. Już od lata można oglądać wystawę dachówek, Molariusz Warmińsko-Mazurski, powstałą w czasie Tygodnia Bibliotek, we współpracy m.in. ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Na bazie tych dachówek powstała gra edukacyjna, w której można zauczestniczyć w godzinach 16.00 do 20.00 (Tajemnica Moli Książkowych z Uniwersyteckiej Biblioteki). 

O 16:30 będzie premiera bajki kamishibai pt. „O chruściku z Jeziora Czarnego"). Ponownie bajki tej można będzie wysłuchać o godz. 19.00. 

W godzinach 17:00-19:00 – odbywać się będą warsztaty konstrukcyjne "zrób sobie chruścika" - szycie i klejenie maskotek w kształcie chruścików, które poprowadzi pedagog i pisarka Anna Mikita. Można będzie także oglądać prawdziwe chruściki pod powiększeniem oraz na tablecie obejrzeć filmy o chruścikach.

Natomiast o godzinie 20.00 pojawią się … Wiedźmy i czarownice w laboratorium. 

Zapraszam zatem na wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego oraz dyskusje o edukacji (i o chruścikach). Porozmawiajmy o przykładach wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet).

Chruściki to owady wodne (a ściślej amfibiotyczne), które w stadium larwalnym żyją w środowisku wodnym a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą zazwyczaj nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne i norki. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie tam, gdzie są sprzyjające warunki (siedlisko wodne) - spotkać je można w całym kraju. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Jakie chruściki żyją w Jeziorze Czarnym? Do tej pory udało się ustalić, że w Jeziorze Czarnym w Olsztynie występują: Leptocerus tineiformis, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Mystacides longicornis, Athripsodes aterrimus, Oecetis furva, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis (ten jest bohaterem bajki edukacyjnej), Limnephius politus, Limnephilsu extricatus, L. lunatus, L. rhombicus , Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Oxyethira sp., Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agrypnia varia, Agrypia picta (oznaczenie niepewne), Phryganea grandis.

Czytaj więcej:

Ile chruścików widać na załączonym zdjęciu? Dygresja o biologii i ekologii.

sczachor

policzone_chrusciki

Przeciętny oglądacz i spacerowicz nie zobaczy żadnego chruścika na powyższym zdjęciu. Znakomicie zlewają się z tłem. Jest to więc drobna uwaga do pytania, po co są chruścikom domki. Wprawne oko (czyli ukierunkowana uwaga poznawcza, z wcześniejszą wprawą w rozpoznawaniu i wyszukiwaniu chruścików) dostrzeże pojedyncze, małe domki chruścików. Dostrzegamy to, czego się spodziewamy, oczekujemy i co już znamy. Przy powiększeniu zdjęcia na komputerze doszukałem się 11 piaskowych domków chruścików (zaznaczone czerwonymi kółkami). Znając siedlisko i przyglądając się im w terenie mogę napisać, że są to młode larwy Potamophylax nigriconirs. Były także larwy Sericostoma sp. Ale ich akurat na zdjęciu nie widać.

Zdjęcie wykonane zostało w połowie września w rozległym źródlisku Puszczy Knyszyńskiej, w rezerwacie Budzisk. Obfitość chruścików była duża. Nastaje jesienny czas, liście opadają do wody, pojawia się duża baza pokarmowa. Cykl życiowych omawianych chruścików (rozdrabniacze, detrytusożercy) dostosowany jest do sezonowego pojawiania się pokarmu (zimowe wielkie żarcie). Ale te wodne owady nie żywią się samą celulozą. Zjadają porastające liście bakterie i grzyby, stanowiące wartościowe źródło azotu (białka).

Zjadać i nie być zjedzonym. W dużym stopniu domki chruścików pełnią funkcję kamuflażu. Co dobrze widać na zdjęcia (przez to że nie widać). Trudno odróżnić chruścika od tła, więc jest dla potencjalnych drapieżników niewidoczny lub trudno widoczny. Liść został odwrócony, zatem widoczne na liściu larwy były pierwotnie od spodu, zupełnie niewidoczne. Ale być może wyspecjalizowany drapieżnik (albo wyćwiczony trichopterolog lub bentosiarz) być może łatwiej dostrzega swoje ofiary. Po prostu specjalizacja.

Ile jest wszystkich chruścików na powierzchni helokrenu (helokren to typ źródła), widocznej na zdjęciu? Zapewne dużo więcej niż uda się dostrzec na zdjęciu. Trzeba by było podnieść i przejrzeć wszystkie liście, jak i być może poszukać larw zagrzebanych w piasku. Jednym słowem trzeba byłoby pobrać próbę czerpakiem hydrobiologicznym i przebrać na białej kuwecie (tacce) – wtedy wszystkie bezkręgowce są łatwiej zauważalne. Łatwiej także zauważyć je wtedy, gdy się poruszają. Zatem przebieranie przyżyciowe jest efektywniejsze. Wymaga czasu i cierpliwości. Mniejsze osobniki widoczne będą dopiero pod powiększeniem (oglądane w pracowni pod lupą stereoskopową).

Larwy chruścików na białej kuwecie będą lepiej widoczne… bo wyjęte są z ich środowiskowego kontekstu. Przez wiele stuleci zoologia miała taki charakter: zwierzęta przedstawiane były w oderwaniu od ich ekologicznego kontekstu: atlasy zwierząt z cechami budowy. Przegląd systematyczny, skupiony na budowie zewnętrznej i wewnętrznej. Różnorodność może zadziwiać. Ale organizm (gatunek) funkcjonuje w konkretnym środowisku. Jest do niego przystosowany. Ów ekologiczny kontekst pozwala wiele zrozumieć z budowy analizowanego organizmu.

Intelektualne dostrzeżenie organizmu w jego środowisku, czyli analizowanie budowy i funkcji w kontekście środowiska, w którym dany gatunek żyje, pozwoliło wiele zawiłości zrozumieć. Tak, jak chociażby funkcję domku u larw chruścików. Jest jeszcze drugi kontekst – ewolucyjny. To dostrzeżenie organizmu w kontekście i środowiska i relacji z innymi gatunkami oraz w kontekście czasu. Ekologia i ewolucja porządkują nam ogromną różnorodność biologiczną, zaprowadzają porządek i pozwalają dostrzec wiele prawidłowości. Pozwalają zrozumieć pozornyc chaos i niepowtarzalność.

Potrzebne są dwa równoczesne podejścia: analizowanie części jak i analizowanie całości (czyli kontekstu owej części). Zatem analityczne podejście do organizmu jak i syntetyczne, całościowe analizowanie w naturalnym środowisku (kontekst ekologiczny i ewolucyjny). Dobra teoria pozwoli zobaczyć to, czego nawet nie widać. Na przykład ślady obecności organizmów, których nie widać na zdjęciu (bo były tu wcześniej a teraz są nieco dalej). Lub ślady obecnosci mikroskopijnych bakterii i grzybów.

Niebawem nowy rok akademicki. Razem ze studentami rozpocznę kolejną przygodę detektywistyczną – uczenie się dostrzegania w otaczającym nas świecie różnych organizmów i dostrzegania ich przyrodniczego sensu. Zatem i część i całość. Z racji mojej specjalności będą to organizmy wodne, ze szczególnym uwzględnieniem chruścików. Na przykładzie jednej części opowiedzieć można o całym świecie. Tak jak z ziarna piasku można wywnioskować o całej pustyni.

A opowieści przyrodnicze mogą być okazją do... opowiadania o człowieku. Jeśli nie wprost, to przez subtelne analogie. Liczę więc, że bloga odwiedzać będą także i humaniści.

Czy dżdżownice śpią?

sczachor

Lumbricus.terrestrisDzieci mają tę właściwość, że zadają tak zwane głupie pytania. Podobnie jak niektórzy naukowcy (czyżby zachowali swą dziecięcość?). Głupie w tym sensie, że trudne i niespodziewane, że zazwyczaj sami o czymś takim nie pomyślimy. Dżdżownica to dżdżownica, po deszczu, znaczy dżdżu, wychodzi, szuka się jej pod kamieniami jako „robaka” na ryby. Ale żeby się zastawiać się czy śpią? To tylko dziecko może na to wpaść. Albo jakiś dociekliwy naukowiec.

Na blogu w zasadzie są dwa główne typy komentarzy. Pierwszy typ to szybkie, np. od jakiegoś czasu zamieszcza je przygodny troll, pisze bez związku z tematem, pod najnowszym wpisem, bo pod ręką. Bo czasem jak trolla przymusi, to musi, gdzie popadnie. Ale częściej pojawiają się komentarze pod starszymi postami, np. przyrodniczymi. Widać, że czytelnicy trafiają przez wyszukiwarki internetowe, gdy czegoś dla siebie szukają. Albo gdy dziecko zapyta i szuka się ratunku (pomocy). Ewentualnie jako link z tematycznego forum dyskusyjnego.

Tak było i tym razem. W komentarzu pod artykulikiem na temat ślimaków (czym się odżywiają) taki zastałem tekst: „Dziecko moje przywlokło ze spaceru ślimaka. Wyraziłam zgodę na kilkudniowy pobyt obywatela w naszym domu pod warunkiem zwrócenia go matce naturze w stanie nienaruszonym. Nieuchronne było więc pytanie co jedzą ślimaki? Właśnie uratował Pan pewnego towarzyskiego wstężyka gajowego (…) przed śmiercią głodową a mnie przed kompromitacją. Oczywiście nie obyło się bez kłopotów, ponieważ dziecko młodsze zainspirowane zdjęciem gotowe było do wydalania, w celu nakarmienia ślimaka. Dziecko starsze uznało natomiast, że fragment o sekcji jest zdecydowanie najciekawszy. Ostatecznie udało mi się przekonać potomstwo, że równie interesujące będzie obserwowanie, które liście nasz gość będzie wybierał. Na razie preferuje sałatę i miętę. Pojawił się jednak inny palący problem. Czy "dżdżownice" śpią ? Bardzo proszę o pomoc. Pozdrawiam BB”

Dżdżownice jako skąposzczety i pierścienice zajmowały moje myśli już znacznie wcześniej, w ujęciu ewolucyjnym. Skąposzczety w porównaniu do morskich krewniaków – wieloszczetów – mają prostszy cykl życiowy. Nie ma larwy swobodnie żyjącej. Podobnie jest u słodkowodnych skorupiaków, takich jak raki (dziesięcionogi). Ich morscy krewniacy mają larwę, żyjącą w wodze, a nasze raki mają rozwój prosty. Z jaja wylęga się mały raczek. Złożoność cykli życiowych jest zmorą studentów biologii, bo trudno to jakoś od razu ogarnąć. Zwłaszcza, że zawsze są jakieś wyjątki.

Gdy zwierzęta wędrują z morza do wód słodkich (rzeki, jeziora), jako pierwszy krok do wyjścia na ląd, to obserwować możemy przebudowę cyklu życiowego i utratę larwy wolnożyjącej w wodzie. Tak było chyba i u trylobitów, których potomkami są owady. Co się zmienia w warunkach życia? Mała, wolnożyjąca larwa, planktoniczna, to znakomite przystosowanie dla dyspersji. Tak jak na lądzie wiatr porywa babie lato czy nasiona roślin. Ale w wodach śródlądowych taka larwa traci sens: raz, że rzeka znosi w dół, dwa, że w wodach śródlądowych są niewielkie odległości. Co innego w morzach i oceanach. Zatem utrata w cyklu rozwojowym larwy i uproszczenie rozwoju (zamknięcie pewnego etapu w osłonkach jajowych) to odpowiedź na zmianę strategii dyspersji.

No dobra, ale co z tym snem dżdżownic? Z racji remontu w domu nie mam dostępu do mojej biblioteczki książek biologicznych. Trudno mi więc odświeżyć wiedzę zoologiczną. Pozostaje internet i googlowanie. Pierwsza odpowiedź okazała się dla mnie zaskakująca, bo dotyczy… sennika. Znaczy przeciętnego użytkownika internetu bardziej interesuje to, co oznacza, gdy śniła mu się dżdżownica niż sam fakt snu tego uroczego bezkręgowca.

Co podają różnorakie senniki? Jak się śni dżdżownica (mnie się chyba jeszcze nigdy nie śniła, ale po tych długich rozważaniach, to może i się przyśni): 1. za mało czasu poświęcasz bliskim, wolisz ukrycie niż kontakt ze światem. Potem, gdy musisz stawić mu czoła, dziwisz się, że ledwie unikasz rozdeptania. 2. nie przekonuj do siebie ludzi bogactwem, 3. (dżdżownica po deszczu) przez zachłanność pogorszą się Twoje kontakty z otoczeniem, 4. (nadziewać dżdżownicę na haczyk chcąc złowić ryby) – bez względu na wszystko będziesz podążać własnymi ścieżkami.

Wiedza przyrodnicza jest jednak mniej popularna. Trzeba szukać inaczej. Ja niestety zrezygnowałem po 10 minutach. Pozostaje tylko wnioskowanie z wiedzy ogólnobiologicznej, uwięzionej w komórkach nerwowych mojego mózgu. Być może jakiś naukowiec się już nad tym zastanawiał i napisał sążnistą i wyczerpującą pracę? Dżdżownice są rodziną skąposzczetów (Lumbricidae), te zaś należą do pierścienic. Żyją w glebie (inne skąposzczety także w wodach śródlądowych). Dżdżownice występują prawie na całej kuli ziemskiej, opisano około 250 gatunków. Prowadzą nocny tryb życia. A skoro są aktywne w nocy to raczej nie śpią o tej porze doby. Nocny tryb życia to najpewniej jedno z przystosowań by unikać drapieżników. Zwłaszcza, gdy dżdżownice wychodzą na powierzchnię gleby (o tym będzie niżej).

W części głowowej dżdżownicy (błędnie czasem nazywanej glizdą – bo glista to robak obły, obleniec a nie pierścienica. Na dodatek pisana przez s a nie z) znajduje się zwój okołoprzełykowy, pełniący funkcję mózgu. Prosty układ nerwowy to i pewnie bezkręgowiec spać nie musi. Zatem w sensie ludzkim dżdżownica nie śpi, a na pewno nie w czasie nocy. Ale może śpią w sensie zmniejszonej aktywności w niektórych porach roku?

Jak już wyżej wspomniałem, dżdżownice żywią się szczątkami organicznymi, wyszukiwanymi w glebie, albo zjadają je wychodząc na powierzchnię. Dlatego warto na miejskim trawniku zostawiać liście jesienią. Niech zostanie coś do jedzenia dla dżdżownic i innych, detrytusożernych bezkręgowców.

Większość życia dżdżownice spędzają w glebie, tam też się odżywiają i zimują. Zatem odrętwienie i spadek aktywności zimą można by uznać za sen. W tym sensie dżdżownica śpi. I to długo. Niektóre gatunki nawet latem zapadają w stan odrętwienia. Następuje to w czasie, gdy gleba ulega nadmiernemu wysuszeniu (upały). Skoro trudno się poruszać w stwardniałej glebie i pokarm jest wyschnięty i trudno dostępny (na martwej materii organicznej rozwijają się bakterie i grzyby, znakomite źródło białka), to lepiej jest zasnąć (stan odrętwienia). Zimowy sen nazywamy hibernacją a letni – estywacją. Zatem sen dżdżownicy może trwać kilka miesięcy. Śpi w tym znaczeniu w małej jamce (wcześniej zbudowanej), wyścielonej śluzem, zwinięta w kłębek.

Proste „robaki”, ale jak się głębiej zastanowić to stanowią wdzięczny obiekt badawczy. Mijając dżdżownice może warto się nad jej życiem zastanowić? Bo skoro żyje w glebie, to czemu nocą, po dżdżu wychodzi na powierzchnię? I to czasem w zimie? Dlaczego spotkać można je w kałuży lub wędrujące po chodniku? Zmyliły drogę? Ludzie od dawna zastanawiali się dlaczego dżdżownice wychodzą na powierzchnię (skoro żyją w glebie, to dlaczego wyłażą ?), zwłaszcza po deszczu. Dlatego, że łatwiej, bo gleba miękka - to pierwsza,  nasuwająca się odpowiedź.

Ale są jeszcze hipotetycznie inne powody. Po pierwsze niektórzy sądzą, że to z powodu braku tlenu. W wilgotnym środowisku, przy wysokiej temperaturze (latem), w wyniku intensywnej aktywności bakterii w środowisku z dużą ilością materii organicznej, może tworzyć się siarkowodór. Zatem dżdżownice wychodzą na powierzchnię by uniknąć zatrucia (siarkowodór wiąże się na stałe z hemoglobiną, zawartą we krwi).

Inni obserwatorzy „robaczego życia” wskazują na procesy płciowe. Jakkolwiek dżdżownice są obojnakami (większości gatunków, nieliczne rozmnażają się przez partenogenezę), to do rozmnażania szukają partnerów by wymienić się gametami (różnorodność genetyczna jest ważna). Ciała sklejone są śluzem, wydzielanym przez siodełko (kilka zgrubiałych pierścieni tworzących się na oskórku). Gamety przedostają się do siodełka i są przekazywane partnerowi, który na krótko magazynuje je w zbiornikach nasiennych. Po dokonaniu wymiany zwierzęta się rozchodzą.

Jeszcze inni badacze wskazują na migrację: po wilgotnej glebie łatwiej się przemieszczać niż przez drążenie korytarzy, czy po suchej ziemi. W końcu jest hipoteza dotycząca ucieczki przed drapieżnikami takimi jak kret. W czasie deszczu spadające krople wydają wibracje, podobne do tych, wytwarzanych przez krety.

I na koniec kilka słów o niezwykle ważnej, przyrodniczej roli dżdżownic: spulchniają glebę i ją mieszają. To na pewno pamiętamy ze szkoły. A dla pewności sami możemy wykonać eksperyment. Albo zbudować karmnik dla dżdżownic na miejskim trawniku. Karmniki dla ptaków są przecież takie banalne i powszechne. Karmnik dla dżdżownic to co innego, jest elitarny. I stwarza okazje do długich opowieści o życiu dżdżownicy z naciskiem na sen.

Fot. (u góry) dżdzownica ziemna, James Lindsey at Ecology of Commanster [CC BY-SA 2.5 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.5) lub CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons

Chemia wokół nas – czy jest się czego bać?

sczachor

DSCN1024We współczesnym świecie czyha na nas wiele, zupełnie nowych niebezpieczeństw. Zgodnie z przysłowiem strach ma wielkie oczy. Jednym ze źródeł naszych niepokojów jest chemia. To słowo klucz na różnego rodzaju związki chemiczne, obecne w naszym otoczeniu, szkodliwie oddziaływujące na nasze zdrowie.

Bo na przykład, taki monotlenek diwodoru, DHMO (skrót od angielskich słów dihydrogen monoxide) znany także pod nazwą kwas hydrohydroksylowy. Wspomniany związek chemiczny odpowiedzialny jest za erozję gruntów, niszczenie zabytków, przyspieszanie korozji metali. Ma także duży udział w efekcie cieplarnianym (ocieplenie klimatu Ziemi). Monotlenek diwodoru jest głównym składnikiem kwaśnych deszczów oraz wielu niebezpiecznych odpadów przemysłowych. Groźny jest dla człowieka - przypadkowe dostanie się do płuc nawet niewielkich ilości tej substancji w stanie ciekłym może doprowadzić do śmierci. Natomiast w formie gazowej powoduje poważne oparzenia ciała. Dłuższy kontakt DHMO w postaci stałej z naszym ciałem powoduje rozlegle zniszczenia tkanek. Związek ten został wielokrotnie wykryty w tkankach nowotworowych u wielu pacjentów. Co roku doprowadza do setek tysięcy zgonów. Nic, tylko samo zło. Dlatego tworzono petycje, aby sprzeciwić się wykorzystywaniu DHMO. Pomimo zagrożeń, DHMO jest wciąż używany jako rozpuszczalnik i czynnik chłodniczy w przemyśle, w reaktorach jądrowych, w produkcji tworzyw sztucznych, a także w doświadczeniach na zwierzętach.

Monotlenek diwodoru jest bezbarwny, bezwonny i zabija corocznie tysiące ludzi. Objawy spożycia DHMO mogą obejmować nadmierne pocenie się, zwiększone oddawanie moczu, czasem zaburzenia nudności, wymioty i zaburzenia równowagi elektrolitycznej organizmu (groźne w czasie letnich upałów). We współczesnym świecie jesteśmy otoczeni przez DHMO. Można powiedzieć że nasza cywilizacja jest od tego związku chemicznego uzależniona (wiadomo jakie siły za tym stoją...). Jednocześnie pozbawienie dostępu do DHMO oznacza …. pewną śmierć już po kilku dniach. Dlaczego więc się o tym milczy i trzyma w tajemnicy?

Ta groźna chemia znajduje się w domowej szufladzie i w kuchni. Bać się? Ale na strach nie pomoże czerwona wstążka (zabezpieczenie przed rzuceniem uroku), lecz solidna wiedza. Na przykład wiedza chemiczna. Bo przecież cała otaczająca nas materia to jakieś związki chemiczne. Monotlenek diwodoru to poprawna nomenklaturowo nazwa wody (H2O). Osoba z elementarną wiedzą chemiczną od razu rozszyfruje tajemniczą nazwę i ubawi sie dowcipem. Wszystkie zagrożenia wyżej spisane, rzeczywiście wiążą się z wodą… bo przecież utopienie się w morzu, rzece czy jeziorze polega na dostaniu się wody w stanie ciekłym do płuc. Gorąca para wodna może spowodować poparzenie itd.

Wiedza pozwala zrozumieć kontekst i poprawnie zrozumieć nawet sensacyjnie podane informacje, że monotlenek diwodoru wykorzystywany jest w reaktorach jądrowych. Do chłodzenia. A czyż powszechnie docierające do nas teorie spiskowe nie opierają się na niewiedzy? Emocje w zestawieniu z półprawdami lub niezrozumiałymi prawdami tworzą mieszankę wybuchową. Monotlenek diwodoru brzmi groźnie, ale woda już nie.

Nie trzeba wracać do szkoły by uzupełnić swoją wiedzę. Można eksperymentować samemu, w domu. Wykorzystując wszystko to co jest w kuchni. Wspaniały pomysł na rodzinne eksperymentowanie i poznawanie chemicznego świata wokół nas. Wakacyjne eksperymentowanie może usprawiedliwić i uzasadnić obecność mężczyzny w kuchni... jako troskliwego edukacyjnie ojca, pokazującego i wspólnie odkrywającego z dziećmi tajemnice chemii. A jak zostawi po sobie bałaganowy armagedon.... to przecież dla dobra dzieci i wiedzy można to chyba czasem tolerować?

Do takiej edukacji pozaformalnej polecam książkę „Laboratorium w szufladzie – chemia” autorstwa Angeliki Gumkowskiej, a wydaną w 2015 roku przez Wyd. PWN. Na początku jest sporo informacji o bezpieczeństwie i praktycznych uwag co do wyposażenia swojego, domowego laboratorium (kuchnia to doskonały plac zabaw dla małego dziecka... jak i opiekuńczego mężczyzny). Wiele potrzebnych "związków chemicznych" znajdziemy w zwykłych sklepach. Trzeba tylko wiedzieć co oznaczają nazwy zwyczajowe i jak się mają do nomenklatury chemicznej. 

Ćwiczenia (eksperymenty) w polecanej książce podzielone są ze względu na stopień trudności: te dla początkujących i te dla zaawansowanych chemicznych doświadczalników (w sumie trzy poziomu trudności). Właśnie w tym drugim przypadku wskazana byłaby obecność i asysta osoby dorosłej. Ale przecież i dorośli są ciekawi świata i chemicznych eksperymentów. Własne (lub sąsiadów) dziecko może być doskonałym alibi… dla "starego konia” co się bawi w eksperymentowanie w kuchni. Książka w półmiękkiej, wygodnej oprawie, bogato ilustrowana, opisująca nie tylko eksperymenty (jak wykonać i zdobyć materiały) ale także objaśniająca obserwowane zjawiska. Bo w prawdziwej nauce nie chodzi o same wybuchy i efekt „wow” lecz o zaciekawienie i zmotywowanie do głębszego poznawania.

Omawiana książka zaczyna się wstępem, dowcipnie nawiązującym do DHMO. Bo ta cała chemia nie jest taka straszna jak ją czasem media i teorie spiskowe opisują...

ps. dowcip jest oznaką inteligencji. Dlatego czasem naukowcy wymyślają historie o DHMO... 

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci