Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Olsztyn

Róże zakwitające jesienią czyli o pożytkach z różnorodności

sczachor

14481753_10209448884652405_6559468705297065698_o

Róża zakwitająca pod koniec września (zdjęcie zrobione 26 września, w Olsztynie) to jakaś anomalia? Przecież już kwitła latem, teraz obsypane są owocami. Nie za późno na zakwitanie? Przecież owadów do zapylenia coraz mniej, a i przymrozki blisko. Czy zdąży wydać owoc? Wydaje się że to zupełnie bez sensu i szans na powodzenie. A jednak w tym przyrodniczym szaleństwie jest sens i metoda.

Różnorodność biologiczna to wielość gatunków w ekosystemie. Różnorodnych gatunków o bardzo zróżnicowanych strategiach życiowych i przystosowaniach ekologicznych. Jakiekolwiek by nie były warunki, czy to chłodno, czy upalnie, czy deszczowo czy raczej sucho - zawsze jakiemuś gatunkowi będzie to sprzyjało, innemu przeszkadzało. Zatem duża różnorodność sprzyja stabilności ekosystemów.

Podobnie jest z populacją jednego gatunku. Osobniki nie są identyczne, różnią się nieznacznie między sobą. Są więc i takie, które na skutek różnych sygnałów środowiskowych zakwitają jesienią, zupełnie nie w porę. Zazwyczaj jest to zmarnowany potencjał. Ale czasem może się opłacać. Jeśli tegoroczna jesień będzie długa i ciepła akurat może ta róża wyda owoc. Odniesie sukces w nietypowych warunkach. Dla całego gatunku może to oznaczać przetrwanie w nietypowych i zmiennych warunkach (pojawi się więcej osobników zakwitających pod koniec września). Zmiany klimatu są coraz bardziej widoczne. Skutkują zmianami w pogodzie. Dawna strategia i cykl życiowy może okazać się pułapką. To właśnie takie osobniki nietypowe mogą zagwarantować sukces całej populacji (gatunku).

Zmienność jest kosztowna, bo w warunkach bardzo stabilnych i powtarzalnych taka zmienność od optimum oznacza stratę. Ale w warunkach zmienności i niepowtarzalności warunków środowiskowych taka "rozrzutna" zmienność jest bardzo korzystna - zawsze jakiś zakres zmienności (osobników) "utrafi" w warunki środowiska danego okresu (roku, wielolecia).

Myślę że podobnie jest w kulturze i społeczności - różnorodność wydaje się rozrzutna i kłopotliwa ale właśnie w warunkach zmieniającego się środowiska może okazać się zbawienna. Skoro przyszłość nie jest do końca przewidywalna to nie wiadomo co się może przydać. Co okaże się bardzo korzystne.  Ujednolicanie narodu np. do "prawdziwych Polaków" może okazać się klęską w porównaniu do wielokulturowości pod każdym względem, nie tylko genetycznym ale i społecznym.

Jedno jest pewne, zmienia się nie tylko klimat ale i warunki cywilizacyjne. Nie nadążamy za zmianami. Nic nie będzie takiej jak wczoraj i dzisiaj. A skoro tak, to we własnym, narodowym interesie powinniśmy zadbać o dużą wielokulturowość, różnorodność pod każdym względem. Imigranci mogą okazać się życiodajną siłą, gwarantująca przetrwanie

 

 

 

Dziedzictwo kulinarne - to jednorazowe i festiwalowe i to zakorzenione, trwałe

sczachor

dziedzictwo1

To było chyba pod koniec maja. Na weekend w Olsztynie pojawić się miał jarmark promujący regionalne dziedzictwo kulinarne. Lubię takie wydarzenia i pokazy. W sobotę nie mogłem odwiedzić Starówki, wybrałem się dopiero w niedzielę. Pojawiłem się w godzinach zaznaczonych na plakacie. Ale było biednie i pustawo. Jakichś kilka małych straganów, do tego baloniki i dmuchane zjeżdżalnie. Osobiście nie za bardzo kojarzy mi się z dziedzictwem, raczej z jednorazowymi, nieco tandetnymi pilnikami "pod remiza". Przygotowane stragany przy zamku były puste. Nie było tego, na co liczyłem najbardziej. Odbywał się tylko na dziedzińcu zamkowym pokaz gotowania w wielkim kotle, z darmowym jedzeniem. To zawsze przyciąga tłumy. Ktoś znany podpisywał książki. A jedzenie było z... plastikowych talerzyków. Wiem, wiem, tak musi być bo inaczej nie da się zrobić imprezy masowej. Muszą być plastiki i jednorazówki. Czyli produkowanie śmieci. Festiwalizacja dziedzictwa. Coś zgrzyta z wiarygodnością...

Wiem także i to, że takie jednorazowe pokazy, nawet w formie sfestiwalizowanej, są potrzebne. Coś jednak zgrzyta. Dlaczego stragany były puste? Może były zapełnione jedynie w sobotę? Może w niedzielę też się ktoś pojawił ale później? A może drobni producenci, restauratorzy mają w tym czasie pełnię sezonu i nie bardzo mogą pozwolić sobie na ciągłe wystawianie się na takich objazdowych jarmarkach? Przyczyn jest pewnie wiele, ale ewidentnie coś zgrzyta i czegoś brakuje. Bo zamiast promocji pojawiać się może zawód i rozgoryczenie. Bo pierwsze kroki dawno już zostały zrobione. To co było dobre 10 lat temu, teraz już nie wystarcza. Trzeba szukać twałych i ugruntowanych rozwiązań, np. takich, które sprawią, że stojące stragany na pobliskim Targu Rybnym zawsze będę zapełnione (czytaj więcej na ten temat).

 dziedzictwo_32

dziedzictwo21

Ale tego samego dnia, wracając nieco zniesmaczony tym mocno spłyconym, jednorazowym "dziedzictwem", spacerowałem po Starówce i widziałem zakorzenione, autentyczne dziedzictwo nie tylko kulinarne. Czynna galeria z aktualną wystawą, sklepik ze starociami, gdzie z obsługą można sympatycznie pogadać, wystawa w holu biblioteki i restauracja, gdzie poezja dziedzictwa uwidacznia się już menu. I co jeszcze ważniejsze - witrynka z innymi produktami regionalnymi, zarówno kulinarnymi jak i rękodzieła, Prawdziwe dziedzictwo na co dzień i na wyciagnięcie ręki. I dobry przykład wspierania się małych i drobnych przedsiębiorstw.

Zaskoczył mnie ten kontrast, między plastikową jednorazowością a cichym i trwałym dziedzictwem. Trzeba tylko poszukać, a się znajdzie coś wartościowego. I chyba trzeba zmienić formy promocji dziedzictwa niematerialnego. Na naszych ulicach też się wiele zmieniło. Zniknęły już stragany na łóżkach polowych i plastikowe krzesełka w ogródkach letnich.

dziedzictwo4

Piknik śniadaniowy i... niewykorzystany Targ Rybny

sczachor

targ_rybny

Targ Rybny na olsztyńskim starym mieście. Lokalizacja znakomita, nazwa przyciąga, a jednak zazwyczaj pustawy. Brak artystów malujących, grających, uczestniczących w życiu ulicznym. Są ogródki restauracyjne i kawiarniane, jest sąsiedztwo zabytkowe, w pobliżu kręcą się turyści. A jednak czegoś brak. Jest moda na historyczne grupy rekonstrukcyjne, na wioski tematyczne i eko-muzea, jest moda na proste i swojskie jedzenie i aktywne poznawanie historii. Gdy Targ Rybny pustką świeci w tym samym czasie na Święcie Ulicy Dąbrowszczaków mnóstwo przeróżnych kramików z rękodziełem, pamiątkami i swojskim jedzeniem (zdjęcie niżej). W takich warunkach nawet pajda chleba ze smalcem i ogórkiem "chodzi" po 5 zł.  A nie mogłoby być tak cały czas w sezonie turystycznym na Targu Rybnym? Bo takich straganów brakuje w średniowiecznej części Olsztyna. Jeden bukinista z katarynką klimatu nie stworzy. Czasem tylko na starówce pojawiają się stragany z lokalną żywnością. W prowizorycznych budach. A i tak cieszą się dużym zainteresowaniem olsztynianków. Lokalne dziedzictwo ze swoimi znakomitymi produktami gnieździ się w mało estetycznych warunkach na targowisku przy ul. Grunwaldzkiej. Dla turystów miejsce nieznane. Niewykorzystany potencjał synergii.

Są już na Targu Rybnym stałe ładne stragany (co widać na zdjęciu wyżej), co prawda upchnięte gdzieś z boku. Dlaczego są puste (jeśli nie liczyć 2-3 rękodzielników z pamiątkami)? Za duże opłaty? Za mało imprez promujących lokalność? A może kapitał ludzki leży odłogiem? Drobni restauratorzy od dawna mówią, że przydałoby się niewielkie zaplecze w miejscu, gdzie teraz są krzaki i szalet miejski. Niewielka ale potrzebna inwestycja. 

Co robią wycieczki i turyści? Zobaczą zamek, katedrę, dobrze jak trafią na jakąś imprezę uliczną, pospacerują i znikają. Im więcej atrakcji, tym dłuży pobyt. Zysk dla wszystkich. I jeszcze raz podkreślę:  jest moda na aktywnie przeżywaną historię, strzelanie z łuku, zdjęcia z krzyżakami lub innymi rycerzami. Czy nawet zwykłe uczestnictwo w kulturze.

A tymczasem poza Starówką pojawił się piknik śniadaniowy. Cieszy się dużą popularnością (tak jak i w innych miastach). Starówkowa drożyzna i niewielka liczba ulicznych atrakcji systematycznie pustoszy średniowieczną część Olsztyna. Aktywność turystów i olsztyniaków systematycznie przenosi się w nowe miejsca. Pozycja miejsca uprzywilejowanego rozleniwiła i uśpiła. A tymczasem Starówka zamiera w obliczu konkurencyjnych ofert, lepiej trafiających w potrzeby ludzkie.

pikniksniadaniowy11053716_10206137326545522_8001245162716113486_o

O samochodach na Starówce cd.

sczachor

uliczka1Wszystko można sprawdzić. Na tym polega metoda naukowa, że eksperyment jest elementem dyskusji o świecie i weryfikacji najróżniejszych hipotez. Ciekaw jestem czy protestujący przedsiębiorcy (domagający się utrzymania ruchu samochodowego na średniowiecznym fragmencie Olsztyna) przeprowadzili jakiekolwiek badania i analizy, oparte o rzetelne badania. Faktem jest, że olsztyńska Starówka zamiera. Ale czy samochody dojeżdżające w każde miejsce uratują biznes? Czy łatwy dojazd zapewni klientów?

W niedzielne, wakacyjne południe wybrałem się na obiad. Weszliśmy do Českiej Hospody, usytuowanej przy Targu Rybnym. Nie da się podjechać pod same drzwi nawet samochodom dostawczym. Ani od Targu Rybnego, ani od strony ogródka nie ma dojazdu i możliwości zaparkowania samochodu. Ale my z trudem znaleźliśmy miejsce przy stoliku.

uliczka2

Obłożenie prawie 100 %. Kelnerki od razu uprzedzają, że na zamówienia trzeba czekać do godziny (chodziło o dania, najwyraźniej kuchnia nie nadąża). Niewielu rezygnowało. No cóż, jak widać brak możliwości dojazdu wcale interesowi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Nie da się blisko zaparkować. Co przyciąga? Może umiarkowane ceny, może pomysł na usługę, może sympatyczna obsługa? Kiedyś w ramach Olsztyńskiej Kawiarni Naukowej często organizowaliśmy spotkania "U Artystów". Od dawna tam nie chodzimy.... I nie ma to żadnego związku z samochodami lub ich brakiem. uliczka41

Kilkadziesiąt metrów dalej (od Ceskiej Hospody), ulica Okopowa. Tu zawsze i przez cały rok jeżdżą samochody i parkują na chodniku. Miejsce atrakcyjne, blisko zabytkowy zamek, ławeczka z Kopernikiem, Amfiteatr z muzyką i koncertami. A jednak w lokalach pustki, nawet w "kultowej" Lipce. Ale kto będzie siedział w ogródku przy ulicy - tak jak na załączonym zdjęciu, po której ciągle jeżdżą samochody lub pod nosem zaparkowane są „blachosmorody (latem zapach od nagrzanych aut jest szczególnie intensywny). Miłośników parkingów nie jest aż tak zbyt wielu. Tuż obok Lipki, tam gdzie jeszcze nie tak dawno był ogródek letni… jest jednosamochodowy parking (zdjęcie niżej). Biznes pewnie kręci się zawrotnie... Podobnie na odcinku Okopowej już bliżej Mostu Jana.

 ulica81

 uliczka5

A jak przejść po takim chodniku, zniszczonym i zastawionym przez samochody? Z dziecięcym wózkiem się nie da, trzeba poruszać się po ulicy, konkurując z jeżdżącymi samochodami (mało to bezpieczne). Kobietom w szpilkach chodzenie po wyboistym bruku zapewnie nie sprawia zbyt wielu przyjemności. Podobnież z osobami niepełnosprawnymi.

Nie mam nic przeciw plakatowej akcji starówkowych przedsiębiorców - to ich prawo, ich wizja dyskusji. Klienci i tak zagłosują nogami. Mądrzej byłoby wcześniej zrobić rozeznanie, sprawdzić itd. Tak oczywiście też sprawdzą swoją koncepcję, ale potrwa dłużej i będzie bardziej kosztowne. Na dodatek nie wiadomo czy wyciągną poprawne wnioski.

uliczka7uliczka6

Samochody na Starówce czyli strzał w stopę lokalnej przedsiębiorczości

sczachor

starowkasamochodyprotestOstatnio w niektórych lokalach na olsztyńskiej Starówce pojawiły się plakaty z protestem przeciw zamykaniu tego miejsca dla samochodów. Od wielu lat toczy się spór i dyskusja o dopuszczeniu ruchu samochodowego w tej turystycznej części Olsztyna. A w zasadzie o wyprowadzeniu stamtąd samochodów. Opinie są różne a ja podzielę się swoją.

Diagnoza protestujących jest słuszna - Starówka umiera. Ale rozbieżne są zdania co do przyczyny i metod zaradzania. Oczywiście, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Są tacy, co chcą niemalże do łóżka swojego wjechać samochodem. Tych klientów najpewniej restauratorzy mogą stracić. Ale samochody na starym mieście to odstraszanie zupełnie innych klientów i turystów. To nie brak ruchu po Starówce odstrasza ludzi od bywania tam i przy okazji korzystania z usług i robienia zakupów.

Nasza olsztyńska Starówka jest mała, mieści się w granicach średniowiecznego miasta. A wokół są parkingi. Te kilkaset metrów (200-400) można dojść pieszo. Nie jest to więc problem dostępności i komunikacji. Wczoraj idąc ul. Starą Warszawską zobaczyłem jakże typowy widok. Na chodnik wjechała pani w dużym samochodzie. Częściowo zatarasowała przejście i... psuła ewidentnie widok. Do najbliższego parkingu miała 100 m, do drugiego jakieś 300 m.  Dla mnie to buractwo i niepełnosprawność intelektualno-funkcjonalna - "liczę się ja i nic innego mnie nie obchodzi".

Ale wróćmy do Starówki. Tylko w okresie letnim ograniczony jest ruch po niektórych ulicach. A kiedy jest większy ruch na Starówce: wtedy, gdy wszędzie mogą jeździć samochody czy wtedy gdy ruch kołowy jest ograniczony? Niech protestujący restauratorzy się nad tym zastanowią. Wszystko można sprawdzić, więc i to, czy więcej klientów mają ci przy ulicach z ruchem czy tam gdzie tylko piesi mogą się poruszać (a w wyznaczonych godzinach także samochody dostawcze)?  Idąc przez Starówkę na przykład ulicę Okopową omijam z daleka. Bo tam jeżdżą samochody, chodniki są zastawione (i poniszczone kołami), trudno się chodzi. Coś za coś, albo miejsce dla samochodów albo... na ogródki restauracyjne.

Sam jestem turystą i wiem co mnie denerwuje, gdy zwiedzam i chcę robić zdjęcia: obrzydliwe reklamy, banery, wiszące bezładnie druty i zaparkowane samochody. Nie ma jak zrobić ładnego, pamiątkowego zdjęcia. A nasz gotycki ratusz poza sezonem jest zastawiony samochodami. Żadne zdjęcie się nie uda. Gotyckie budynki i piękno krajobrazu zeszpecimy samochodami. A kto chce pić kawę lub jeść obiad w ogródku letnim, gdy obok stoją lub jeżdżą samochody? Smród nie tylko spalin, rozgrzanej blachy ale i "odświeżaczy".

Samochody na Starówce ewidentnie odstraszają klientów i turystów, przyciągają jedynie coraz mniej liczną grupę fascynatów czterech kółek i podrywających na "brykę". Ale to odchodząca przeszłość. Posłużę się przykładem z ostatnich wyborów prezydenckich - jedna z partii kampanię wyborczą prowadziła w telewizji. I przegrała. Bo więcej ludzi teraz korzysta z Internetu a nie z telewizji. Podobnie nasi protestujący - żyją światem już prawie nie istniejącym. Powoli samochód przestaje wyznacznikiem statusu i prestiżu społecznego.

Na Starówkę przychodzimy siłą przyzwyczajenia, odstraszają wysokie ceny (pochodna wysokich czynszów i pazerności kamieniczników), brzydkie i oszpecające reklamy-banery, brak ładu estetycznego w ogródkach letnich, jeżdżące samochody, parkujące pod gotyckimi budynkami i słabe życie kulturalne. Przydałyby się jakieś galerie sztuki, ale nie utrzymają się przy tak wysokich czynszach. Klimat tworzą ludzie a nie zaparkowane blachosmrody. To widać nawet na zamieszczonym zdjęciu - obok plakatu z protestem wisi kartka o poszukiwanym kucharzu (bardziej doskwiera brak ludzi niż miejsc parkingowych). Bo dobry kucharz to podstawa restauracji. Do dobrego jedzenia to nawet najbardziej zamiłowani samochodziarze podejdą kilkaset metrów od parkingu.

Starówka umiera. Gwoździem do trumny będzie nowo otwarty kompleks nad Jeziorem Krzywym i... pojawiające się alternaty poza Starówką (Casablanka, Browar Restauracyjny nad Łyną itd.). Ludzie zagłosują nogami. Trochę szkoda by tak cenne miejsce starego miasta zmieniać na parking...

Innowacyjne, pionowe ogrody w Olsztynie

sczachor

19399_10206028013212757_8655785745977040879_nO pionowych trawnikach, umieszczanych na ścianach budynków już słyszałem. Jeden taki niedawno powstał w Warszawie, na budynku pasywnym. Ale i do Olsztyna takie ciekawe nowinki docierają. Mamy już nie tylko zielone dachy (budynek uniwersytecki w Kortowie) ale i wertykalne żywe obrazy! W pierwszym pasywnym budynku wielorodzinnym w Olsztynie właśnie powstają pionowe ogrody (otwarcie 18 czerwca 2015 r.). Ogromnie nietypowe i nowatorskie rozwiązanie. Siedem małych (na każdym piętrze, na klatce schodowej) oraz jedna duża kompozycja na parterze, łącznie ponad 60 m2 pionowych ogrodów. I to powstałych w ciągu tygodnia (wliczając projektowanie)! Szalone tempo i niezwykle trudne wyzwanie. Realizacji podjęła się florystka Zofia Wojciechowska z małej firmy z Mrągowa oraz Joanna Bogdanowicz z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Na co dzień pani Bogdanowicz zajmuje się epifitami w szklarniach.

Do realizacji tego śmiałego wyzwania potrzebna była duża kreatywność, by w ciągu tygodnia zaplanować kompozycję i ją zrealizować. Potrzebne było duże zaufanie i wsparcie kolejnej firmy z Mrągowa – Blixten. Pierwszą trudnością była zupełnie nowa technologia wertykalnego ogrodu. Nietypowa, więc panie musiały zastosować zupełnie nowe i szybko wymyślone rozwiązania. Ponieważ wszystkie wykonane pionowe ogrody znajdują się wewnątrz budynku to zaproponowały rośliny szklarniowe, epifity. Gatunki rodzime się nie nadawały. Ponadto czas realizacji – siedem dni. Nie byłoby skąd wziąć materiałów. Bo w ciągu tygodnia miała powstać gotowa kompozycja a nie zaczątek, który rósłby miesiącami.

Kompozycja roślinna jest obrazem, a w zasadzie cyklem żywych obrazów. Największa kompozycja to rzeka Łyna, kręta i błyszcząca się pośród zieleni. Nad Łyną drzewa, liście i… białe motyle. Osobiście wolałbym ważki i chruściki, ale wtedy storczyki musiałyby mieć inne kolory. Białe motyle też wyglądają urokliwie. Na drzwiach – bo to nawet nie ściany ale ruchome drzwi – na klatce schodowej dominują kompozycje, przypominające nadrzeczne drzewa. Żywe obrazy, ktre będą się rozwijały i zmieniały.

Gatunki roślin nie są przypadkowe. Po pierwsze wybrano szklarniowe epifity, by jak najlepiej znosiły warunki wnętrza budynku. Ale wybrano także gatunki, które będą nawilżały powietrze, będą miały właściwości dezynfekujące oraz będą oczyszczały powietrze z substancji szkodliwych, typowych dla nowego budynku (kleje, farby itd.). 1500 roślin przyjechało aż z Holandii, prosto od producenta roślin. W Polsce nikt w tak krótkim czasie nie był w stanie zagwarantować tylu konkretnych roślin.

Te żywe obrazy znajdują się w budynku mieszkalnym, ale ponieważ na ostatnim piętrze mieści się galeria sztuki, to będą mogły być podziwiane nie tylko przez mieszkańców tegoż budynku. Niech rosna i inspirują, by Olsztyn ponownie stał się miastem-ogrodem.

(więcej zdjęć na FB)

Kultura w podróży

sczachor

variart_042014_DRUK_INTERNET_Strona_01Jak sobie człowiek (a nawet artysta) poleży, do go ciągnie  w świat, do ludzi. Najnowszy numer czasopisma VariArt będzie w poniedziałek podróżował. I ja się wybieram. Kultura w czerwoniaku. A dlaczego by nie?

Rozszerzona wersja artykułu w VariArcie: O obcych w przyrodzie i kulturze

Kultura, ta szeroko rozumiana, tworzy się, rozwija i upowszechnia się w relacjach. A podróże to doskonały sposób na rozwijanie więzi i relacji z innymi ludzi. Mówią, że podróże kształcą. Tak, ale tylko wykształconych i przygotowanych, którzy wiedzą co widzą, czyli rozumieją kontekst kulturowy, historyczny i przyrodniczy. Widzimy (dostrzegamy) przez pryzmat tego, co już wiemy. Ja na przykład, z racji zawodowych zainteresowań, dostrzegam wszędzie owady. A na malowanych widoczkach dostrzegam ich brak. Staram się więc otworzyć innym twórcom oczy na owady (i inne elementy przyrody) wokół nas. Są wszędzie. I artyści i owady.

Z dzieciństwa pamiętam podróże pociągiem. Takim z parowozem (dzieciństwo odnajduję już tylko w muzeum albo w skansenie). Lubiłem w wakacje przejeżdżać na Warmię i Mazury, bo w lokalnym pociągu, gdy wsiadałem w Korszach, to ludzie rozmawiali. Ze sobą rozmawiali - piękne było to lokalne-prowincjonalne otwarcie na innych i na siebie. Podróż - to było spotkanie z innym człowiekiem. I rozmowy w przedziale, poznawanie się. I ten uroczy zaśpiew mowy kresowej…

Teraz odgradzamy się gazetami, tabletami, słuchawkami na uszach. Jedziemy wśród ludzi ale samotnie, odizolowani. Cóż mogą nauczyć takie podróże? W domu ta sama gazeta, ten sam smartfon. Coś przegapione w takiej podróży – okazja poznania czegoś nowego. Nie ważne jak daleko podróżujesz (Egipt, Seszele, Chiny, Butryny, Lidzbark Warmiński, Jeziorany) – ważne jak głęboko podróżujesz i co potrafisz dostrzec wokół siebie. Więc w poniedziałek razem z VariArtem i jego Twórcami spróbuję podróżować po Olsztynie. Ale nie w samotności, tylko wśród ludzi. Będzie to kultura w podróży albo nawet kultura podróży.

„Kultura jest bowiem zawsze budowana na zastanych narracjach. Nie można uczestniczyć w procesach komunikacji społecznej w oderwaniu od istniejących wcześniej mitów, memów, utworów, trzeba je wykorzystywać przy konstruowaniu własnych komunikatów. Kultura nie jest narzędziem, które – tak jak oprogramowanie – wykorzystujemy do osiągania pragmatycznych celów. Kultura jest naszą tożsamością.” (źródło cytatu http://prawokultury.pl/scenariusze/),

Podróż kojarzy mi się nie z filmem puszczanym w autobusie lecz z wyglądaniem przez okno. Oraz z rozmowami z pasażerami. Dlatego w pociągiem podróżuje mi się lepiej niż autbusem. Przestrzeń publiczna jest tam, gdzie my ją stworzymy (odzyskamy). I chodzi o poszerzanie tej sfery publicznej, wspólnej, niezawłaszczonej, w której kultura może się rozwijać. Nawet ta najprostsza – w formie przemijające rozmowy.

Hmmm, ciekawe jak Olsztyn wygląda zza szyb „czerwoniaka”?

Uniwersytet a polityka kulturalna miasta

sczachor

maszynadopisanie

Kilka dni temu wybrałem się do Muzeum Nowoczesności w dawnym tartaku Raphalsonów na spotkanie poświęcone polityce kulturalnej miasta. Szedłem z niepewnością i obawami. Bo takie debaty bywają nudne i jałowe. Ale tym razem było warto, bo usłyszałem wiele mądrych słów i trafnych stwierdzeń.

Przy stoliku „prezydialnym” z panelistami stała woda w butelkach plastikowych. A przecież mogła to by być zwykła woda kranowa w dzbanku. W Olsztynie można, bo woda jest dobra i smaczna. Jak się później okazało, moja w cichości pomyślana uwaga była jak najbardziej na miejscu. Bo polityka kulturalna miasta i takie elementy może obejmować.

Kultura sprawia, że miasto jest czymś więcej niż tylko zbiorem ulic i budynków oraz poruszających się po ulicach ludzi. Polityka kulturalna może sprawić aby potencjał twórczy mieszkańców został wykorzystany do tworzenia miasta przyjaznego zarówno mieszkańcom jak i turystom. Olsztynowi brakuje spójnej polityki kulturalnej, obejmującej miejskie instytucje kultury, organizacje pozarządowe oraz indywidualnych twórców. Mam nadzieję, że trwający projekt to zmieni. Spotkanie, w którym rolę głównych gości pełniły ważne osoby , poświęcone było tworzeniu diagnozy stanu kultury w Olsztynie. Ale jak rozumianej, tradycyjnie? A co z trzecią kulturą (bezpośrednim przekazem naukowców, bez pośredników)? W trakcie spotkania kilkakrotnie różni rozmówcy odwołali się do uniwersytetu. Na szczęście więc kultura postrzegana jest znacznie szerzej i pełniej. Bo przecież nauka i uniwersytet mocno są zakorzenione w mieście Olsztynie. Przykładem niech będzie rola nauk biologicznych, w których dokonuje się największy postęp w ostatnich dziesięcioleciach. Odkrycia biologów wywracają nam dawne rozumienie świata, wpływają na filozofię oraz na kulturę (także tę potoczną). Wystarczy sobie uświadomić jak wiele miejsca w kulturze zajmuje debata nad GMO, zapłodnieniem in vitro, eutanazją, gender, szczepieniami obowiązkowymi, ociepleniem klimatu itd. Nauka pozwoliła dostrzec problemy (niektóre sama stworzyła) nad którymi ciągle i w różnorodny sposób dyskutujemy. Przeżywamy w kulturze.

Rola kultury w mieście to kapitał społeczny, kapitał ludzki. Kulturę można postrzegać statycznie (bierna polityka kulturalna) i dynamicznie. Niewątpliwie czegoś istotnego brakuje nam w polityce kulturalnej Olsztyna. Sama debata daje nadzieję na sensowny dialog i przygotowanie strategii sensownej. Dlatego nie żałuję z obecności na tym spotkaniu. Okazuje się, że np. Gmina Pacanów 80% dochodu ma ... z Koziołka Matołka. Kultura więc daje możliwości zarabiania i rozwoju ekonomicznego. Trzeba tylko umieć dostrzec ten kapitał społeczny i głębokie potrzeby ludzkie. Jeszcze raz okazuje się, że wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia.

Rozumienie kultury i uczestnictwo w kulturze bywa różne. Nie tyle ważne jest ile jest teatrów, galerii i kin w mieście, ale ilu mieszkańców uczestniczy w kulturze i jak uczestniczy. Znikają widzowie z filharmonii czy teatru lub innych tradycyjnych imprez kulturalnych? Może gdzie indziej uczestniczą. Bo przecież nie zanikają potrzeby kulturalne. Świat wokół nas się zmienia. Coraz więcej osób uczestniczy na przykład w różnego typu piknikach naukowych (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni Nauki, kawiarnia naukowa). W ciągu czterech lat warszawskie Centrum Nauki Kopernik odwiedziło ponad 4 miliony widzów. Podobne centra nauki powstają w innych miastach. To jeszcze jeden przykład jak bardzo liczy się tak zwana trzecia kultura i zupełnie nowe formy uczestnictwa w kulturze. Jeśli w tradycyjnych statystykach widzimy „ubytek” uczestników to wcale nie musi oznaczać to spadku udziału w kulturze aktywnej. Bo może ludzie spotykają się i realizują potrzeby kulturalne w miejscach, których nie monitorujemy . Przykładem niech będą książki i biblioteki. Owszem, jest spadek czytelnictwa… ale jednocześnie rośnie sprzedaż książek fachowych, poradników i specjalistycznych. Nie ma więc spadku czytelnictwa tylko preferujemy inny rodzaj książek. Podobnie z bibliotekami. Teraz zdecydowanie więcej książek mamy w domu, więc nie musimy korzystać z bibliotek. Te ostatnie stają się coraz bardziej miejscem spotkań niż wypożyczalnią książek. Równocześnie rozwijają się takie formy jak bookcrossing i ekonomia dzielenia się.

Wykorzystać potencjał kulturowy nie jest łatwo. Od razu trzeba zadać sobie pytanie jak wpisać to w inne potrzeby i funkcję miasta. Tu wracam do wody z kranu. Rezygnacja z wody w butelkach jednorazowych (przynajmniej na miejskich imprezach i spotkaniach oficjalnych) to zmniejszenie ilości śmieci w mieście i brak potrzeby dowożenia wody samochodami, a to oznacza poprawę jakości powietrza (mniej spalin). Korzystanie z samochodu… czy pieszo lub rowerem do miejsc kultury? To polityka kulturalna miasta o szerszych ambicjach i zakresie oddziaływania. I spójna z innymi działaniami w mieście. Polityka kulturalna może współgrać z rozwiązywaniem innych problemów, być synergią a nie oderwanym i izolowanym bytem. Potrzebna jest więc całościowa i koherentna wizja. Do tego konieczny jest dialog.

Kultura dialogu to także otwartość na zmiany. To jest potrzebne, a więc inwestycje w kompetencje a nie tylko w budynki. W tej i w innych kwestiach kilku dyskutantów kierowało wprost lub ogródkami zwracało się do olsztyńskiego uniwersytetu, licząc na zaangażowanie środowiska akademickiego. Czy UWM sprosta tym oczekiwaniom? Słyszę je „na mieście” od kilku lat. Czy zaangażować się ma uniwersytet jako instytucja czy raczej ludzie uniwersytetu – przecież też są mieszkańcami. Na sali dopatrzyłem się aż co najmniej 6 osób z UWM. Procentowo jest więc to udział znaczny. Czy będzie tak w trakcie budowania strategii i polityki kulturalnej?

W dyskusji zwracano uwagę na codzienne spotkania mieszkańców, tożsamość Olsztyna oraz budowanie tej tożsamości. Wspominano zjawisko zwane folkloryzmem. Cz,y a jeśli tak to jak, uniwersytet i środowisko akademickie uczestniczy w budowaniu tej tożsamości? Chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie. Kilka osób – a ja to mocno podzielam – zwracało uwagę na potrzebę budowania przestrzeni publicznej do spotkań, także tych kulturalnych.Takimi przestrzeniami są chociażby parki i skwery. Czy tylko tradycyjne miejsca takie jak teatr, filharmonia muzeum? Przecież sam uczestniczę w różnych nietypowych spotkaniach kulturalnych na trawniku, w kawiarni czy w trakcie plenerów malowania dachówek.

Do niekorzystnych zjawisk zaliczyć trzeba ogólnopolską festiwalizację kultury (podobnie jak pikników naukowych) – skupienie się na masowości, widowiskowości i krótkotrwałych, ulotnych efektach. Dla mieszkańca jest ważne to, czy tylko korzysta on czy także współuczestniczy i współtworzy kulturę.

Spotkanie w Muzeum Nowoczesności było na tyle interesujące, że zachęca do współudziału i śledzenia tego projektu.

Betonowy park a usługi ekosystemowe

sczachor

park1Mamy wielu specjalistów, potrafiących analizować i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze ale brakuje nam umiejętności do syntezy i dostrzegania rzeczy w kontekście (czasu i sytuacji). Żyjemy jako cywilizacja chwilą, bez praktycznej umiejętności myślenia perspektywicznego. Mam na myśli średnią przeciętną. Negatywne skutki takiego sposobu myślenia i patrzenia na świat widoczne są na co dzień. Przykładem jest nie dostrzeganie usług ekosystemowych. Na przykład sposób patrzenia na zieleń (i parki) w mieście. Olsztyn jest dobrym przykładem choć nie tylko w tym mieście parki są "betonowe" i traktowane jako nieużytki inwestycyjne.

Bo po co jest park w mieście? Lub zielony skwer? Długofalowych skutków ekosystemowych raczej się nie dostrzega - bo trzeba wyjść poza swoją specjalność zawodową i spojrzeć nie tylko w całościowym kontekście ale i dłuższej perspektywie. Trzeba dostrzegać nie tylko inwestycje ale i jakość życia mieszkańców.

Kiedy ponad 10 lat temu szukałem mieszkania, brałem pod uwagę dostęp do terenów zielonych (nawet tych, uwzględnionych w planach). Kupiłem sobie mieszkanie na Osiedlu Mleczna. Przed oknami (za ulicą) miałem teren zielony (dawne ogródki działkowe) i rzekę Łynę. W planach nawet ten park in statu nascendi miał nazwę - park im. Janusza Korczaka. Dość szybko jednak doświadczyłem miejskiego poglądu na tereny zielone. Owszem, zaczęły się inwestycje, ale zupełnie inne niż myślałem.

Najpierw część parku wydzielono i powstał tam salon samochodowy. Potem dwukrotnie na tereny zielone wjeżdżały spychacze, wyrzucano gruz i ziemię (zapewne z jakieś okolicznej budowy) i całkowicie zdewastowano istniejącą tam zieleń. Pozostały zwały ziemi i goła pustynia, po której wiatr kurz roznosił. Przez moment myślałem, że to może zapowiedź realizacji planów z parkiem. Przecież na planach, opublikowanych w gazetce osiedlowej, były alejki, tereny zielone nawet boiska sportowe (rekreacyjne). Nic z tych rzeczy. Jedyne działania w ciągu ostatniej dekady to od czasu do czasu wykoszenie wysokiej trawy (miejscami) przycięcie drzewek i podsypanie alejki (bo chodzą tamtędy tłumy ludzi).

Po tych pobudowlanych dewastacjach zieleń samoistnie, powoli odrastała. Robiło się nawet sympatycznie choć dziko. Ale potem na osiedlu wybudowano sklep wielkopowierzchniowy. I nie było chętnych do kupna (wynajęcia). Więc kosztem planowanego parku wybudowano duży (kolejny) parking (pisałem już o tym wcześniej). Owszem, parking zbudowano ale o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest do dzisiaj. Nieopodal zasypano bagienko i budują kolejny sklep wielkopowierzchniowy W statystyce to niebawem Olsztyn  będzie miastem superparketów i galerii handlowych a nie miastem-ogrodem....

Od kilku dni znowu park im. J. Korczaka zasypywany jest ziemią i gruzem budowlanym. Podobno ma powstać jakaś myjnia samochodowa. Jak widać na zdjęciach, wywożony jest przede wszystkim gruz i ziemia budowlana. Park traktowany jest jak nieużytek, na który wyrzuca się różne śmieci, a potem przykrywa jakąś inwestycją. Planowa i przemyślana dbałości o zieleń? Trudno to dostrzec...

Tereny zielone traktowane są jak "nieużytki" budowlane a nie jako ważny obiekt infrastruktury miejskiej, poprawiający jakość życia mieszkańców. W tym przypadku zasypywana jest dolina rzeki Łyny. W razie wysokiego stanu wody w rzece Łynie... woda po prostu zaleje domy, bo zasypujemy naturalne poldery i dolinę. Kilka lat temu mówiłem znajomym, żeby się powodzi nie obawiali, bo jest szeroka dolina, która przyjmie ewentualną wysoką wodę (rozleje się na terenach zielonych). Dolina rzeki zasypywana jest w Bartągu, powyżej Olsztyna, a teraz w samym Olsztynie. Moje uspokajające słowa trąca na aktualności. Ewidentnie zmienia się klimat i należy oczekiwać intensywniejszych opadów. Wiele europejskich miast przygotowuje się do takich sytuacji, nawet drobnymi inwestycjami. U nas żyjemy chwilą....

To tylko jeden przykład usług ekosystemowych, dewastowanych i zaprzepaszczanych. Planowany park systematycznie kurczy się, zajmowany przez kolejne inwestycje. Terenów do rekreacji coraz mniej.... No tak, ale władza mieszka w domkach z ogrodami, gdzieś pod miastem, a zwykły plebs może mieszkać na parkingu... Chyba, że zadecyduje nogami... i się wyprowadzi. Razem z podatkami.

Władze miasta chwalą się Parkiem Centralnym. Tak, to bardzo potrzebna mieszkańcom inwestycja. Ale warto przypomnieć, że plany tworzenia tam parku liczą ponad 30 lat i że część terenów wydzielono pod budowę domów i innych obiektów. Początkowo planowany by nawet miejski ogród botaniczny. Więc ocenę Parku Centralnego warto zrobić właśnie w kontekście... kilku dekad oczekiwania, zmniejszenia powierzchni i zaniechania tworzenia ogrodu botanicznego.

 

 Parking przy ul. Iwaszkiewicza zbudowano a o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest od kilku lat. Dobrze, że chociaż drzewka zasadzono... w dobrej porze fenologicznej i nie uschły.

 

 

Dlaczego ludzie przyszli na śniadanie na trawie ?

sczachor

Śniadanie na trawie w olsztyńskim Parku Centralnym (19 lipca 2014 r.) spotkało się z bardzo dużym oddźwiękiem. Przyszło ponad półtora tysiąca osób (zobacz zdjęcia). I to całymi rodzinami. Osobiście byłem zaskoczony z kilku powodów. Miło zaskoczony.

Mój udział w tym parkowym happeningu był społeczny, niekomercyjny i urlopowy. Pozytywnie odpowiedziałam na zaproszenie pani Ewy Bartnikowskiej z Gazety Olsztyńskiej, aby dołączyć do uroczystego, oficjalnego otwarcia Parku Centralnego. Dołożyłem swoje "obywatelskie" trzy grosze, aby promować aktywny wypoczynek w przestrzeni publicznej. Aby tę przestrzeń niejako odzyskiwać.

Ośmielam się pisać, że przyszły tłumy wcale nie dlatego, że przyciągnęła nowa inwestycja (ale na pewno przyciągała i fontanna i ciekawość nowego parku). Nie przeszkadzały takie czy inne niedociągnięcia, bo przyciągała chęć spotkania się z ludźmi. To nie było pierwsze olsztyńskie śniadanie na trawniku, ale bez wątpienia największe do tej pory i z największym rezonansem społecznym. To zasługa nagłośnienia przez media, a w szczególności Gazetę Olsztyńską. Duży udział pokazuje potrzeby społeczności miejskich. Do dobrego życia potrzebujemy niekomercyjnych przestrzeni zielonych, parków, skwerów, trawników.

Zabrałem ze sobą do rozdania kilka książek, trochę malowanych butelek i buteleczek. I butelkę wody z kranu. Moim wielkim zdziwieniem było to, że w koszyku do domu przyniosłem więcej, niż zabrałem do parku. Jakim cudem? Po prostu ludzie z wielką radością dzielili się tym, co sami zrobili, przygotowali. Przyszli by się cieszyć spotkaniem z innymi. I tę radość ze spotkania w przestrzeni publicznej było widać na twarzach.

Znajomy wydrukował dla siebie i dla syna okolicznościową koszulkę i rozdawał jednogroszówki. Na szczęście. Było to w pełni spontaniczne (a podobnych inicjatyw oddolnych było więcej). Ja spotkałem wielu znajomych i dawno nie widzianych przyjaciół. Dostałem poduszkę własnoręcznie uszytą. Dostałem dwie książki autorskie z autografem, własnoręcznie zrobioną naleweczkę, trzy słoiki powideł, przecudnie opakowanych. Częstowany byłem kawą, kanapkami, ciastem domowym, warmińskimi fafernuchami i napojem pietruszkowo-imbirowym. A przede wszystkim było dużo uśmiechów i ciekawych rozmów.

Część osób była zdziwiona, że można było przyjść z własnym kocem i rozłożyć się na trawie. Mimo, że pisano o tym w gazetach i portalach społecznościowych. Najwyraźniej nie uwierzyli... że po prostu można siąść na trawie i piknikować w środku miasta.  

Duża frekwencja świadczy, że wiele osób chciało czegoś takiego. Potrzebny tłum, aby się samemu odważyć, aby zacząć i się nie wstydzić. Teraz z pewnością będzie łatwiej. Zaskakiwała duża liczba rodzin z małymi dziećmi. Znajomy powiedział nawet "jak to jest z tym niżem demograficznym, kiedy wokoło takie tłumy małych dzieci ?" Może po prostu z małym dzieckiem trudno iść do restauracji (nawet jak są kąciki do zabaw).

Ale najważniejsze było chyba to, że można było spotkać ludzi. Tyle wzajemnej życzliwości dawno nie widziałem. Najwyraźniej ludzie są z natury dobrzy i towarzyscy - potrzeba tylko odpowiedniej przestrzeni publicznej, byśmy mogli się ze sobą spotykać. I cieszyć się razem.

Na Facebooku informowałem, że będę na kocyku pod brzozą. Ale to był dzień słoneczny. Po przyjściu do parku, od razu skryłem się w cieniu wielkiego buka. Przepraszam tych, którzy mnie w tym tłumie nie odnaleźli. Myślę, że będą jeszcze kolejne sympatyczne okazje, by poleżeć na trawie  w środku miasta, beztrosko pomajtać nogami, zjeść kanapki, przyniesione z domu, zagrać w jakąkolwiek grę i.. rozmawiać. Jak w cittaslow.

Frekwencja na śniadaniu na trawie w Parku Centralnym dobrze ilustruje potrzeby współczesnego człowieka. Miliony lat ewolucji ... uczyniły z nas istotę społeczną. Chcemy kontaktów nawet w wielkim mieście.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci