Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Warmia

E-encyklopedia Warmii i Mazur – bubel za publiczne, unijne pieniądze?

sczachor

encyklopediastronaglownaW środowisku akademickim (a także i poza) dość często spotykałem się z krytycznymi uwagami na temat poziomu merytorycznego Wikipedii, nawet z sugestiami, żeby zabronić korzystania studentom z Wikipedii, „No bo co mądrego jacyś amatorzy, licealiści i kto tam jeszcze mądrego może napisać”. Owszem wiarygodność jest różna poszczególnych haseł, ale to dotyczy każdego źródła i sprowadza się do umiejętności korzystania z wielu niezależnych źródeł.

Można się zastanowić co przesądza o jakości dzieła, ludzie (specjaliści) czy procedura (system, sposób tworzenia treści). Nauka jako sposób poznawania świata odniosła niewątpliwy sukces. I chyba najważniejszym elementem jest permanentna dyskusja, wzajemne recenzowanie prac, ciągłe i niezależne weryfikowanie. Nie autorytety a weryfikacja i nieskrępowana dyskusja ma pierwszorzędne znaczenie.

Niedawno powstała Encyklopedia Warmii i Mazur (E-encyklopedia Warmii i Mazur), już jakiś czas temu publicznie ogłoszono jej oficjalne uruchomienie. Na realizację przedsięwzięcia pozyskano całkiem spore pieniądze, wykonawcami byli naukowcy, studenci, współpracowały różne instytucje i urzędy. Czyli wszystko co potrzeba, a powstało coś dużo gorszego od Wikipedii rozwijanej przez wolontariuszy. Dlaczego mimo, iż byli naukowcy i było dużo pieniędzy, powstał bubel? Przecież projekt skazany był na sukces, a mimo to powstał koszmarek, już wcześniej krytykowany przez regionalnych pasjonatów lokalnej historii. Pojawiały się także zarzuty nieuprawnionego korzystania z różnych źródeł.

Zanim przejdę do sprawy najważniejszej, czyli rozważań „dlaczego”, może warto przez chwilę zatrzymać się nad wykazaniem dlaczego ową encyklopedię uważam za bubel. Encyklopedia z logo ważnych instytucji samorządowych i europejskich chyba w intencji autorów miałaby być wizytówką regionu. I rzeczywiście stroną startową, otwierającą tę encyklopedię, jest hasło o województwie warmińsko-mazurskim . Można powiedzieć, że jest to hasło flagowe całej Encyklopedii. Całość niestety wygląda marnie graficznie (oparte na oprogramowaniu wiki, ale znacznie mniej atrakcyjnie zrobione niż na Wikipedii). Dużo gorzej prezentuje się treść i poziom merytoryczny tegoż hasła. Już wcześniej wytykałem błędy merytoryczne m.in. informacje o topografii, wskazując, że zapomniano o szkolnej niemalże informacji o depresji w naszym regionie. Częściowo zostało to poprawione, ale dalej wygląda bardzo niezgrabnie.

Sekcja „Topografia, „Ukształtowanie powierzchni w województwie ma charakter nizinny. Najwyższym wzniesieniem jest Góra Dylewska (312 m n.p.m.). Brzeg Zalewu Wiślanego znajduje się na poziomie 0 m n.p.m. Najniższy punkt województwa znajduje się w miejscowości Raczki Elbląskie (-1,8 m n. p. m.).” Uzupełniono już informacje o depresji ale zostało głupawe zdanie o brzegu zalewu, który znajduje się na 0 m n.p.m. A na jakiej wysokości ma się znajdować, gdy wysokość mierzy się od poziomu morza? I właśnie poziom morza przyjmuje się za 0 m. A co znaczy skrót n. p. m. jak nie metry nad poziom morza? Zalew ma szerokie połącznie z Bałtykiem, dziwnym byłoby, gdyby było inaczej. A jeśli ta wysokość jest nietypowa, to powinno się znaleźć jakieś wyjaśnienie. To wiedza raczej szkolna i zdradza dużą ignorancję lub ogromną redakcyjną niechlujność przypadkowego zestawiania różnych danych. W zestawieniu z licznymi naukowcami (o profesorach nie tylko z Olsztyna w telewizji wspominał prof. Gancewski, a na stronach Encyklopedii wymienieni są naukowcy, merytorycznie odpowiedzialni za poszczególne działy), biorącymi udział w tworzeniu treści wygląda to zabawnie.... i wstydliwie.

Czytajmy dalej, co w haśle o naszym województwie w tejże Encyklopedii jest napisane. W sekcji „Przyroda” - „Charakterystyczne dla przyrody regionu są tereny leśne oraz jeziora. Do głównych kompleksów leśnych zaliczyć należy Puszczę Borecką, Napiwodzko-Ramucką, Piską, Nidzicką, Romincką oraz Lasy Iławskie. Połowa z dziesięciu największych jezior w Polsce znajduje się na terenie województwa warmińsko-mazurskiego, w tym dwa największe – Śniardwy i Mamry. Bogactwo środowiska naturalnego idzie w parze z wysokim poziomem czystości powietrza. Niemal całe województwo wchodzi w skład programu "Zielone Płuca Polski"." Synteza i kwintesencja przyrody regionu… Nie ma jednak nic o jakże typowym i charakterystycznym dla regionu krajobrazie pojeziernym, młodoglacjalnym. Tylko stwierdzenie, że są lasy i jeziora. Notabene są inne regionu Polski bardziej zalesione. Są i regionu z licznymi jeziorami. Gdyby nie nazwa konkretnych komplesów leśnych czy dwu jezior, równie dobrze można byłoby to umieścić jako charakterystyka innych województwa Polski. Mazury cud natury, lasy i jeziora…. Poziom mocno rozczarowujący. I to w haśle będących wizytówką całej encyklopedii. O przyrodzie praktycznie nic sensownego dowiedzieć się nie można, same banały i to na dodatek niezbyt trafnie dobrane.

Ale Encyklopedię w największym stopniu tworzyli historycy. Więc może w historii jest przynajmniej sensownie i wartościowo, oryginalnie i niepowtarzalnie? Podrozdział „historia” omawianego hasła otwiera zdanie: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r. po półtorawiecznej przerwie." Jedno zdanie i kilka błędów, wręcz głupot. W dalszej części tekstu jest już lepiej wyjaśnione ale wewnętrzna sprzeczność tekstu jest rażąca (wskazuje na brak sensownej redakcji opracowania). Jakby każde zdanie pisała inna osoba, zupełnie niezależnie a potem ktoś niewprawny powiązał to „sznurkiem”. Co to znaczy „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.” Czy ta mniejsza część województwa (notabene wtedy przecież nie było woj. warmińsko-mazurskiego!) była poza granicami Polski? Czyli wnioskować można, że część obecnego województwa znajdowała się poza granicami Polski. Ciekawe, ale nigdzie dalej nie jest to wyjaśnione. I druga część zdania „po półtorawiecznej przerwie”. O ile można byłoby coś takiego pisać w odniesieniu do Warmii, to na pewno nie do reszty obecnego województwa. Przecież były w granicach Prus . Żadnej przerwy więc nie było. Bardziej wygląda to na tekst z jakieś partyjnej (PZPR) broszury z minionych czasów niż materiałów historycznych, napisanych przez naukowców (historyków).

Na szczęście kolejne zdanie wyjaśnia problem. Ale dlaczego dwa sąsiadujące zdania zawierają wzajemne sprzeczności? „Po wojnie duże fragmenty Prus Wschodnich i Prus Zachodnich zostały włączone do Polski i podobnie jak inne ziemie spoza granic przedwojennych w początkowym okresie funkcjonowały jako okręg (Mazurski, oznaczony numerem IV)”. Zatem najpierw był Okręg a nie województwo warmińsko-mazurskie potem też były inne twory. Notabene „spoza granic przedwojennych” były także na Pomorzu i na zachodzie kraju i nie należały w żadnym momencie do Okręgu Mazurskiego. Wystarczy sprawdzić na Wikipedii hasło „Prusy Zachodnie”, albo w innym, papierowym źródle, dostępnym w bibliotece. Może być i podręcznik szkolny do historii. „W czerwcu 1946 r. okręg został przekształcony w województwo olsztyńskie, jednak część jego dotychczasowego terytorium przeszła do województwa gdańskiego i białostockiego.” W sumie to nie wiadomo o czym autorzy piszą, czy o województwie warmińsko-mazurskim (to istnieje dopiero od 1999 r., a więc wcześniej można pisać o historii regionu lub terenów wchodzących obecnie w skład województwa), czy o regionie i historii zmian administracyjnych. Taki sposób pisanie niczego nie wyjaśnia i robi edukacyjny mętlik. Jak czytelnik nie wie, to i tak się nie dowie.

„Kluczowe zmiany granic nastąpiły wraz z reformą administracyjną na przełomie 1998 r. i 1999 r., kiedy powstało województwo warmińsko-mazurskie jako jedno z 16 województw, obejmując poza terenem dotychczasowego województwa olsztyńskiego także obszerne części województw elbląskiego i suwalskiego oraz fragmenty województw toruńskiego, ostrołęckiego i ciechanowskiego.” Więc dopiero od 1999 roku istnieje nasze województwo, w tych granicach i tej nazwie. Jak to się ma do zdania na początku: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.”. Ewidentne błędy stylistyczne powodują tekst mocno jednoznacznym i trudno wyjaśnić „co autor miał na myśli”. A to ma być przecież Encyklopedia – źródło pierwszego kontaktu z zagadnieniem, prosto i jasno wyjaśniające. Kto wie, to nie musi tam zaglądać. Kto nie wie podstawowych faktów, to raczej się nie dowie i nie zrozumie.

Mylenie różnych podmiotów administracyjnych wyraźnie widać w liście „wojewodów”, lista chronologiczna wskazuje na ciągłość. A przecież tak nie było. Ciągłość administracji państwowej nie oznacza ciągłości województwa (zmieniała się przecież nie tylko nazwa ale i terytorium, zmieniały się też nazwy urzedów). Widoczna ewidentna nieporadność pisania tekstów objaśniających historię. Jeśli już tak umieszczone to wymaga to wyjaśnienia, i komentarza. W obecnej wersji znajduję poziom licealistów nie uniwersyteckich profesorów.

Bylejakość opracowania widać w fałszywym wykazie źródeł, np. wymieniona jest pozycja: "Achremczyk Stanisław, Historia Warmii i Mazur, tom I: Pradzieje – 1772, Olsztyn 2010". W haśle opisywanej encyklopedii nie ma nic z prehistorii i historii do 1772. Historia ogranicza się do okresu od 1945 r. Jedynie ogólnikowa wzmianka o powrocie do Polski po „półtorawiecznej przerwie” w jakiś sposób odnosiłaby się do rozbiorów. Ale to są fakty ze szkoły podstawowej i nie ma uzasadnienia do podawania tej pozycji. A może z opracowania prof. Achremczyka wzięto coś o położeniu geograficznym lub przyrodzie? Najwyraźniej wpisano pozycję prof. Achremczykja by dodać wiarygodności, że niby czerpano ze źródeł. Pozory naukowości, ale tak grubymi nićmi szyte, że nie trudno to wyłapać.

Ewidentne błędy i nieprawidłowości były wytykane przez różne osoby już od dłuższego czasu. Trudno jednak naprawić wadliwą konstrukcję. I chyba jest do „dzieło” nienaprawialne, bo nieudolne łatanie dziur, po publicznym ich wskazywaniu, niewiele pomoże całości.

Wróćmy do problemu zasadniczego, dlaczego mimo udziału naukowców, licznych „wyrobników” w postaci studentów i doktorantów i dużych funduszy powstał bubel? W trakcie pisania haseł było kilka progów weryfikacji: najpierw autor pisał hasło, potem sprawdzał redaktor, potem recenzent naukowy, potem super recenzent w osobie pana M. Kapłona. Na każdym etapie hasło mogło być kierowane do autora, celem poprawek i uzupełnień. Tyle kontroli jakości a powstaje opracowanie z licznymi wadami? Iście bizantyjska hierarchia a mimo to (a może właśnie dlatego!) powstanie niereformowalny bubel. Pozory naukowości.

A dlaczego w nauce się udaje ciągle podnosić jakość? Bo w prawdziwej nauce każdy jest autorem i jednocześnie recenzentem dla innych, nie ma takiej bizantyjskiej hierarchii „zatwierdzania”. Wikipedia w swojej koncepcji naśladuje proces naukowy – każdy może być autorem, współautorem treści w hasłach i każdy może krytycznie odnosić się do pracy innych. Liczą się argumenty i weryfikowalne źródła. Ważniejsza jest więc procedura, system, bo mimo że Wikipedię tworzą teoretycznie słabiej utytułowani autorzy, to powstaje znacznie efekt lepszy merytorycznie i za dużo mniejsze pieniądze.

Dlaczego E-encyklopedia jest tak słaba? Ośmielę się twierdzić, że nie są winne pieniądze z UE, nie są wini naukowcy (są specjalistami w swych dziedzinach), nie są winni nawet studenci i doktoranci piszący hasła, po prostu zła była i jest koncepcja, złe zarządzanie projektem. I być może zawiniła u niektórych osób pazerność na pozornie łatwą kasę. „Studenci napiszą a my klepniemy jako eksperci i będzie gites”. Nie jest gites, jest wstyd… dla całego środowiska akademickiego, bo rykoszetem wszyscy naukowcy obrywają za marną jakość, firmowaną niby przez wybitnych naukowców.

Twórcy encyklopedii publicznie mówią, że tu chodziło o proces, że chodziło o uruchomienie a teraz wolontariusze będą uzupełniać i rozbudowywać. Ale pan M. Kapłon publicznie w mediach obrażał potencjalnych współtwórców-wolontariuszy. Czy jest to skuteczny sposób motywowania do włączenia się do pracy? Wątpię. Tym bardziej, że istnieje w internecie więcej podobnych projektów, chociażby sama Wikipedia lub kilka innych regionalnych, komercyjnych encyklopedii o różnym terytorialnie zasięgu.

W rezultacie nie powstało ani coś kompletnego (za te pieniądze to przynajmniej można było jakiś dział zrobić kompletnie i całościowo), ani nie powstał projekt z możliwością rozwoju. Będzie się kurzył na serwerach i irytował swoimi błędami, lukami, niezgrabnością.

Dlaczego w ogóle zabieram głos w tej sprawie? Bo projekt powstał za nasze, podatników z Unii Europejskiej pieniądze. Mam więc prawo sprawdzać jak wydawane są publiczne fundusze. Niech grant z Unii Europejskiej nie będę synonimem, tandety i skoku na kasę. To za nasze pieniądze, więc pilnujmy jakości i inwestycji. Już niebawem to my będziemy więcej wnosić niż uzyskiwać z UE. Nauczmy się więc już teraz dbać o jakość projektów, realizowanych z funduszy europejskich.

Na stronie głównej takie można znaleźć informacje: „Encyklopedia nie jest dziełem naukowym. Jest jedynie narzędziem służącym nie tyle samemu gromadzeniu, co przede wszystkim doskonaleniu wiedzy o regionie Warmii i Mazur. Narzędziem darmowym i otwartym dla wszystkich.” Co to znaczy owo „doskonalenie wiedzy o regionie”? Może ma być to zeszyt ćwiczeń i konkurs kto znajdzie więcej błędów? Przewrotne byłoby to „doskonalenie”. Warto jedynie przypomnieć, że „Realizatorem Encyklopedii Warmii i Mazur jest Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie. Pomysłodawcą i koordynatorem tego projektu, podobnie jak i Leksykonu Kultury, jest zastępca dyrektora CEiIK-u Marcin Kapłon.”

encyklopediakwiecien

Zrzuty z ekranu z dnia 30 kwietnia 2015 r.

Wcześniej o Encyklopedii pisałem już

Wimlandia, Wamalandia czy Mawalandia – rzecz o nazwach i tożsamości regionalnej

sczachor

wimlandaia

Bez wątpienia rodzi się nowa tożsamość regionalna, ale jak nazwać region o tak burzliwej historii i ciągłych zmianach? Odwoływanie się do przeszłości: Prusy, Prusy Wschodnie, Warmia, Mazury, itd. jest ułomne i samoograniczające. Nic dziwnego, że ciągle pojawiają się nowe propozycje.

Naturalnym wydaje się odwołanie do dawnego dziedzictwa, do tradycji. Bo przecież tożsamość regionalna rodzi się z pamięci tego, co było. Kłopot tylko taki, że nasz region na przestrzeni wieków i tysiącleci był w obrębie różnorodnych tworów państwowych i pod wpływem różnych kultur i etnosów. Region wiecznych tułaczy. Pojawiają się ludzie… by po jakimś czasie dobrowolnie lub pod przymusem przemieścić się gdzieś indziej. Czy tylko odwołanie się do przeszłości, które kanalizuje, ogranicza i uwiera?

Kolejna fala migracji i procesów kulturotwórczych pozacierała dawne granice i tworzy się nowa jakość, którą próbujemy nazwać. Nie ma już nie tylko niemieckich Prus Wschodnich (podzielone, w części w Obwodzie Kaliningradzkim) ale także i Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Jesteśmy Europejczykami, tworzącymi Stany Zjednoczone Europy. Zmienił się więc zarówno kontekst lokalny (regionalny – inni ludzie inna kultura) jak i kontekst globalny. Czy to są Mazury? Warmia, Warmio-Mazury? Nowe Prusy? Każda z tych nazw ma swój kontekst historyczny i konkretną treść, nieprzystającą już do rzeczywistości. I nie przystającą do współczesnej tożsamości. Czy mamy chodzić w czerwonych, chłopskich kubraczkach, słomianych kapeluszach i uczyć się gwary mazurskiej lub warmińskiej? Wszystko to już jest martwe, sztuczne. Zmienił się język, zmieniły się warunki życia (nie jesteśmy społeczeństwem agrarnym), zmieniła się kultura. Nie sposób tego nie zauważyć.

Poszukiwanie tożsamości poprzez odwołanie się do przeszłości jest czymś dobrym i naturalnym. Ale wymaga współczesnego odwzorowania i aktualizacji. Bo tylko wtedy będzie żywe i ciągle istniejące w kulturze. Tożsamość regionalna potrzebuje autentyczności i prawdziwości a nie skansenowego zasuszenia do umieszczenia w gablocie muzealnej – ładnie na to popatrzeć ale nie używać na co dzień.

W używanych nazwach całkowicie brak odniesienia do kultury łużyckiej czy obecności Gotów oraz Wandalów. Na pewno jakoś te ziemie nazywali, ale niestety nie zachował się przekaz słowny (pisemny). Więc nic o tym nie wiemy. Mimo, że istniała ciągłość kulturowa i coś po sobie zostawili. Możliwe, że nawet pojawi się w modnych ostatnio różnorodnych grupach rekonstrukcyjnych (Prusowie, Krzyżacy i bractwa rycerskie, wojska napoleońskie, rekonstrukcje formacji wojskowych XX wieku itd.).

Pierwsza nazwa historyczna, która się pojawia to Prusy. Odwołania do tradycji staropruskiej przybierają różnorodne formy, np. w postaci „bab pruskich”. W nazwach funkcjonuje Warmia, ale diecezja i granice współczesnej Warmii, tej historycznej, to tylko część ziem, na których żyli staropruscy Warmowie. W granicach Warmii (diecezji i potem niemalże samodzielnego księstwa) znalazły się tylko fragmenty plemiennych ziem Warmów, ponadto włączone zostały obszary innych plemion: Galindów, Bartów itd. Tak więc mimo historycznej nazwy przez wieki kulturowo przetworzony obszar ma mało wspólnego z staropruskimi Warmami. Ciągłość, kontynuacja ale i znaczne przetworzenie, aktualizacja, czy wręcz nadanie zupełnie nowej wartości. Bo współcześnie Warmia kojarzy się z kapliczkami i katolickością oraz polskością.

Długo funkcjonowała Warmia samodzielnie, także pod względem kulturowym, bo była katolicka w odróżnieniu od sąsiednich ziem protestantów i należała do Polski. Wyróżniała się kulturą i samodzielnością polityczną (teraz to nie jest aktualne bo cały regon jest polski i katolicki – z rozproszoną różnorodnością innych nacji i wyznań). Jakkolwiek dla celów turystycznych uwidacznia się gdzieniegdzie granice historycznej Warmii… to nie ma już różnic ani językowych ani kulturowych między Warmią a Nie-Warmią (np. Mazurami, Powiślem, Górnymi Prusami, Ziemią Michałowską itd.). Granica nie jest widoczna i jest martwa, jest ciekawostką historyczna i turystyczną.

Mazury nazwę swą wzięły od napływu w czasach „krzyżackich” Mazowszan (Mazurów) z sąsiedniego Mazowsza. Wyróżnia je język polski (w opozycji do żywiołu niemieckiego, ale z asymilacją częściową kultury staropruskiej) i wiara ewangelicka. Ale to już przeszłość, Nie ma dawnych Warmiaków ani dawnych Mazurów (jak ostatni Mohikanie funkcjonują jedynie w kulturze). Też historycznie wyróżnia się od ziem II Rzeczypospolitej (bo inna państwowość), jednak granice w obrębie Prus Wschodnich już były nieostre, płynne i zmienne. Warmia i Mazury, to niewątpliwie historycznie zasadniczy trzon regionu. Ale tylko w odniesieniu do XVIII i XIX wieku. A co z przeszłością i współczesnością? Wcześniej i później było zupełnie inaczej.

Po II wojnie światowej, wraz ze zmianami granic i wymianą ludności, pojawiły się nazwy: Okręg Mazurski, woj. olsztyńskie, definiowane przez nazwę stolicy. W nazewnictwie geograficznym funkcjonuje Pojezierze Mazurskie… obejmujące Warmię. I nie ma z tym żadnego kłopotu. Po prostu wielowiekowe dziedzictwo pozostawiło w nazwach różne ślady. Na szczęście nazw fizjograficznych nie trzeba zmieniać.

Jak nazwać krainę, która obecnie znajduje się w granicach administracyjnych województwa warmińsko-mazurskiego? Jest nie tylko Warmia i nie tylko Mazury (Gazeta Olsztyńska na swoich stronach www musiała to uwzględnić i pojawiło się Powiśle, Ziemia Chełmińska, Suwalszczyzna itd.). A ponadto jest to już region jednolity kulturowo i językowo, mimo swojej różnorodności i wielokulturowości wewnętrznej. Ale nie są one wyodrębnione geograficzne, to swoista mozaika.

Nastąpił (i ciągle trwa) napływ nowych osadników, nowych trendów kulturowych i nie da się ich zamknąć w nazwach z przeszłości. Skoro tyle razy nazwy się zmieniały, nadążając za zmianami kulturowymi i politycznymi, to może warto wymyślić nową, współczesną nazwę? Aby wygodnie się nią posługiwać i aby dobrze odzwierciedlała współczesną, ciągle się rodząca, tożsamość regionalną (lokalną).

Województwo warmińsko-mazurskie jest nazwą poprawną, aktualną, ale zbyt długą do powszechnego stosowania. Stąd pojawiła się nieoficjalna nazwa Wimlandia, od skrótu nazwy województwa, stosowanego głównie w adresach internetowych (np. http://wim.pl). Do "wim" dodana została tylko „landia” na uniwersalne określenie krainy. Tak jak Irlandia, Islandia, Gotlandia, Zelandia, Grenlandia. Termin krótki i zrozumiały także dla obcokrajowców (czy obcokrajowiec potrafi wymówić lub zapisać z polskimi znakami "województwo warmińsko-mazurskie"?). Ale można to być także Wamalandia (Warmia i Mazury, wykorzystywane już w różnych imprezach od dawna, np. turystyczna Wa-Ma czy kilka różnych imprez kulturalnych), czy Mawalandia (Mazury i Warmia, odwrócona kolejność) – to samo ale inna kolejność i ważność.

Mamy więc nowe twory słowne Wimlandia, Wamalandia, Mawalandia (być może coś jeszcze się uda wymyślić). Nowe słowo, a więc bez ograniczających obciążeń historycznych (bo granice są już inne i kultura inna). Landia… to coś niedopowiedzianego, nowy ląd, który trzeba dopiero odkryć, opisać. A więc nie trzeba tkwić np. w XIX wieku w poszukiwaniu tożsamości lecz uwzględnić kulturę współczesną. Nazwa ta to oczywiście nieoficjalna, nie mylić z urzędową nazwą województwa.

Jestem za Wamalandią, niemalże bajkową a przez to tajemniczą krainą, z dużymi możliwościami autokreacji kulturowej, z możliwościami uwzględnienie współczesnych osadników, poszukujących ciszy, sielskości, wielokulturowości (- landia to nawiązanie do tradycji germańskiej, jakże mocno zaznaczonej w naszym regionie, od Gotów, wandalów, poprzez Wikigów i w końcu Zakonu Krzyżackiego a potem Prus Wschodnich). Nie tworzymy słomianych pająków u powały ale za to malujemy gadające dachówki, produkujemy baby pruskie, dekupażujemy, realizujemy się w wiejskich teatrach, robimy ser kozi z pokrzywą i cydr z miejscowych jabłek. Nie trzeba wymyślać starych strojów warmińskich czy mazurskich i na siłę dzielić się na Warmiaków czy Mazurów, tylko dlatego, że ktoś mieszka w Mrągowie lub Olsztynie.

Wamalandia to jedna kraina, bez granic wewnętrznych, to coś co się dopiero tworzy i nie jest ograniczone schematami przeszłości. Owszem, to kraina czerpiąca tożsamość z przeszłości, zarówno z kultury łużyckiej epoki brązu, czerpiąca od Gotów i Wandalów, którzy tu kilka wieków mieszkali, jak i od lepiej znanych Prusów, później Zakonu Krzyżackiego, i jeszcze później Warmii, Mazur, Górnych Prus czy w ogóle Prus Wschodnich, aż po powojenną tradycję funkcjonowania w Polsce Ludowej i z PeGeeRami. Z uwzględnieniem wszelkich dawnych i współczesnych migracji Szkotów, Holendrów, Salzburczyków, arian, Ślązaków, Mazurów, Ukraińców, Rosjan, warszawiaków itd. Przyrodnicza Wamalandia jest druga Syberią, Dzikim Zachodem, drugimi Bieszczadami, krainą na krańcach „cywilizowanego” świata, kreatywną a jednocześnie mocno zakorzenioną we współczesnej, wielokulturowej Unii Europejskiej.

Wamalandczyk nie musi się określać albo jako Warmiak, albo jako Mazur (bez żadnych innych możliwości). Wamalandczyk (Wimlandczyk, Mawalandczyk), to coś znacznie szerszego, aktualnego i wpisującego się w kulturę współczesna globalnej wioski.

Wamalandia wymaga odkrycia i opisania. A nowa nazwa daje większa swobodę w samookreślaniu się kulturowym i dojrzewaniu tożsamości regionalnej. Umożliwia uwzględnienie wielowiekowego i zróżnicowanego dziedzictwa w zupełnie nowym kontekście.

Wielokulturowość regionu jest większa niż uważamy – cyfrowi tubylcy

sczachor

czosnek_i_piecWielokulturowość regionu warmińsko-mazurskiego jest większa niż uważamy. To nie tylko wynika z faktu, że oprócz historycznej Warmii i Mazur znajduje się kawałek Suwalszczyzny, Ziemi Chełmińskiej czy Powiśla. To nie tylko fakt licznych mniejszości narodowych i religijnych, nie tylko głęboka wymiana ludności w ostatnich dziesięcioleciach i ciągłe napływy przesiedleńców. Tę specyficzną wielokulturowość raczej dostrzegamy. Ale nie zauważamy, że pojawiło się pokolenie cyfrowych tubylców, inaczej komunikujących się ze sobą i inaczej uczestniczących w kulturze szeroko rozumianej.

Piszę o współczesnej kulturze i jej wielokulturowości a nie archiwaliach muzealnych i biurokratyczno-sprawozdawczych kronikach. Młodzi ludzie, którzy wyrośli w świecie cyfrowym (są tubylcami w tym świecie) różnią się zasadniczo od nas, cyfrowych emigrantów. Wyrośliśmy w innej kulturze a media cyfrowe i świat cyfrowy jest dla nas wtórny, wyuczony, mniej lub bardziej obcy. Rozmawiając o kulturze i tożsamości regionalnej, o tym aspekcie i tych różnicach najczęściej zapominamy. My, starsze pokolenie. My, którzy swą młodość znajdujemy w skansenach i muzeach. Być może naszą, ważną acz niedostrzeganą, misją jest rola tłumacza, pomostu między starym a nowym światem.

Dwa elementy zazwyczaj w dyskusji o kulturze regionalnej są pomijane, właśnie obecność cyfrowych tubylców i tak zwana trzecia kultura (aktywny udział nauki w tworzeniu kultury i kształtowaniu dnia codziennego). Zmiany technologiczne są tak duże i tak szybkie, że niektórzy antropolodzy zastanawiają się czy to gwałtowne tempo nie przekracza już ludzkich zdolności do adaptacji. Języka ojczystego łatwo się uczymy bo w nim wyrastamy i za jego pomocą myślimy. Uczenie się języków obcych jest trochę trudniejsze. Kilka możemy opanować, by się jako tako komunikować. Ale czy jesteśmy w stanie co 2-4 lata uczyć się nowego języka, zarzucając wcześniej wyuczone? A przecież w takim tempie docierają do nas nowe technologie, zmieniające nasze codzienne życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zanim nauczę się w pełni korzystać z telefonu komórkowego… już wchodzą nowe smartfony. I uczyć się trzeba od nowa. Z ogromnej większości funkcji i dostępnych programów w komputerze, laptopie, smartfonie nie jestem w stanie skorzystać. Nie zdążę odkryć ich możliwości, istnienia i zalet. Bo już wchodzą nowe i trzeba uczyć się od nowa. To tylko jeden przykład. W rezultacie machamy ręką i nie podążamy za wszystkimi nowinkami. Ale młode pokolenie w tym wyrasta, jak w języku ojczystym. I nie rozumie w pełni naszej kultury, kultury, w której wyrośliśmy i w głębi duszy funkcjonujemy. Dwa różne światy.

Współczesna kultura przesiąkła nauką i techniką a nie tylko teatrem, filharmonią, galerią sztuki czy literaturą. Niektóre lamenty o upadku kultury wynikają tylko z niezrozumienia rzeczywistości i tego co się wokół nas dzieje. Niezrozumienia tego, że inaczej wyrażamy swą aktywność w kulturze. Ale póki nie dostrzeżemy wielokulturowości (tej w szerokim sensie a nie tylko w tym tradycyjnym), póty będziemy zagubieni i będziemy jałowo narzekać. Potrzebny jest dialog międzykulturowy. Mocno uświadamiam sobe to, bo akurat przygotowuję się do wykładów w nowym semestrze. I myślę o tym, jak dotrzeć z przekazem do młodego pokolenia. Prawie jak przygotowywanie wykładu w obcym języku i do studentów zupełnie obcej kultury...

Często słyszymy o spadku czytelnictwa ale czy oznacza to spadek udziału w kulturze i komunikacji międzyludzkiej? Podobno Polacy mniej czytają książek. Jako naukowiec-przyrodnik pytam się o metody badań – czyli na jakiej podstawie wyciągane są te wnioski? Czy analizowana jest liczba wypożyczeń książek w bibliotekach? Ale jesteśmy znacznie bogatszym społeczeństwem niż kiedyś a drukowane książki są tanie. Wielu z nas nie chodzi do biblioteki bo po prostu książki kupuje. A może analizowana jest sprzedaż książek na rynku księgarskim? Tu obserwować możemy znaczny wzrost literatury faktu: książek naukowych, popularnonaukowych, historycznych, biograficznych, poradników gastronomicznych, hobbystycznych, poradników zawodowych. Mniej sprzedaje się literatury pięknej. Ale wynika to najpewniej z dwóch powodów: nadrukowaliśmy już dużo literatury klasycznej a nowości być może jest tyle samo co dawniej. Po drugie i znacznie ważniejsze – przeżywanie przygody i fikcji przenieśliśmy z drukowanych książek… do gier komputerowych i filmów.

Ludzie, jako istoty społeczne, lubią żyć opowieściami. Przez dziesiątki tysięcy lat były to opowieści ustne. Słowo drukowane, zwłaszcza w powszechnym wymiarze, pojawiło się stosunkowo niedawno. Udział literatury w kulturze powszechnej to zaledwie epizod 2-3 wieków. Spadek czytelnictwa nie jest więc żadnym upadkiem kultury. Obecna rewolucja formy opowieści nie jest też pierwszą w naszej historii. Teraz więcej opowieści jest w filmie, internecie, grach komputerowych. Zwłaszcza te ostatnie umożliwiają bardziej aktywną rolę odbiorcy w kształtowaniu fabuły.

Ale wróćmy do stanu czytelnictwa. Jak formułowane są pytania? Bo czy jest to pytanie o przeczytaną książkę (w domysle rozumianą jako papierową) czy o fakt czytania w ogóle? Czy książka przeczytana w czytniku (a więc na sprzęcie elektronicznym) będzie uznana za czytelnictwo przez ankietowanego? Ta sama treść a jedynie nośnik inny. A jaka oszczędność miejsca – na jednym dysku zmieścić można pokaźną bibliotekę. Ja przerzucam się na wersje cyfrowe ze względu na brak miejsca w domowej biblioteczne. A co z „książkami” jedynie elektronicznymi? Czy to jest czytanie w tradycyjnym rozumieniu? Bo przecież jest to takie samo przyswajanie treści. Czy podręcznik pt. Nowoczesna dydaktyka akademicka Błażeja Sajduka, to książka czy nie książka? Zamiast obrazków ma filmiki, nie jest to wersja pdf, wydrukować się nie da, "strony" są niejednakowej wielkosci. Można czytać tylko w wersji internetowej i elektronicznej, w "chmurze".

Ciągle słyszę o tym, że ludzie teraz mniej czytają. Ale to błąd, wynikający z nieuświadomienia sobie tego, jak współczesny człowiek funkcjonuje w kulturze. Owszem, współczesny student przeczyta zaledwie 8 książek (w zasadzie podręczników) w ciągu semestru ale w tym czasie przejrzy aż 2300 stron internetowych i 1281 profili na Facebooku. Prawdopodobnie czyta więcej (bo więcej na to poświęca czasu) niż jego poprzednicy (moje pokolenie). Owszem, zapisze w notatkach zeszytowych przeciętnie 42 strony (papierowe) ale równocześnie napisze 500 stron w e-mailach (nie licząc smsów). Ludzie wcale nie czytają mniej! Czytają inaczej. A na dodatek piszą dużo więcej. Świat się zmienił. Najwyższa pora to zauważyć i ankiety przygotowywać inaczej, bez merytorycznych (koncepcyjnych) błędów. Chyba jeszcze żadne pokolenie nie pisało tak dużo jak wspołcześni młodzi ludzie.

„Literatura” fikcji opowiadana jest teraz inaczej, zwłaszcza w pokoleniu cyfrowych tubylców. Nie znika tradycyjna literatura, ale zmieniają się proporcje. Nie jest to jednak powód do lamentów. Biadolić mogą jedynie księgarze i papierowi wydawcy bo zmniejsza się popyt na ich usługi. Ale nie na usługi w komunikacji międzyludzkiej i komunikacji kultury. Są zawody archaiczne takie jak bednarz, kowal, kołodziej, bartnik, szewc… byc może dołaczy księgarz. Nie znikają całkowicie z kultury ale zajmują już inne miejsce, bardziej niszowe, elitarne, egzotyczne.

Jest też faktem obecność literatury faktu (ksiązki naukowe, popularnonaukowe, podręczniki, poradniki itd.). Ale i ta powoli przenosi się w nowe obszary cyfrowych technik komunikacji. Bo dojrzewa pokolenie cyfrowych tubylców.

Wzrost czytelnictwa podręczników i literatury specjalistycznych poradników wynika z faktu… dużego wykształcenia społeczeństwa. Jeszcze nigdy nie było tak dużo ludzi wykształconych (ubocznym skutkiem są narodziny prekariatu). Więcej ludzi się uczy, w tym także w nowych formach kształcenia pozaformalnego i nieformalnego (samodzielnego). W jakimś sensie to też jest powrót do korzeni, bo tak było przed wiekami, zanim narodziła się powszechna, industrialna szkoła z klasami i lekcjami. Na fali zainteresowania wiedzą obserwujemy wysyp uniwersytetów trzeciego wieku, różnych kursów szkoleniowych. Do tradycyjnych form komunikacji międzyludzkiej i przekazywania wiedzy dołączają zupełnie nowe: webinaria, chaty (czaty), telekonferencje, e-learning. Dostęp do mistrzów i autorytetów jest bez porównania łatwiejszy i powszechniejszy… nawet w wioskach położonych daleko od szosy (ale z dostępem do internetu).

Lament o upadku kultury, w tym upadku czytelnictwa jest pomyłką i wynika z niedostrzegania obecności innej kultury cyfrowych tubylców. Są obok nas, jak swoiści „imigranci” z zupełnie innego świata. Nakładają się na już istniejącą wielokulturowość Warmii i Mazur. I z tego tworzy się niezwykle ciekawa mieszanka. Rzeczywistość jeszcze nie odkryta. Mnie zżera ciekawość poznania tej nowej, rodzącej się kultury, tak jak wyprawa badawcza do odległych plemion w egzotycznych krajach.

Warmińsko-mazurskie ma szansę na bardzo ciekawy dialog międzykulturowy w jednoczącej się Europie. Młode pokolenie jest na dodatek dużo bardziej mobilne od nas. Inaczej traktują własne mieszkanie, pracę, inaczej rozumieją patriotyzm. Prawdopodobnie inaczej rozumieją i wyrażają dużo więcej aspektów współczesej kultury. Kultura to coś więcej niże teatr, filharmonia, biblioteka, muzeum, galeria sztuki. Zmiana się sposób uczestnictwa w kulturze. Także z faktu, że prekariat jest ubogi i nie stać na bilety wstępu. Uczestnictwo w kulturze jest bardziej… aktywne i cyfrowe. Więcej jest happeningów, gier, grywalizacji, geochatchingu itd. Nowe zjawiska to i nowe, niezrozumiałe słowa. Język polski nie wynalazł jeszcze własnych określeń. I być może nie wynajdzie, bo kultura staje się bardziej globalna i międzynarodowa.

Rok 2015 ogłoszony Rokiem Kultury na Warmii i Mazurach nie powinien moim zdaniem sprowadzać się do uroczystych akademii, „defilad i capstrzyków”, rozdawania dyplomów uznania, lecz bardziej na dyskusji i na rozpoznawaniu problemu. Poznawać jaka ta nasza kultura jest, tu i teraz. Z ciekawością wypatruje głosów w dyskursie w różnych mediach (a nie tylko w Gazecie Olsztyńskiej. Niech się naszą aktywnością ujawniają wyspy na Archipelagach Kultury. Niech Rok Kultury będzie poznawczym trzęsieniem ziemi i aktywnością wulkaniczną, która wyłoni najróżniejsze wyspy, tworzące mniej lub bardziej izolowane od siebie wyspy na rozległym, wielokulturowym archipelagu. Rozpocznijmy przygodę podróży i odkrywania tych nowych, nieznanych światów.

Wiejska półka z książkami

sczachor

ksiazki_z_wipsowaZachwyciła mnie półka bookcrossingowa w Wipsowie, stworzona przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Wipsowo (fot. Anna Wojszel). Nie dość, że udostępniają książki sobie nawzajem, to jeszcze jak piękna jest ta półka! I mądrze i ładnie. Nasza prowincja ma już zupełnie nowe oblicze.

Najdłużej działająca półka bookcrossingowa w Olsztynie (wg mojej wiedzy) jest ta, znajdująca się w Bibliotece Wojewódzkiej na Starówce. Sam z niej wielokrotnie korzystałem, zostawiając (uwalniając) i wypożyczając książki. Wiele lat temu, ze studentami biologii zorganizowaliśmy taką półkę w czytelni wydziałowej (wtedy Wydział Biologii UWM). Ale od lat nie ma już czytelni wydziałowej to i półki nie ma. Niedawno powstała półka z książkami w sklepie osiedlowym. Książek i czasopism nie ubywa, a wręcz przeciwnie, ostatnio dostawiono drugi regał. (Bookcrossing - czyli Olsztyn jaki lubięOsiedlowy bookcrossing). Ale te książki dostępne były w mieście. A co z prowincja, tam gdzie dostęp do kultury jest dużo trudniejszy?

Prawie dziesięć lat temu (w 2006 r.), gdy byłem na stażu w małym pensjonacie w Łajsie, zorganizowałem małą półkę bookcrossingową. Był to element innowacji, jaką starałem się na tamtym stażu wypracować (czytaj Bookcrossing w lesieBookcrossing przenosi się z miasta na wieś). Wtedy tak zachęcałem

„Podziel się swoją książką (i nie tylko książką) dla środowiska przyrodniczego, dla kultury i z miłości do drugiego człowieka. Przyjeżdża do nas wielu turystów. Czasem pada deszcz. Czasem mają już dość słońca, czasem się nudzą w pensjonatach na wsi i w lesie. To dobry moment aby sięgnąć po książkę, przeczytać coś wartościowego. W zabieganym świecie pracoholików nie mamy czasu na spokojna lekturę: tylko krótkie esmesy, newsy w Internecie, po 5-10 sekund. Ale w ciszy lasu, czy nad jeziorem gotowi jesteśmy sięgnąć i po poezje, i po „arlekiny”, po książkę przyrodniczą, a nawet i filozoficzną czy psychologiczną. Dlatego chciałbym zachęcić do włączenia się do akcji „uwalniania” książek w ośrodkach wypoczynkowych, pensjonatach, gospodarstwach agroturystycznych. Książki zostawiać mogą sami turyści (weź ze sobą książkę, do domu zabierzesz inną), jak i wydawnictwa, instytucje itd. Możemy promować książki wartościowe jak i te o przyrodzie. Niech turysta wiem co widzi i słyszy w lesie. Warszawiacy! Przyjeżdżając na Mazury i na Warmie przywieźcie ze sobą książki do "uwolnienia", a z powrotem zabierzcie swoje śmieci! W ten sposób zostawicie po sobie miłe wspomnienia.”

Książki mogą być przykładem i pierwszym krokiem w edukacji na rzecz ekonomii dzielenia się. Jak również edukacji prośrodowiskowej – żeby nie wyrzucać, tego co może się jeszcze przydać (a wcześniej nie kupować rzeczy zbędnych). Trwałość i solidność zamiast rozrzutnej i zaśmiecającej jednorazowości.

W czasie Nocy Biologów w 2012 roku również pojawił się motyw uwalniania książek  (Przyrodniczy bookcrossing czyli podaruj książkę studentowi lub wiejskiej bibliotece). A potem w czasie olsztyńskiego śniadania na trawie (Olsztyńskie śniadanie na trawie w parku Centralnym).

O przecudnej półce z Wipsowa dowiedziałem się z... powstającego klastra Archipelagi Kultury. Pierwszym i najłatwiej zauważalnym efektem rodzącej się współpracy jest przepływ informacji. Można poznać szeroko rozumianą kulturę na prowincji. I nie jest ona ani banalna ani byle jaka. Warto wspólnie wyruszyć w tę intelektualną podróż by odkrywać dla siebie i dla innych niezwykłe wyspy kultury na warmińsko-mazurskich Archipelagach Kultury. Przygoda właśnie się zaczęła.

Dzielenie się wiedzę odbywa się w trakcie rozmowy za pomocą słów. Ale także i za pomocą słów spisancyh i wydrukowanych. Prowincja swoim spokojem zachęca do przemyśleń, w czasie spaceru jak i w czasie lektury. To miejsce dla ludzi twórczych. Dostęp do kultury to czas wolny dla pracowników... i tym chetniej firmy będą inwestowały. Dostęp do kultury i aktrakcyjne zapewnienie czasu wolnego jest wartością ekonomiczną. A przecież nie w każdej wsi mogą być filharmonie, kina, teatry. Ale półka bookcrossingowa może być :). To tylko przykład, bo przecież mądrej głowie dość dwie słowie.

Rok Kultury na Warmii i Mazurach oraz Archipelagi Kultury… i kilka wątków pobocznych

sczachor

10603556_10205007817988514_4204351440991568885_n

Kiedy rozpoczęła się dyskusja na jednym z portali spłecznościowych na temat tego, czy można ogłosić Rok Kultury (w domyśle w woj. warmińsko-mazurskim) w uzupełniającej argumentacji „za” dodałem „A kto nam zabroni?”. Nie chodziło mi o jakieś awanturnictwo, ale wskazanie, że jesteśmy obywatelami i wolno nam ogłaszać Rok Kultury, by szerzej dyskutować o kulturze i tożsamości regionalnej. Bo po co wysyłać nieśmiałe zapytania o „pozwolenie” czy „błogosławieństwo” do różnych państwowych, samorządowych, społecznych czy jeszcze innych gremiów? W zasadzie pytanie należy interpretować nie jak „czy nam wolno” ale "czy jest sens". Jest.

Pytanie się „czy wolno”, konsultowanie się zajęłoby cały rok. Lepiej działać niż utopić energię w nieustających dyskusjach i dzieleniu włosa na czworo. A tak – jeśli pomysł roku kultury jest dobry i potrzebny - to się przyjmie i rozrośnie jak kula śniegowa. Jeśli nie jest dobry, to po prostu umrze śmiercią naturalną w powijakach, uschnie przez przemilczenie, zaniechanie. Po prostu spróbować i wykonać eksperyment. Być może wychodzi ze mnie dusza przyrodnika, przedstawiciela nauk ścisłych (przyrodniczych eksperymentalnych), który hipotezy chce od razu poddawać falsyfikacji przez doświadczenie. Stało się, pomysł na Rok Kultury chwycił i wzbudził rosnące zainteresowanie.

Rok Kultury jest dobrym pretekstem by mówić o kulturze, także jako wartości ekonomicznej i wspierającej markę regionu (woj. warmińsko-mazurskiego). Luźna formuła roku kultury sprawia, że każdy może mówić o kulturze… w różnych gremiach, w różnych mediach i w różnej formie. Ale jeśli będziemy się zastanawiali czy włączyć się i poprzeć, skoro zainicjowała to Gazeta Olsztyńska…. lub  „mnie tam już nie będzie, bo nie będę wspierał konkurencji” itd., to niewiele z tego Roku wyniknie. Zwłaszcza w środowisku twórców trudna jest praca zespołowa i skupienie się na wspólnym celu zamiast na dyskutowaniu kto ważniejszy. Nam Polakom, doświadczonym przez wiele lat życia w złymo systemie społecznym, trudno jest współpracować. Ale chyba się uczymy i mamy coraz więcej sukcesów w przełamywaniu wąskich partykularyzmów i w budowaniu kompromisów.

Wierzę, że stajemy się coraz bardziej obywatelami. Obywatel podejmuje decyzje samodzielnie. Nie czeka na pismo z pozwoleniem, poklepującą akceptację, z pieczątkąa i zabezpieczającą podkładką (w razie czego będzie na kogo zwalić, to nie ja, to z góry mi kazali). Ludzie wolni i kreatywni podejmują ryzyko… działania, mówienia itd. Tak wogóle to życie jest ryzykowne. Czy z tego powodu będziemy bali się żyć? Ludzie, wolni nie boją się ryzykować i tego, że popełnią błędy. Bo błędy można naprawiać, lepsze jest wrogiem dobrego… a bezczynności nie da się poprawić, bo nie ma czego. Już Arystoteles powiedział „Jeśli chcesz unikać krytyki to nic nie mów, nic nie rób, bądź nikim”.

W Roku Kultury na Warmii i Mazurach nie chcemy być nikim, chcemy być kimś i poprzez kulturę, tę bardzo szeroko rozumianą, chcemy odkrywać swoją współczesną tożsamość, Warmiaków, Mazurów, Wimlandczyków. No bo kto nam zabroni marzyć, mówić, pisać, malować, odkrywać i budować swoją tożsamość?

W dyskusji o polityce kulturalnej i samych roku kultury coraz bardziej wyłania się kilka wątków (zazębiających się ale w gruncie osobnych pomysłów). Rok Kultury na Warmii i Mazurach oraz Powiślu, to szeroka i spontaniczna akcja (może jednorazowa w 2015 r.), celem której jest zwrócenie uwagi na kulturę i włączenie jak największej liczby instytucji, osób, animatorów itd. do tych działań. To niejako pospolite ruszenie, każdy we własnym stroju, z własną bronią i własnym pomysłem wybiera się na tę intelektualną wyprawę, bez naczelnego dowództwa, w ciągłym sejmikowaniu i rozgadaniu. Drugim pomysłem są Archipelagi Kultury - projekt conajmniej kilkuletni, wąsko zdefiniowany, nastawiony także na szukanie wsparcia finansowego (na razie to mgliste wyobrażenie, bo nawet nie wiadomo gdzie szukać tych pieniędzy). I jako projekt z budżetem i wkładem własnym musi być dobrze zdefiniowany i ograniczony tematycznie, z dobrze opracowanymi, konkretnymi działaniami.

Trzecim pomysłem, zrodzonym już w Roku Kultury, jest zainicjowany klaster, pod roboczą nazwą „Archipelagi Kultury Warmii i Mazur”. Klaster jako projekt wieloletni, ma grupować instytucje, firmy, osoby indywidualne NGO-sy, twórców i animatorów, itp. itd. Ma być swoistą wylęgarnią mniejszych projektów, których realizacji podejmą się konkretne konsorcja, grupy itd. Ale jako nawet luźna struktura musi mieć zdefiniowane ramy organizacyjne i koncepcję funkcjonowania. Obie się dopiero rodzą. Pospolite ruszenie, swoista rebelia kultury, dopiero się rozwija i trwać będzie. Ale z tego nieustającego chaosu i bałaganu mam nadzieję wyłaniać będą się małe ale konkretne inicjatywy.

W trakcie jednej z debat nad polityką kulturalną miasta (i regionu?) wyartykułowano potrzebę pisma kulturalno-krytycznego, gdzie będą nie tylko informacje (jak teraz w mediach) o tym, że coś będzie. Ale będą także recenzje, relacje i analizy tego co było. Nie wiem czy uda się takie pismo ponownie powołać. Bo być może wyczerpała się formuła czasopism papierowych. Wątpliwe czy utrzymaliby się z pisania dziennikarze i krytycy. Ale mamy inne media internetowe i dziennikarstwo obywatelskie. Ludzie mają swoje źródła utrzymania i mogą pisać z potrzeby duszy, z potrzeby serca, by dzielić się opiniami i tworzyć uzupełniającą płaszczyznę dyskusji wirtualnych. Przecież człowiek jest istotą społeczną. No tak, ale ktoś musi taką stronę-platformę internetową zbudować. Tego się nie da zrobić w formie pospolitego ruszenia. Tu potrzebny projekt, np. Archipelagi Kultury. A jak już będzie przestrzeń… to będzie gdzie dyskutować nawet w formie niezorganizowanego pospolitego ruszenia lub twórczego indywidualizmu i anarchizmu. Byleby ramy były i ktoś o ich funkcjonowanie zadbał. To miałem na myśli pisząc, że oddzielne pomysły zazębiają się (Rok Kultury, Archipelagi Kultury, klaster).

„Kultura wyzwala ciało od zniewolenia pracą i usposabia go do kontemplacji” napisał Umberto Eco. W Roku Kultury rodzą się Archipelagi Kultury, izolowane i samodzielne wyspy, ale kontaktujące się ze sobą, współdziałające. Będzie więc gdzie wypoczywać, jak w na tropiklanych wyspach w czasie urlopu. Niczym lokalne populacje w metapopulacji. Są osobnymi bytami ale przepływ genów-idei następuje. Bogactwo w różnorodności.

W Roku Kultury możemy zbierać i opisywać to, co już jest (choć może nie wiemy że jest) jak i możemy się inspirować do kolejnych twórczych „narodzin”. Ośmielamy się wyjść z prowincjonalnego cienia, zachęceni tym, że widzimy ilu nas jest. A co, kto nam zabroni? Region, który jest tyglem kultury. I natury. Bo to dwie wartości dopełniające się i wzajemnie uwarunkowane.

W zawołaniu „a kto nam zabroni” jest niecierpliwość działania, by nie tracić czasu na zbędne dywagacje, narady i pisanie pism z prośbą o pozwolenie. Nie bójmy się działać z obawy o krytykę i krzywe spojrzenia. Twórcza i konstruktywna krytyka ubogaca. A ordynarny hejt po prostu przemilczymy. Walki kogutów niech się dzieją bez nas.

Niech się staje Rok Kultury, nawet w najmniejszych restauracjach, kawiarniach, na trawnikach, piknikach, wiejskich festynach. Proszę się poczęstować ciasteczkiem z niemalże domowego wypieku (na zdjęciu wyżej). Bo kulturę widzę szeroko, nie tylko w wierszach i obrazach na płótnie. Konsumpcja i twórczość nie jedno mają imię i wymiar.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci