Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Olsztyn

Na łonie natury i na dodatek prestiżowo ?

sczachor

27912977_10213980447858653_7029341274279320369_oWydawało mi się, że wiem co znaczy zwrot „na łonie natury”. Ale gdy przechodzę obok dawnego jeziora Płociduga Mała i trwającej tam budowy, to stracę pewność. Na wszelki wypadek zajrzałem do słowników języka polskiego… najwyraźniej i one nie są już aktualne.

Na łonie natury (czyli na łonie przyrody) oznacza: wśród lasów, pól, w otoczeniu przyrody. Oznacza obszar, na którym znajduje się dużo roślin (i to dziko rosnących), obszar nieskażony zanieczyszczeniami. Zwrot „na łonie przyrody” kojarzy się z rekreacją, wypoczynkiem, powrotem do dzikiej (a przynajmniej dzikawej) przyrody, kojarzy się z odpoczynkiem. Mieszkańcy hałaśliwych miast chętnie uciekają na wypoczynek na łono natury. Sądzą z reklamy dewelopera – będzie blisko. Ale to ułuda.

Prestiżowe domy, ba nawet apartamenty, na łonie natury. Właśnie powstają. Owszem coś wspólnego z łonem natury mają, ale tylko w czasie przeszłym. Bo ni mniej ni więcej oznacza to,że budują domy na łonie natury, ale jak wybudują, to już tej natury nie będzie.

Jezioro Płociduga Mała ma długą historię. „Za Niemców” zostało osuszone ale przez lata uległo samoistnej renaturyzacji. W wyniku niedrożności części rowów odwadniających podniósł się nieco poziom wody i powstało przecudne rozlewisko z licznie żyjącymi tu traszkami, chruścikami czy kałużnicą. Widywałem remiza, sarny, lisy, krążącego błotniaka, liczne żaby, ważki, przepięknego motyka czerwończyka nieparka itd. W ostatnich dwóch latach gnieździły się tu gęsi gęgawe. Miejsce to było niezagospodarowane ale służące mieszkańcom do spacerów. Liczyłem, że może miasto uporządkuje ten teren. Tak zresztą było w planie zagospodarowania (oglądałem przy okazji wykonywania ekspertyzy) - nie było przewidziane pod inwestycje a przeznaczone na teren rekreacyjno "zielony".

Latem 2017 roku wjechała koparka i pogłębiając rów melioracyjny całe rozlewisko zostało zniszczone )osuszone). Zginęły traszki i żaby. Zginęło wiele organizmów wodnicy i wodnobłotnych. Oficjalnie, jak można było się dowiedzieć z mediów, to odnowiono rowy melioracyjne bo ponoć woda zalewała piwnice mieszkańcom domów przy ul. Gałczyńskiego. Na pierwszy rzut oka wydało się to zwykłą ściemą. Po kilku miesiącach „wyszło szydło z worka”. Wjechały maszyny i rozpoczęła się budowa. Zatem ewidentnie osuszenie było przygotowaniem pod inwestycję… Wycięto drzewa, osuszono teren, systematycznie nawożona jest ziemia. I gruz budowlany.

Deweloperzy sprzedają marzenia. Same chwytliwe słowa: coś prestiżowego, na łonie natury. Iluzja i fałsz a przy okazji dewastacja ostatnich skrawków przyrody w mieście. Łono natury w czasie przeszłym. Pogorszenie warunków dla już mieszkających tu ludzi i łudzenie nowych mieszkańców. Nie będzie ani przyrody, ani czystego powietrza, ani miejsca na spacery. Smog spory, co można sobie codziennie sprawdzić. Pozostaje prestiż? Bardzo iluzoryczny prestiż.

Tereny zielone w mieście potrzebną są dla zdrowia mieszkańców. Gdy ich brakuje, obniża się jakość życia. A tymczasem smog rośnie. Ostatnie skrawki zieleni zasypywane są gruzem. To gdzie ludzie mają wypoczywać? Nic dziwnego, że na spacery, nawet te poświąteczne, wielu mieszkańców wybiera… galerie handlowe…. Zamiast kontrowersyjnego zakazu handlu w niedzielę lepiej byłoby zainwestować w tereny zielone w mieście, nawet zwykłe „parki kieszonkowe”. A tymczasem w Olsztynie masowo wycina się drzewa, zasypuje tereny podmokłe, likwiduje skwery i… stawia lampy na środku chodnika (ostatnia inwestycja i budowa nowego mosty na Łynie). Brak wyobraźni czy jakaś głęboka, skrywana nienawiść do ludzi?

Zobacz także

Kołłątowiada czyli kultura jest przemysłem kreatywnie rozwijającym gospodarkę

sczachor

19703006_10212110819519113_3357995265308596568_oKultura jest nowoczesnym przemysłem kreatywnym, rozwijającym lokalnie i regionalnie. Mam na myśli kulturę szeroko i głęboko rozumianą, w tym także trzecią kulturę czyli naukę w przestrzeni publicznej (czytaj więcej czym jest trzecia kultura).  

Kultura (i ludzka praca z nią związana) jest niedoceniana, bo ulotna, „niematerialna”. Myślimy zazwyczaj jeszcze schematami XIX i XX wiecznymi, gdzie liczyła się produkcja węgla i stali. Ale teraz żyjemy w świecie trzeciej rewolucji technologicznej, komputerów i robotów. Żyjemy w czasach kryzysu czasu wolnego i wdrażania bezwarunkowego dochodu podstawowego. To nauka, edukacja i kultura będą dawały najwięcej pracy ludziom. W innych zastąpią nas komputery i roboty. Już zastępują.

Do niniejszej wypowiedzi sprowokowała mnie Kołłątowiada – święto ulicy Kołłątaja na olsztyńskiej Starówce. Do Kołłątowiady odnoszę się życzliwie, z zaciekawieniem. Ale i z rozczarowaniem. Popieram starania przedsiębiorców, chcących ożywić ten fragment Starówki, by przyszło więcej ludzi (a ich interesy kwitły). Tym bardziej ważne jest to wydarzenie, że cala Starówka zamiera a wiele lokali powstaje by po kilku miesiącach paść. Rozczarowała mnie Kołątowiada balonikami i dmuchaną brykalnią (była też muzyka na żywo i gry planszowe – te chwalę). Pop-tandeta jak na każdym wiejskim festynie. Zbyt mała przestrzeń starówkowej uliczki by konkurować z terenami na wsi czy nad jeziorem. Tego dnia na ulicy Kołłataja nie widziałem więcej ludzi niż na innych uliczkach Starówki. Owszem, pogoda był nieco deszczowa. Ale to nie pogoda i baloniki przyciągają ale niepowtarzalna i unikalna kultura. Wystarczy ją pokazać. Pisałem o rozczarowaniu, bo wiem, że na ulicy Kołłataja jest kilka rzeczy wartościowych, które można było pokazać i uwypuklić. Nie tylko na jeden dzień, ale i na cały rok. Szanse zmarnowane w popkulturowych schematach myślowych…

Gdy zajrzałem na facebookowe wydarzenie Kołłątowiady, to znalazłem tylko opis wydarzenie w formie „fiesta uliczna” I nic więcej. To ma przyciągać? Zabrakło opisu i zachęcenia czymś na prawdę ambitnym i niebanalnym. Letnia fiesta to teraz jest wszędzie, a piwo i cukrowa wata znacznie tańsze w innych miejscach…

19703016_10212110743277207_5222743229989001150_o

Dla przykładu wspomnę o trzech ciekawych, niewielkich imprezach. Wszystkie, jak się okazało, organizowane i animowane przez Miejski Ośrodek Kultury. Jedno dotyczyło patrzących drzew w Parku Centralnym. Mimo niepogody przychodzili ludzie by odszukać Joanę Lipę, Dariusza Klona, Wierzbę Natalię itd. Poszukiwanie z głębszym przesłaniem (kulturalny i przyrodniczy questing). Drugie to łódeczki z papieru, wiszące na drzewie (górne zdjęcie). Ślad po kolejnej animacji. I w końcu kamienie z napisami. Spotykasz taki w dyskretnym miejscu i zaraz chcesz odszukać inne. I zastanawiasz się co to, dlaczego? To właśnie takie nawet drobne animacje kulturalne zwabiają do przyjścia (ożywiają miejsce). Zachęcają do poszukiwań, spaceru, przebywania na Starówce. A jak już będziesz… to jest większa szansa, że zajdziesz do sklepu czy lokalu. Bo chodząc pieszo częściej zachodzimy do sklepów i lokali niż jadąc samochodem (idziesz wolniej, więcej widzisz, masz więcej czasu na zastanowienie się i pozytywna reakcje by wstąpić).

Na Starówce przeszkadza mi zatarasowanie chodników parkującymi samochodami i nieustannie jeżdżące samochody (to ostanie nie jest bezpieczne zwłaszcza dla dzieci). Unikalny klimat nie tworzy się zaparkowanymi samochodami lecz kulturą. Na dodatek samochody zajmują zbyt dużo miejsca (czytaj więcej na ten temat). A miejsca fizycznie na średniowiecznej starówce jest mało. Przestrzeń jest deficytowa. Warto to w końcu zrozumieć...

Po co przychodzić na Starówkę? Głównym powodem zawsze będzie kultura szeroko rozumiana (bo zjeść i napić się można w wielu miejscach). Było kino Awangarda, jedno z trzech najstarszych w Europie... Ale pazerny właściciel lokalu wyrzucił to kino i zrobił remont. I tak od kilku lat na samym Rynku stoi pustostan... Wiele osób wspomina Uliczkę Sztuki, zainicjowaną przez prof. Beno Małkowskiego. Podobnych animacji kulturalnych i społecznych bywało więcej. Na przykład ceramiczne wlepki. Jakiś anonimowy artysta przez kilka lat umieszczał te małe formy na ścianach. Zachęcały do poszukiwań, spacerów, przebywania.

Warto jeszcze raz powróżyć, że to kultura jest przemysłem kreatywnym, który może ożywiać lokalnie olsztyńską Starówkę oraz nasz region. Warmia i Mazury to kraina miasteczek cittaslow i wiosek tematycznych. Kołem zamachowym jest kultura, ludzkie spotkania wypełnione treścią i wieloaspektowym dialogiem, z malowanymi przystankami i butkami telefonicznymi z książkami.

19787494_10212118647314803_6020480924123145928_o

2 razy O czyli wszystkiemu winni są cykliści – przykład z Olsztyna i Oslo

sczachor

mokbarierkaDwa razy O odczytać można jako dwa kółka (symbol roweru) lub/i jako dwie litery O – pierwsze litery Olsztyna i Oslo. Niedopowiedzenia rodzą różne skojarzenia, a to pobudza do twórczego myślenia. W sam razy by napisać o zrównoważonym transporcie w mieście.

W Olsztynie pracuje zespół „międzyresortowy” (czy jakoś tak), który debatuje nad tym,  jak ożywić olsztyńską Starówkę. Porusza sprawy różne, ale chyba o najważniejszych zapomina (ewentualnie te dyskusje nie docierają do opinii publicznej). Na tym małym, a zabytkowym fragmencie miasta, lokale gastronomiczne (tudzież sklepy czy inne małe interesy) pojawiają się i znikają. Starówka to wizytówka turystyczna Olsztyna a nie tylko interes kilku drobnych przedsiębiorców. Nic dziwnego, że w ożywianie tego fragmentu miasta angażuje się i ratusz.

Olsztyńska Starówka jest mała, ograniczona do średniowiecznej lokacji. Olsztyn powstał jako małe miasteczko, takich jak wiele w tej części obecnej Polski.

Interes by się kręcił i w restauracjach i sklepach, gdyby ludzi przychodzących tu było więcej. Ale jak zmieścić ich na małej przestrzeni, gdy powierzchnię fizyczną zajmują parkujące i jeżdżące samochody? Skąd problem? Miasto się rozrosło i dodatkowo zmieniła funkcja średniowiecznego fragmentu miasta – nie ma tu już targowiska. Bo przez wieki funkcja handlowa przywabiała ludzi z okolicy. Poznikały i sklepy – za sprawą galerii handlowych. Nawet ratusz przeniesiono, więc i funkcja administracyjna także odpadła. Pozostała tylko funkcja turystyczna – ze względu na zabytki: gotycki ratusz, katedrę, zamek, odbudowaną starówkę na planie średniowiecznych ulic. No i funkcja kulturalna: dwa muzea, galerie artystyczne (też chyba dwie, w porywach trzy ale i one szybko upadają), wydarzenia plenerowe. Teoretycznie sporo ludzi się przewija… a jednak za mało by utrzymać powstające lokale.

Na co dzień zapominamy, że turystyka to największy biznes na świecie. A w wieku XXI usługi kulturalne stanowią coraz bardziej ważny fragment życia ludzkiego i … społecznego. Mamy czasy… kryzysu czasu wolnego. Za nas pracują komputery i roboty a my nie wiemy, co zrobić z wolnym czasem. Dlatego rozwija się edukacja, kultura i usługi. Oczywiście jeśli jest do tego przestrzeń.

Nie da się zmieścić więcej ludzi… jeśli przestrzeń zajmują samochody. To zwykłe prawa fizyki.

LodzDobrze ilustruje to eksperyment z Łodzi, opatrzony powyższym zdjęciem (eksperyment po wielokroć powtarzany w wielu miastach). Ile miejsca na drodze zajmuje odpowiednio: 40 samochodów, 45 rowerzystów i jeden autobus, mogący pomieścić wszystkich prowadzących auta i rowery? Widać gołym okiem, że najwięcej miejsca zabierają samochody. To dla turystycznego miasta przestrzeń stracona. Łódzki eksperyment miał dowieść, że poruszanie się rowerem lub komunikacją miejską może wpłynąć na zmniejszenie korków w mieście.  

Wróćmy do olsztyńskiej Starówki. Po pierwsze samochody zajmują fizycznie przestrzeń (funkcja parkingu i ciągu transportowego) – bo nie można przejść ani postawić ogródka letniego, nie można w tym miejscu zrobić imprezy kulturalnej. Parking na starówce czy pod gotycką katedrą to marnotrawstwo przestrzeni i rozwojowa głupota. Zaparkować można kilkaset metrów dalej… a kościoła i zamku nie da się przenieść. Nie da się także wybudować nowej starówki w innym miejscu. W części te funkcje przejmują nowe centra handlowe, ale tylko w małej części. To, co najważniejsze (zabytki i kultura), jest teraz zawłaszczane przez egoizm i brak wyobraźni małej grupy osób. Dlaczego zawłaszczają unikalne miejsce kosztem potrzeb innych?

Po drugie ze względu na samochody jeżdżące na starówce jest niebezpiecznie. Ilustruje to górne zdjęcie: barierka przy wyjściu z placówki kulturalnej (Stary Spichlerz, Miejskiego Ośrodka Kultury) pojawiła się niedawno. Tuż pod drzwiami przejeżdża bardzo dużo samochodów. Ja sam kilka dni temu, wychodząc z lokalu, znajdującym się przy ul. Okopowej, wszedłem wprost pod koła jadącego samochodu. Na szczęście jechał wolno. Takich miejsc konfliktowych i niebezpiecznych jest co najmniej kilka. Inny przykład, wybrałem się na znakomity koncert w amfiteatrze. Było trudno przejść nie tylko chodnikiem ale i ulicą, bo nie tylko ciągnący sznur samochodów ale i zaparkowane na chodnikach auta. W większości z łamaniem przepisów… ale kto by tam zwracał na to uwagę… Dodatkowo poniszczone nowe chodniki z płyt granitowych. Przecież tych zniszczeń nie dokonały panie w szpilkach (duża siła nacisku na małej powierzchni obcasa).

Ilekroć zachodzę na olsztyńską Starówkę w sezonie wakacyjnym to widzę nieustający strumień jadących samochodów, bo szukają miejsca do zaparkowania. I przejeżdżają tylko. Sami nie korzystają (praktycznie są tylko przejazdem) i innym miejsce zajmują. Ile miejsca wyłączonego z ruchu? Jedna ulica (całorocznie a w sezonie dodatkowo druga), jeden plac - z Targiem Rybnym to dwa, malutkie. Kilka miejsc wyjątkowo niebezpiecznych dla turystów. I zniechęcających do kolejnych odwiedzin.

Zamiast ogródka letniego stoi samochód. Nowa, włoska restauracja i cukiernia przy ul. Okopowej. Zwabiły mnie do zajrzenia wystawione na chodnik stoliki. Znak, że w środku jest sympatycznie. Niczym na krakowskim Kazimierzu. Ale kto będzie chciał pić kawę czy jeść ciastko, gdy 10-20 cm obok niego przejeżdżają stale samochody? Chyba, że jest to akurat zlot starych pojazdów. Ale takie coś to tylko raz w roku.

Praw fizyki się nie zmieni. Gdy odbywa się jakaś większa impreza kulturalna, to straż miejska lub policja musi blokować przejazd. By zrobić ludziom miejsce. Jeśli ma się odbywać jakaś uliczna parada (np. przy okazji Olsztyńskich Dni Folkloru), to wcześniej policja musi pousuwać parkujące samochody. Inaczej korowód nie przejdzie lub nie będzie miejsca dla widzów, którzy by to chcieli zobaczyć. Skoro w czasie większych imprez usuwa się samochody by zrobić miejsce dla ludzi… to może zrobić tak całorocznie? Przecież wokół olsztyńskiej starówki są parkingi. Wystarczy przejść tylko 100-300 metrów…. Zostawmy wjazd na Starówkę tylko samochodom dostawczym i ratunkowym. Tak jak to jest w wielu miastach. Inaczej Starówka dalej będzie zamierać.

Potrzeby kulturalne olsztyniacy i turyści zrealizują gdzie indziej. Na przykład w Parku Centralnym. Skąd się bierze ten egoizm i zawłaszczanie wspólnej przestrzeni publicznej tylko dla siebie? Najdziwniejsze, że również za samochodami na Starówce są… restauratorzy (niektórzy). Odporni na wiedzę i przykłady z całego świata. Potrzebna jest na pewno wiedza… a ta bierze się z edukacji. Szkolna nie wystarczy, potrzebna pozaformalna i ustawiczna. Czyli poza murami szkoły (a nie miasta). Na przykład w mediach publicznych. Brak zrozumienia zarówno praw fizyki jak i funkcjonowania społeczności miejskiej czy ekosystemu miejskiego. Brak zrozumienia… samego człowieka.

Pora na drugie kółko lub O. Przykład z Oslo, by pokazać, że jest to możliwe, zaczerpnięty z artykułu Ewy Szekalskiej pt. Gdy kierowca staje się gościem w mieście...  Oslo zwyciężyło w konkursie na Zieloną Stolicę Europy. Za ambitnymi celami redukcyjnymi idą tu takie kroki, jak planowany od 2019 r. niemal całkowity zakaz wjazdu prywatnych samochodów do centrum. Dodajmy, że centrum norweskiej stolicy jest duuuużo większe niż maleńka olsztyńska Starówka…. w 2019 roku w Oslo powierzchnia 1,7 km kw. będzie niemal całkowicie uwolniona od pojazdów osobowych (jakiż ułamek tej przestrzeni stanowi olsztyńska Starówka). Do tej pory transport przyczynia się w Oslo aż w 61 proc. do emisji CO2, z czego 39 proc. pochodzi z samochodów prywatnych. Ambicje norweskiej stolicy idą dalej, do 2050 r. miasto ma stać się neutralne węglowo (bilans emisji dwutlenków węgla ma wyjść na zero). Już w latach 2015-16 ponad 30 proc. wszystkich nowych samochodów sprzedanych w Oslo było autami elektrycznymi lub hybrydowymi. Norweskie miasto nie zadowala się obecnością 35 tys. elektrycznych aut i autobusami, w jednej trzeciej o napędzie alternatywnym. W Oslo ograniczenia dla kierowców będą wprowadzane stopniowo. W 2017 r. mają zostać zlikwidowane prawie wszystkie uliczne miejsca parkingowe w centralnej strefie (a jest ich prawie 600). Nie będzie możliwe przejechanie samochodem przez centrum, choć mieszkańcy będą mogli dostać się do swoich domów.

Samorządowi norweskiej stolicy chodzi o to, by jak największa część Oslo służyła różnorodnym aktywnościom i potrzebom innym niż transport – przestrzeń zostanie uwolniona pod działalność związaną z kulturą, sztuką, pod stojaki rowerowe i place zabaw oraz ogródki restauracyjne. W stolicy Warmii i Mazur, zarówno mieszkańcom jak i turystom przydałoby się odrobina ruchu (przejście kilkaset metrów od zaparkowanego samochodu). Tym bardziej, że współcześni Polacy chorują od braku ruchu i otyłości. Zatem ograniczenie ruchu samochodowego na maleńkiej, olsztyńskiej Starówce przysłuży się zdrowiu (ruch i mniej zanieczyszczeń), zaspokajaniu potrzemy kulturowych jak i rozwojowi ekonomicznemu... miasta ogrodu – bo takim się lansuje Olsztyn.

Róże zakwitające jesienią czyli o pożytkach z różnorodności

sczachor

14481753_10209448884652405_6559468705297065698_o

Róża zakwitająca pod koniec września (zdjęcie zrobione 26 września, w Olsztynie) to jakaś anomalia? Przecież już kwitła latem, teraz obsypane są owocami. Nie za późno na zakwitanie? Przecież owadów do zapylenia coraz mniej, a i przymrozki blisko. Czy zdąży wydać owoc? Wydaje się że to zupełnie bez sensu i szans na powodzenie. A jednak w tym przyrodniczym szaleństwie jest sens i metoda.

Różnorodność biologiczna to wielość gatunków w ekosystemie. Różnorodnych gatunków o bardzo zróżnicowanych strategiach życiowych i przystosowaniach ekologicznych. Jakiekolwiek by nie były warunki, czy to chłodno, czy upalnie, czy deszczowo czy raczej sucho - zawsze jakiemuś gatunkowi będzie to sprzyjało, innemu przeszkadzało. Zatem duża różnorodność sprzyja stabilności ekosystemów.

Podobnie jest z populacją jednego gatunku. Osobniki nie są identyczne, różnią się nieznacznie między sobą. Są więc i takie, które na skutek różnych sygnałów środowiskowych zakwitają jesienią, zupełnie nie w porę. Zazwyczaj jest to zmarnowany potencjał. Ale czasem może się opłacać. Jeśli tegoroczna jesień będzie długa i ciepła akurat może ta róża wyda owoc. Odniesie sukces w nietypowych warunkach. Dla całego gatunku może to oznaczać przetrwanie w nietypowych i zmiennych warunkach (pojawi się więcej osobników zakwitających pod koniec września). Zmiany klimatu są coraz bardziej widoczne. Skutkują zmianami w pogodzie. Dawna strategia i cykl życiowy może okazać się pułapką. To właśnie takie osobniki nietypowe mogą zagwarantować sukces całej populacji (gatunku).

Zmienność jest kosztowna, bo w warunkach bardzo stabilnych i powtarzalnych taka zmienność od optimum oznacza stratę. Ale w warunkach zmienności i niepowtarzalności warunków środowiskowych taka "rozrzutna" zmienność jest bardzo korzystna - zawsze jakiś zakres zmienności (osobników) "utrafi" w warunki środowiska danego okresu (roku, wielolecia).

Myślę że podobnie jest w kulturze i społeczności - różnorodność wydaje się rozrzutna i kłopotliwa ale właśnie w warunkach zmieniającego się środowiska może okazać się zbawienna. Skoro przyszłość nie jest do końca przewidywalna to nie wiadomo co się może przydać. Co okaże się bardzo korzystne.  Ujednolicanie narodu np. do "prawdziwych Polaków" może okazać się klęską w porównaniu do wielokulturowości pod każdym względem, nie tylko genetycznym ale i społecznym.

Jedno jest pewne, zmienia się nie tylko klimat ale i warunki cywilizacyjne. Nie nadążamy za zmianami. Nic nie będzie takiej jak wczoraj i dzisiaj. A skoro tak, to we własnym, narodowym interesie powinniśmy zadbać o dużą wielokulturowość, różnorodność pod każdym względem. Imigranci mogą okazać się życiodajną siłą, gwarantująca przetrwanie

 

 

 

Dziedzictwo kulinarne - to jednorazowe i festiwalowe i to zakorzenione, trwałe

sczachor

dziedzictwo1

To było chyba pod koniec maja. Na weekend w Olsztynie pojawić się miał jarmark promujący regionalne dziedzictwo kulinarne. Lubię takie wydarzenia i pokazy. W sobotę nie mogłem odwiedzić Starówki, wybrałem się dopiero w niedzielę. Pojawiłem się w godzinach zaznaczonych na plakacie. Ale było biednie i pustawo. Jakichś kilka małych straganów, do tego baloniki i dmuchane zjeżdżalnie. Osobiście nie za bardzo kojarzy mi się z dziedzictwem, raczej z jednorazowymi, nieco tandetnymi pilnikami "pod remiza". Przygotowane stragany przy zamku były puste. Nie było tego, na co liczyłem najbardziej. Odbywał się tylko na dziedzińcu zamkowym pokaz gotowania w wielkim kotle, z darmowym jedzeniem. To zawsze przyciąga tłumy. Ktoś znany podpisywał książki. A jedzenie było z... plastikowych talerzyków. Wiem, wiem, tak musi być bo inaczej nie da się zrobić imprezy masowej. Muszą być plastiki i jednorazówki. Czyli produkowanie śmieci. Festiwalizacja dziedzictwa. Coś zgrzyta z wiarygodnością...

Wiem także i to, że takie jednorazowe pokazy, nawet w formie sfestiwalizowanej, są potrzebne. Coś jednak zgrzyta. Dlaczego stragany były puste? Może były zapełnione jedynie w sobotę? Może w niedzielę też się ktoś pojawił ale później? A może drobni producenci, restauratorzy mają w tym czasie pełnię sezonu i nie bardzo mogą pozwolić sobie na ciągłe wystawianie się na takich objazdowych jarmarkach? Przyczyn jest pewnie wiele, ale ewidentnie coś zgrzyta i czegoś brakuje. Bo zamiast promocji pojawiać się może zawód i rozgoryczenie. Bo pierwsze kroki dawno już zostały zrobione. To co było dobre 10 lat temu, teraz już nie wystarcza. Trzeba szukać twałych i ugruntowanych rozwiązań, np. takich, które sprawią, że stojące stragany na pobliskim Targu Rybnym zawsze będę zapełnione (czytaj więcej na ten temat).

 dziedzictwo_32

dziedzictwo21

Ale tego samego dnia, wracając nieco zniesmaczony tym mocno spłyconym, jednorazowym "dziedzictwem", spacerowałem po Starówce i widziałem zakorzenione, autentyczne dziedzictwo nie tylko kulinarne. Czynna galeria z aktualną wystawą, sklepik ze starociami, gdzie z obsługą można sympatycznie pogadać, wystawa w holu biblioteki i restauracja, gdzie poezja dziedzictwa uwidacznia się już menu. I co jeszcze ważniejsze - witrynka z innymi produktami regionalnymi, zarówno kulinarnymi jak i rękodzieła, Prawdziwe dziedzictwo na co dzień i na wyciagnięcie ręki. I dobry przykład wspierania się małych i drobnych przedsiębiorstw.

Zaskoczył mnie ten kontrast, między plastikową jednorazowością a cichym i trwałym dziedzictwem. Trzeba tylko poszukać, a się znajdzie coś wartościowego. I chyba trzeba zmienić formy promocji dziedzictwa niematerialnego. Na naszych ulicach też się wiele zmieniło. Zniknęły już stragany na łóżkach polowych i plastikowe krzesełka w ogródkach letnich.

dziedzictwo4

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci