Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Warmia

Sysydlaczki na dachówce czyli o rodzącej się koncepcji Archipelagów Kultury Warmii i Mazur

sczachor

10419983_10204981848699298_8934298087929923783_n

Sysydlaczki to małe pierwotniaki, orzęski, gołym okiem ich nie widać (czytaj więcej o sysydlaczkach). Są organizmami wodnymi. To skąd na dachówce? Czyżby na dachówce, która do jeziora wpadła? Nie. Sysydlaczki namalowane zostały na dachówce i są przejawem powstawania unikalnej tożsamości regionalnej i współczesnej kultury. A jaki ma to związek z ogłoszonym samozwańczo* Rokiem Kultury oraz pomysłem Gazety Olsztyńskiej na Archipelagi Kultury Warmii i Mazur? Już wyjaśniam. 

Gadające dachówki to pomysł na wspólne tworzenie w przestrzeni publicznej z mocnym kontekstem dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu. W jakimś sensie są namacalnym przykładem na prosumcję kultury.  Namalowane przez Katarzynę Niemczak w czasie ostatniego, dachówkowego pleneru w barczewskim Skarbcu Kultury Europejskiej (zobacz więcej). Były dla mnie ogromną niespodzianką. Już dziesięcioletnie pisanie tu na blogu oraz inne formy popularyzacji bioróżnorodności Warmii i Mazur, a także wspólne spotkania i malowania, w czasie których opowiadam o przyrodzie, tej znanej i mniej znanej, zaowocowały kilkoma wspaniałymi dziełami. Coraz więcej osób, a zwłaszcza artystów zaczęło dostrzegać przyrodę wokół nas. W powieściach o prowincji Katarzyny Enerlich pojawiły się owady i ciekawostki przyrodnicze, na przystankach, malowanych przez Annę Wojszel pojawiły się oprócz kwiatów także ważki i motyle. A na malowanych dachówkach pojawiło się dużo owadów i konkretnych gatunków roślin (polnych chwastów). Ale wszystko przebiły sysydlaczki Katarzyny Niemczak. Niespodzianka i rewelacja w jednym. W taki sposób dziedzictwo przyrodnicze łączy się ze współczesną kulturą. Motywy przyrodnicze od dawna pojawiają się w twórczości, nawet owady - zwłaszcza motyle, ważki, chrząszcze. Bo są piękne. Ale sysydlaczków to nie było jeszcze chyba nigdzie! A tym bardziej na starych dachówkach. To co było już niepotrzebne i zdjęcte ze starej stodoły w Wipsowie lub Ruszajnach, przemieniło się w unikalną i pożądaną sztukę. Sztukę, która zbliża ludzi w trakcie tworzenia.

Kultura regionalna na Warmii i Mazurach to coś, co się rodzi. Stąd potrzeba odkrywania, opisywania (kto się tego podejmie?). W moim odczuciu mocno wiążę się z poszukiwaniem współczesnej tożasamości. Z Warmią i Mazurami kojarzą się bociany, kormorany, jelenie. Ale to takie oklepane. Przecież występuje tu co najmniej kilkanaście tysięcy gatunków istot żywych. W większości nieznanych, niedostrzeganych. A przecież Warmia może być krainą sysydlaczków, kłobuka i gadających dachówek. I tysiąca innych zwierząt i roslin, o których można opowiadać, śpiewać, malować. 

Współczesna kultura jest mocno rozproszona, tworzona w różnorodnych miejscach, niezależnie od siebie. Stąd pomysł na Archipelagi Kultury - wiele różnorodnych grup tworzących w swoim środowisku lokalnym. I pomyśł, by połączyć te grupy luźną siecią współpracy i wzajemnego wspierania się. W dyskusji mocno podkreślany jest związek przyrody (natury) z kulturą. A na dachówce z sysydlaczkami test to juz uwidocznione. Bo przecież nasza tożsamość i nasza kultura tworzy się w kontekście tej lokalnej przyrody. Dlatego sysydlaczki na dachówce uważam za niebanalny przykład rodzącej się niepowtarzalnej współczesnej kultury Warmii i Mazur. Oraz Powiśla.

U góry dachówka z sysydlaczkami, a niżej Autorka ze swym dziełem w Skarbcu Kultury Europejskiej. Takich niezwykłych miejsc, ludzi i twórczości jest u nas więcej. Całe archipelagi. Aż się chce podróżować i odkrywać. Ale nie da się tego zobaczyć w pośpiechu i przelocie. Tak jak sysydlaczków. Trzeba zwolnić, usiąść, posiedzieć, pomilczeć i patrzeć... Ja odkrywam nieustanie i nieustannie się tą różnorodnością i oryginalnością zachwycam. Pisaną, malowaną, śpiewaną... a nawet kulinarną. Dzisiaj na przykład jadłem talarki topinambura. Pychota.

* dlaczego Rok Kultury jest samozwańczy? Bo go sobie ogłosiliśmy nikogo się o pozwolenie nie pytając, a Gazeta Olsztyńska głośno o tym "roztrąbiła"

10410561_10204981876419991_1699575629881392854_n

Beczka, ławeczka i filozofowanie

sczachor

golebie

Diogenes mieszkał w beczce. Ale znany jest jako filozof a nie kloszard. Klimat filozofowania na ławeczce oddany został w serialu "Ranczo". Pod sklepem, na ławeczce siadali wiejscy pijaczkowie i rozważali różne zawiłości życia. Chłopska filozofia ale ciekawa. No cóż, wydawać by się mogło, że to jedynie fikcja filmowa. Ale z wywiadu z Jerzym Niemczukiem (zamieszczony w Gazecie Olsztyńskiej, 24-25.01.2015), dowiedziałem się, że pomysł na "ławeczkę filozofów" zrodził się w Wimlandii (Warmia i Mazury, od skrótu "wim"):

"Ławeczkę przywiozłem do "Rancza" z Mazur. Kiedyś spotkałem takich pijaczków, którzy prowadzili swobodne rozważania na temat kosmosu.(...) Uświadomiłem sobie także, ze menele sa grupą społeczną, która ma czas na refleksje."

No tak, czy my w zagonionym i dorobkiewiczowskim życiu mamy czas na refleksje? Wielu pustelników porzucało troski i zabiegi doczesne, decydując się na ubogie życie. Ubogie materialnie. By mieć czas na rozmyślania i rozmowy. Ubodzy materialnie, bogaci duchem. Coś czego zaczyna nam brakować. I chyba nie trzeba zostawać drobnym pijaczkiem, by mieć czas i sposobność do rozważań o sprawach ważnych, w tym o kosmosie.

Drobni pijaczkowie mają czas na rozmowy. "A czy księżniczka, która podjechała tak piękną karocą, ma nam coś do zaoferowania? (...) A czy księżniczka w tej sytuacji nie wsparłaby patologii pięcioma złotymi?" Jerzy Niemczuk tak to kwituje: "Ci ludzie siedzą i kombinują, a człowiek płaci im za tekst, jak poecie." Czyżby beczka i ławeczka miały stać się znakiem firmowym poetów i filozofów?

Nie na mawiam do alkoholu. I bez butelki można zwolnić, siąść na trawie, na ławeczce, albo na kanapie w domu. I porozmyślać, najlepiej w dialogu z drugim człowiek. Kolejne gadżety, laptopy, zmywarki, super telewizory i wypasione auta nie dadzą nam tyle radości życia, co zwykłe, chłopskie filozofowanie i niespieszna rozmowa z człowiekiem. Nie tylko stopa życiowa ale i jakość życia do szczęścia jest potrzebna.

Niestety ławek w przestrzeni publicznej ewidentnie brakuje. Nie można wyjść przed blok i usiąść, by porozmawiać z sąsiadami. Skwerów i parków także jak na lekarstwo. Trzeba jeździć daleko....Za to "biedronek" i innych supermarketów zatrzęsienie. Anonimowe, bezduszne, z tanią tandetą. Znikają sklepy osiedlowe, ze znajomą sprzedawczynią, z którą można przy zakupach porozmawiać. Lub wymienić się ogólnymi refleksjami na temat życia. Lub kosmosu.

Górnicy strajkują a przeciętnego człowieka szlag trafia

sczachor

Z perspektywy takich regionów jak Warmia i Mazury górnicze strajki, a przede wszystkim pohukiwania związkowców na ciepłych posadkach są po prostu irytujące. U nas nawet ludzie z wyższym wykształceniem, z doktoratami, do jakiejkolwiek pracy mają daleko, po kilkaset kilometrów. Jeśli górnik straci pracę, to na Śląsku do kolejnej „roboty” ma blisko. Rząd powinien wspierać słabsza większość, a nie krzykliwą i silniejszą mniejszość. Dlaczego mamy ciągle dopłacać do górników i KRUSu rolników (tych z 100-200 ha), np. kasjerka w Biedronce?

Wydawało mi się, że w swojej irytacji sytuacją górników jestem niszowy. Ale jeśli posłuchać głosów z Warmii i Mazur, to wkurzonych jest więcej. Ot na przykład wypowiedź młodego, wykształconego człowieka z FB

„Zwykły palacz w kotłowni w przemyśle górniczym zarabia prawie 5 tys. złotych miesięcznie, górnik dwukrotność najniższej krajowej, ja po skończeniu studiów magisterskich mogłem liczyć na umowę zlecenie jako sprzedawca za najniższą krajową. Jeśli im się tak nie podoba mogą się zwolnić i szukać pracy w innych miejscach. Mogą np: założyć własny biznes i działać. Państwo chciało im dać kopalnie w dzierżawę to nie wzięli. Jak można trzymać coś, co nie przynosi zysku? Sam mam firmę i wątpię, żeby ktoś się zainteresował tym, że nie mam pracy. Nie będę strajkował bo jako jednoosobowa działalność nie mam szans. A jeśli Państwo teraz się tak przejmuje ludźmi to gdzie było kiedy upadały PGR-y? Zostały one rozkradzione przez bardziej inteligentnych, a pracownicy PGRów teraz "wegetują", bo inaczej nie można tego nazwać. Dla przykładu mieszkania z terenów po byłych PGRach można kupić za ok. 20tys złotych. Tylko nie ma chętnych. Dlatego trzeba zakasać rękawy i pracować. Krew mnie zalewa kiedy płacę miesięcznie prawie 2 tys. zł podatku i nikt mi nie dokłada złotówki, a górnicy czy Ci pozerzy lekarze z PZ strajkują bo mają źle. Na siłę zatrudnienie tam nie są, zawsze się mogą zwolnić i np. podawać cegły na budowie.”

Egoizm górniczych związkowców jest przerażający. Co mają powiedzieć pracownicy kultury (jedne z najniższych płac), co mają powiedzieć regiony ze strukturalnym bezrobociem od lat? Dlaczego pieniądze mają iść na dotacje dla kopalń a nie na inwestycję w nasz region? Też mamy energię z biomasy. Nie mamy petard i kilofów, nie pojedziemy blokować Warszawy?

Leżę sobie czyli Loża Twórców Kultury

sczachor

kocyk_na_trawieZostałem zaproszony przez Pana Józefa Burniewicza do Loży Twórców Kultury. Jest to nieformalne i otwarte zgromadzenie (w większości wirtualne) autorów i animatorów z Warmii i Mazur. Nie ma żadnej struktury organizacyjnej (co mnie osobiście mocno ucieszyło) , statutu lub regulaminu. Twórczość lubi być wolna i nieograniczona przepisami. Najistotniejszym celem Loży jest przywrócenie w województwie warmińsko-mazurskim rangi należnej miejscowej kulturze współczesnej. Mnie osobiście najbardziej na sercu leży trzecia kultura.

Loża... to pewnie coś z leżeniem. Więc sobie dzisiaj z radością poleżę. Będzie artystycznie i wyczynowo (sofing to wyczynowe leżenie na sofie). Będzie kulturalnie, bo sobie coś przy okazji leżenia poczytam. Albo lepiej porozmyślam. Będzie to rozmyślanie kulturalne i twórcze. W czasie leżenia twórczość rozkwita. Na razie w głowie, a potem to się zobaczy, może się zmaterializuje (nauka też jest twórczością, więc mam na myśli również publikacje i pomysły na badania).

Najpiękniejsza jest sztuka przemijająca. Cieszy... a jednocześnie daje miejsce na inną, następną sztukę (realizację), nie zawłaszcza przestrzeni ani uwagi. Jest skromna, prowincjonalna, lokalna. Trzeba być tu i teraz, by się nią cieszyć. Nie da się jej utrwalić konserwantami, przewieść daleko, trzymać w lodówce by po kilku miesiącach wyjąć, odgrzać w mikrofalówce i konsumować. No więc leżę, tworzę i kulturzę (z obowiązków członka Loży wywiązuję się chyba należycie?). No i zgłoszę postulat w sprawie wspierania i rozwoju kultury na Warmii tudzież Mazurach: dajcie twórcom spokojnie poleżeć. No i żeby mieli za co poleżeć (nie z głodu leżeć, ale twórczo i kreatywnie). Bo jak sobie poleżą, porozmyślają, to w końcu wstaną i coś zrobią. Na przykład kulturalnie.

Sztuka ulotna i przemijająca jest jak życie. Populacja np. żubrów, chruścików, przylaszczek trwa przez wieki, ale ciągle trwa w nowych i w nowych osobnikach. Las trwa nie dlatego, że drzewa nie umierają, ale dlatego że wciąż rodzą się nowe. Tak jest i ze sztuką, ciągle rodzi się nowa. Ale dla tej nowej musi być miejsce, miejsce wolne, niezawłaszczone. Ciągłość w sztafecie. A to umożliwia ewolucję.Dziedzictwo kulturowe regionu podobne jest do dziedzictwa przyrodniczego w swej istocie.

By kultura mogła tak trwać, by memy, idee, pomysły, wzory mogły trwać, to ludzie muszą się spotykać, muszą być blisko siebie. By ta kultura, niczym pchły czy wszy, z jednego człowieka przeskakiwała na drugiego (potrzebna bliskość). Sztafeta pokoleń. Dialog i wspólnotowość. Hmm, to może z kimś leżeć? Może idea Loży polega na wspólnotowym polegiwaniu? A przynajmniej na świadomości wspólnych wartości. Leżenie jest ważne. Spacer jest ważny, zwłaszcza dla procesów myślenia i naukowego tworzenia.

W stachanowskim świecie pracoholizmu leżenie jest czymś wywrotowym. Bo żeby leżeć, to trzeba się wywrócić. A my żyjemy w systemie kulturowym, zachęcającym (by nie powiedzieć zmuszającym!) do ciężkiej i nieustannej pracy. W systemie, w którym człowiek swój  szacunek do siebie opiera na produktywności i pieniądzach. Bo miarą sukcesu i wartości są zarobki i pieniądze widoczne przez system fiskalny. Kobieta pozostająca w domu jest tylko „kurą domową”. Pracuje w zasadzie na czarno, bo za gotowanie, sprzątanie, wychowywanie, rozmowy (kultura i usługi społeczne) nie dostaje pieniędzy (ewentualnie jest to jedynie wymiana barterowa). Czuje się bezwartościowa i społeczeństwo (to znaczy ten system wartości) patrzy ma nią jako bezwartościową i bezrobotną. Dzięki postępowi technologicznemu mamy pralki, suszarki, zmywarki, samochody i tysiące innych rzeczy, które za nas wykonują pracę. Pełnia szczęścia, wreszcie moglibyśmy odpocząć i twórczo poleżeć? A gdzież tam, pracujemy jeszcze więcej….

A jednocześnie, skoro pracujemy wydajniej, to wielu innych ludzi pracy nie ma. Albo robi zupełnie niepotrzebne rzeczy (jednorazowe, by szybko się psuły) a potem marketingowcy głowią się, jak nas zachęcić do kupowanie tych niepotrzebnych śmieci. A my pracujemy jeszcze więcej, by kupić… i zaraz wyrzucić na śmietnik. Albo do rzeki, lasu czy jeziora.

Tak, liczy się tylko praca wynagradzana pensjami. W takim zorientowanym na sukces społeczeństwie ludzie nie dbają o siebie w sensie emocjonalnym. Chyba, że emocje (lub surogat emocji) kupujemy (z VAT lub bez). Seks za pieniądze już znany jest od lat. Teraz pojawiło się przytulanie. Takie zwykłe. Brzmi jak żart, ale to fakt, który niedawno zaistniał. W systemie pracy i fiskalizmu źle widziane jest również wyrażanie uczuć, a zwłaszcza smutku, żałoby, gniewu i wrogości. Keep smiling i pracuj dalej. Na rozmowy nie ma czasu, chyba, że są to rozmowy biznesowe. Reszta to plotki i spadek wydajności pracy, więc trzeba się wstydzić. Dopiero gdy zachorujemy, najlepiej ciężko, to możemy ujawniać swoje emocje. Chory, często po raz pierwszy w życiu, może pozwolić sobie na wiele zachowań, których nie wypadało mu przejawiać, póki był zdrowy i w pełni zdolny do pracy. Wolno mu domagać się pomocy, miłości, może okazywać smutek. Może leżeć i nie pracować.

Może więc chory jestem, że tak sobie leżę?

O obcych w przyrodzie i kulturze

sczachor

Pociąga mnie poszukiwanie podobieństw między kulturą a przyrodą. W konwencji ogólnej teorii systemów poszukuję głębszych  podobieństw a nie tylko powierzchownych analogii czy zgrabnych alegorii. Czy w ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej działają podobne prawidłowości? Czy model ekosystemu może być inspirujący dla innych dziedzin nauki?

Obcy w kulturze i przyrodzie podobne wywołują reakcje. Czasem przynoszą ożywcze idee, ubogacają i rozwijają naszą kulturę (lub ekosystemy), czasem doprowadzają do wymieniania rodzimych gatunków i niszczenia lokalnej kultury. Jak zatem patrzeć na obcych? Pamiętając, że raz to my jesteśmy goszczącymi turystów tubylcami a innym razem to my jesteśmy przyjezdnymi i obcymi. W podróży spotykamy ludzi i … różne gatunki wirusów, bakterii, roślin, grzybów i zwierząt. Nie zawsze te spotkania są dla nas radosne i nie zawsze okazjonalne i krótkotrwale. W zamierzony lub niezamierzony sposób przenosimy gatunki z jednego miejsca na drugie. Ostatnio w naszym kraju pojawił się niezwykle wyglądający grzyb - okratek australijski (na ilustracji obok). Niezbyt przyjemnie pachnie – co jest cechą charakterystyczną dla sromotników (np. sromotnik bezwstydny) – i wygląda jak czerwona, mała ośmiornica, leżąca w trawie. Do Europy grzyb ten trafił w formie zarodników, na butach australijskich żołnierzy, którzy przybyli na front pierwszej wojny światowej. Od stu lat powoli rozprzestrzenia się po Europie. Na razie chyba nie szkodzi.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że ponad 30 % gatunków roślin, które widzimy wokół siebie, to przybysze. Dawniej o wiele śmielej przenosiliśmy gatunki z jednego kontynentu na drugi. Mamy przecież ziemniaki, pomidory, kukurydzę. Ale niechcący przewozimy choroby, szkodniki czy chwasty, z którymi potem zmagamy się przez wiele lat. Takie przypadki uczą nas ostrożności w stosunku do obcych. Dawnych przybyszów już zaakceptowaliśmy i wrośli się w nasz krajobraz kulturowy, nowi migranci często nas przerażają. Tak jak stonka ziemniaczana, stonka kukurydziana, biedronka azjatycka, nawłoć kanadyjska, barszcz sosnowskiego i setki innych inwazyjnych gatunków obcych. Za sprawą przybyszów giną nasze rodzime gatunki, takie jak rak szlachetny czy poczciwa biedronka siedmiokropka. Boimy się więc o swoją, unikalną i niepowtarzalną bioróżnorodność.

W krajobrazie polodowcowym Warmii i Mazur praktycznie wszyscy są przybyszami. Najpierw zasiedlając uwolnione od lodu tereny (tundra, torfowiska), potem gatunki lasów mieszanych i jezior. W jakimś sensie człowiek przyczynił się do zwiększenia tempa dyspersji i rekolonizacji oraz rozszerzenia zakresu dopływających gatunków. Antropochoria byłaby więc szczególnym przypadkiem zoochorii. Integracja obecna w ramach Unii Europejskiej i otwarcie się na śwat także zaskutkowało liczniejszymi i dalszymi podróżami w obie strony. Staliśmy się mniej izolowani kulturowo. 

Nie każdy przybysz zapowiada coś dobrego. Czasem zwiastuje problemy. Już zapomnieliśmy, że byliśmy krajem malarycznym. Szczęśliwie udało się nam całkowicie pozbyć zarodźca malarii z naszego kraju. Ale z podróży zagranicznych niektórzy wracają chorzy na malarię. Mamy w kraju kilka gatunków komarów, które mogą być roznosicielem tej choroby. Wystarczy spotkanie z chorym… by na trwałe ponownie przenieść zarodźca do naszych ekosystemów.

Migracje w przyrodzie są czymś naturalnym, tak jak wymieranie gatunków. Podobnie jest w kulturze. Ciągle docierają do nas nowi ludzie, nowi przybysze. Przynoszą nowe trendy i nowe mody. Ubogacają, zmieniają a czasem… niszczą lokalną kulturę. Sceptycznie i wrogo odnosimy się do „nowych”, czego przykładem jest „warszafka” (pogardliwie o przyjezdnych z wielkich miast, niekoniecznie z Warszawy). Odwzajemniamy tylko niechęć i pogardę, skierowaną do „prymitywnych tubylców”? A może to my, z obawy o swoje wpływy i zasiedziane stanowiska, witamy ich wieloletnią niechęcią? Tak jak w stosunku do licznej grupy artystów z okolic Jonkowa, traktowanych jako „aliantów”. Niektórzy wracają po latach zagranicznych wojaży, tak jak Warmiak Edward Cyfus. Swój i oby zarazem. Inni przyjeżdżają z daleka, po raz pierwszy, tak jak Ślązaczka Eleonora Toś z Kaflarni Warmińskiej, czy Rafał Mikułowski, który osiadł pod Jezioranami.

Przykładów jest bardzo dużo, w tym ludzi wolnych zawodów, zamożnych, którzy szukają inspirującego spokoju do twórczości i pracy. Wielu warszawiaków kupuje o nas domy letniskowe, bywają więc okazjonalnie. Inni przenoszą się na stałe, przywożąc nowe pomysły na życie. Od lat widoczny jest Krzysztof Worobiec, angażując się w ochronę dóbr kultury jak i ochronę przyrody. Ostatni poznałem niezwykłych artystów ze Szczerzbowa. Ktoś inny kupił Młyn Klekotki, zamieniając w niezwykle urokliwe miejsce. Przybywa więc oryginalnych hoteli, pensjonatów, SPA, lokali gastronomicznych, do których klienci przyjeżdżają z daleka (tak jak do Oberży Pod Psem w Kadzidłowie). Bać się obcych? Izolować? W zasadzie jesteśmy regionem niedawnych przybyszów. Jeszcześmy się na dobre nie zakorzenili, nie zintegrowali, a już dociera do nas zupełnie nowa fala. Osiedlają się ludzie z dalekich miast a nawet krajów. Czasem wrastają w społeczności lokalne a czasem dość długo żyją w izolacji i niejako w odosobnieniu. Są tuż obok a zarazem bardzo daleko. Jesteśmy regionem wyludniającym się, bez pracy i przyszłości, z częstym marazmem w małych wioskach i miasteczkach. Nic tylko pić tanie wino lub emigrować za chlebem. Ale to właśnie ci nowi bardzo często są zaczynem zmian i nowej energii. Po prostu nie wiedzą jeszcze, że nic się nie da… i pełni zapału zmieniają najbliższe otoczenie, na inne. Być może są ożywczą solą ziemi. W krainie tysiąca jezior, sysydlaczków i cittaslow tworzy się coś nowego. Coraz więcej ludzi poszukujących wolnego życia i nowego sposobu na życie przyjeżdża do nas, tak jak kiedyś w Bieszczady. Czasem jest to więc ucieczka od świata, czasem przyjazd właśnie tu.

Z obcymi w kulturze lokalnej jest jak z gatunkami obcymi w ekosystemach, jedne ubogacają inne szkodzą i doprowadzają do zaniku miejscowej bioróżnorodności.


(rozszerzona wersja artykułu, wysłanego do czasopisma VariArt)

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci