Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Olsztyn

Mrówki na trawniku czyli drapieżne motyle i śniadanie na trawie

sczachor

Mrówki na trawniku nieodłącznie kojarzą mi się z lekturami szkolnymi i Telimeną z Pana Tadeusza. Strach siąść na trawie, bo zaraz jakieś robactwo, jakieś mrówki obejdą? Lepiej więc wszystkie trawniki wyłożyć polbukiem? Ale wchodzące pod bieliznę mrówki to przecież sprzyjająca okoliczność by przełamać nieśmiałość i stworzyć pretekst do zbliżenia z Tadeuszem, a w sensie dosłownym, to okazja do spotkań międzyludzkich, niekoniecznie z erotycznym podtekstem. (wyżej zdjęcie z lipcowego śniadania na trawie olsztyńskich blogerów).

Trawnik w mieście to dobry punkt odniesienia do dialogu między humanistami a przyrodnikami, między teoriami a codzienną praktyka i komfortem życia człowieka w mieście. To nie tylko okazja by wyjść z ciasnych przegródek poszatkowanego specjalizacjami świata.

Trawnik może być miejscem zarówno do dyskusji (przestrzeń publiczna) jak i czytania książek (samotnia w mieście). A nawet uprawiania sałaty i pomidorów. Nie zapominając, że jest miejscem życia mrówek i motyli. Do tego wszystkiego potrzebny jest dialog w wielu płaszczyznach, by się od siebie uczyć funkcjonowania świata w różnych wymiarach.

Trawnik w mieście to kość niezgody. W zasadzie nieużytek i utrapienie. Kosić toto trzeba (bo jakże może być nie skoszony!?), liście grabić. Same koszty. Więc wiele miejskich terenów potencjalnie zielonych zamienia się polbrukowe czy betonowe klepisko, zamieniane w place budowy (bo po co ma się tyle wolnego miejsca marnować). Potem jedynie z trudem służby miejskie wydrapują każde źdźbło trawy, każdą roślinę, która bez pozwolenia wyrośnie w szczelinie między płytami chodnika czy polbruku. A jeśli już trawnik, to cały zielony, równo przystrzyżony, jak plastikowa wycieraczka lub wykładzina w supermarkecie. Taka estetyka i mniemanie o dbałości pokutuje w naszej miejskiej mentalności, ze szkodą dla miejskiej różnorodności biologicznej i ze szkodą dla zdrowia człowieka.

Na szczęście od kilku lat już nie obowiązuje zakaz wchodzenia na trawniki i nie stawia się tabliczek „nie deptać zieleni” – czyli „zakaz wstępu, można tylko patrzeć z daleka”. Teraz już można wejść. Ale czy mamy odwagę? Przecież można w coś brzydkiego wdepnąć…

Pora na systematyczne odkrywanie, że tereny zielone mogą być także przestrzenią publiczną, w której wiele się dzieje, zarówno w zakresie kultury jak i dzikiej przyrody. A także, że to ekosystem wpływający na jakość życia, także człowieka. Jeśli spojrzeć na trawnik okiem przyrodnika, to dostrzec można tam istoty żywe. Na przykład mrówki i inne owady. A jeśli tak, to nie tylko ładniejszy ale i bardziej funkcjonalny jest trawnik z kwiatami, czyli bardziej łąka. I człowiekowi miło pospacerować, usiąść na kocu (lub bez), i wielu owadom, ssakom czy ptakom łatwiej żyć. Bo kwiaty to nie tylko uroda dla ludzkich oczu, ale także zasoby pokarmowe dla wielu owadów (te z kolei są pokarmem dla ssaków i ptaków), na przykład motyli i pszczół samotnych.

Wreszcie dostrzegamy naszych braci mniejszych i już pojawiają się nie tylko karmniki dla ptaków ale i hotele dla pszczół (samotnych, na przykład murarki ogrodowej), domki dla biedronek, schronienia dla jeży a nawet… karmniki dla dżdżownic.

W przełamywaniu szkodliwych stereotypów pomagają różnorodne społeczne inicjatywy typu miejskiej partyzantki ogrodniczej. Skoro trawnik jest przestrzenią publiczną, to jest jednocześnie kością niezgody co do sposobu użytkowania. Jedni chcą z niego zrobić parking, inni wybieg dla psów (ale bez sprzątania po swoich pupilach), jeszcze inni widzą w nim łąkę z bogatą i dziką przyrodą, jeszcze inni warzywnik. Nie da się tych różnych oczekiwań pogodzić bez dialogu i negocjacji, bez empatii i prób zrozumienia różnorodnych potrzeb. Czyli bez kultury się nie obejdzie.

Nie da się rozwiązać problemów ekosystemowych bez uwzględnienia potrzeb człowieka i bez zrozumienia funkcjonowania społeczeństwa. Sporo się dzieje w zakresie dostrzegania zieleni miejskiej. Ale najbardziej ucieszył mnie w Olsztynie projekt BWA – „Nieużytki Sztuki”. Ogród, gdzie można posiać rośliny użytkowe, spotkać się, porozmawiać, poprzeżywać i nawet sztukę tworzyć. Jest to odzyskiwanie „nieużytków” dla przyrody i dla ludzi. Bo dlaczego mamy siedzieć pozamykani w blokowiskach jak w klatkach?

Dlaczego nie mamy korzystać z trawników, gdzie można usiąść, książkę poczytać, owady poobserwować a nawet kwiaty i marchewkę uprawiać? Co tam, można nawet plener malarski pod blokiem zrobić. W coraz większej liczbie miast produkuje się żywność a świeże warzywa na osiedlowym straganie pochodzą z miejskich upraw, nawet na dachu (poza atrakcją i wygodą przyczynia się do łagodzenia negatywnych skutków zmian klimatu i nasilania się klęsk żywiołowych).

Praca w ogrodzie jest znakomitym sposobem do kontaktów międzyludzkich. To takie ogrody 2.0, gdzie wykorzystywany jest wolontariat do pielęgnacji zieleni w mieście. Przestrzeń wokół nas może być piękniejsza i to za sprawą umiejętnego łączenia wolontariatu z animacją różnych instytucji. Ważniejszy jest w tym kapitał ludzki, bo pieniędzy wielki nie trzeba.

Ale wróćmy do mrówek na trawniku. Częste koszenie kosami żyłkowymi to istna masakra. Znikają kwiaty (źródło pokarmu dla zapylaczy), roślinność jest wycinana do gołej ziemi. Pod swoim blokiem próbuję sam sadzić kwiaty, krzewy. W większości niszczone są właśnie przez koszących trawniki. Posiałem stokrotki, ledwie kilka wyrosło, już został dwukrotnie przycięte przy samej glebie. Krzewy usychają od nieustannego obsikiwania przez psy i za bezmyślnym przyzwoleniem właścicieli. I tak od ponad dwóch lat nie jestem w stanie przywrócić zieleni na zniszczonym trawniku. Jesienią grabione są wszystkie liście, przez co brakuje pokarmu dla dżdżownic. Ewidentny brak zrozumienia i współpracy, gdzie służby pielęgnacji (?) przez nieudolność i niewiedzę wchodzą w konflikt z mieszkańcami. A przecież można połączyć energię ludzi w formie wolontariatu z instytucjonalnym zarządzaniem terenem.

Wśród zieleni spotkać można wiele gatunków motyli. Pośród nich są i modraszki (takie małe, niebieskie motyle). Mało kto zna cykl życiowy tych motyli. W ich dzieciństwie są drapieżne. Tak, tak, motyle mogą być drapieżne. Gąsienice modraszków wydzielają specjalne substancje, dzięki którym nie są atakowane przez mrówki, a nawet zanoszone są do mrowiska. Tam podjadają mrówkom pokarm a nawet zjadają larwy mrówek.

Życie na trawniku jest ciekawe w swej różnorodności i bogactwie. I czasem zaskakująco brutalne. Bioróżnorodność to dialog między kulturą a przyrodą. Przynajmniej powinien być to dialog i wzajemne zrozumienie. Tego nam w życiu codziennym bardzo brakuje. Być może akcja BWA w formie „Nieużytków Sztuki” jest zwiastunem głębokich zmian oraz wychodzenia instytucji poza własne mury ku przestrzeni publicznej. Na to liczę. Może przez sztukę uda się edukować wiele decyzyjnych i sprawczych osób, przesądzających o małych i dużych inwestycjach wokół nas. Potrzebny jest dialog dla zachowania miasta, potrzebna współpraca.

Więc spotykajmy się na trawnikach, naszych osiedlowych, zaadaptowanych przestrzeniach publicznych. Na trawniku spotkać można mrówki a więc i mrowiska. Ale ja bym nie wkładał kija w to rzeczywiste mrowisko – niech sobie żyją obok nas w spokoju. Bardziej kusi mnie to symboliczne włożenie kija w ludzkie mrowisko czyli sposób patrzenia na zieleń wokół nas: miejsce spotykać międzyludzkich i estetycznych doznań, czy tylko brzydkie pole konfliktu między różnymi grupami.

Spotkajmy się na trawniku, przy pięknej pogodzie, bo poczytać książkę, pograć w szachy, malować akwarele, obserwować owady, zbudować hotelik dla pszczół… a przede wszystkim by rozmawiać ze sobą. Nie trzeba wyjeżdżać daleko na wakacje by przebywać w pięknej przestrzeni i czuć się dobrze między ludźmi. Wszystko to jest w zasięgu ręki, na miejskim, osiedlowym trawniku. I nie wymaga wielkich inwestycji.

(tekst ukazał się w piśmie kulturalno-literackim VariArt, nr 2/2014, strony: 24-25)

A przy okazji zapraszam 19. lipca na śniadanie na trawie, organizowane w nowopowstałym Parku Centralnym w Olsztynie (zobacz wydarzenie na Facebooku).

Tracz nurogęś a sprawa dziedzictwa przyrodniczego regionu

sczachor

Sukcesywnie odzyskujemy swoje dziedzictwo przyrodnicze (co nie przeszkadza tracić w innych aspektach). Słyszeć żurawie w Olsztynie to bezcenne. Wyjdę na balkon i czasem słyszę przelatujące. Radość z obcowania z przyrodą staje się możliwa nawet w zasięgu miejskiej ręki. Niech to zachęca do dalszych działań i ochrony kolejnych gatunków. Przyroda cały czas się zmienia, nawet w mieście.

Na spacerze spotkać można nie tylko kaczkę krzyżówkę czy łabędzie. W wyniku procesów sunurbizacji bioróżnorodność miast stale wzrasta (mnie to cieszy podwójnie, jako mieszkańca i jako biologa). Ale także dzięki mądrzejszemu gospodarowaniu przestrzenią i zasobami naturalnymi. Tracz nurogęś, za nazwanie gęsią pewnie by się obraził. Bo to bardziej kaczka niż gęś. Ale nazwę ma wielce sympatyczną. Nurogęś żywi się rybami natomiast gęsi są trawożerne. Stąd mimo, że w nazwie ma coś z gęsi, gęsią tracz nurogęś nie jest.

Kilka lat temu spotkałem parę nurogęsi w rezerwacie Las Warmiński, w trakcie spływu kajakowego wraz ze studentami niemieckimi. To było moje pierwsze widzenie tegoż ptaka (nie licząc oglądania ilustracji w książkach). Spływ kajakowy przez dziką rzekę (pozwolenie było od wojewódzkiego konserwatora przyrody) był niezwykle ekscytujący - ciągłe przeprawy pod lub nad kłodą drzewa. Spływ kajakowy był zakończeniem ich (to znaczy Niemców z Uniwersytetu w Rostocku) dydaktycznej wizyty i wspólnych zajęć. Płynąc kajakiem nie tylko ja się ucieszyłem z tego niezwykłego widoku. Niemcy byli zachwyceni przyroda i traczem nurogęsią.

Jeszcze większym zaskoczeniem dla mnie było spotkanie pary tych ptaków w środku miasta, na niedzielnym spacerze (potem widywałem je także). Pływały po Łynie w pobliżu Mostu Jana, na olsztyńskiej Starówce. I jak wynika z rozmowy ze znajomymi, przebywają tam od dłuższego czasu (najpewniej się gnieżdżą gdzieś nad Łyną.

Nawet w mieście spotkać można niezwykłe i rzadkie gatunki. Bo tracz nurogęś w Polsce jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Zalecana jest ochrona czynna. Jak widać czynnie chronić można przyrodę nawet w mieście.

Nurogęś, tracz nurogęś (Mergus merganser) to gatunek dużego ptaka wodnego z rodziny kaczkowatych (Anatidae). Nurogęś jest przedstawicielem traczy - ptaków z rodziny kaczkowatych, wyspecjalizowanych w łowieniu ryb. Samce nurogęsi należą do najładniej upierzonych kaczek. Ale jak dla mnie to samiec pospolitej kaczki krzyżówki też jest śliczny. Nurogęś zamieszkuje rzeki i jeziora o przejrzystej wodzie, gdyż wypatruje ofiary z jej powierzchni (zanurza tylko głowę). Wybierają najczęściej tereny w pobliżu starych drzewostanów. Jak widać obecność pary traczy nurogęsi jest swoistym komplementem dla Olsztyna.

Jak już wspomniałem pożywieniem tej niezwykłej ni to kaczki ni to gęsi są głównie małe ryby (ok. 10 cm długości). Po zanurkowaniu tracz nurogęś może przebywać pod wodą do 2 minut. Nurogęś buduje gniazdo w dziuplach (dlatego preferuje stare drzewa z dziuplami), budkach lęgowych, a z braku miejsca w szczelinach budynków np. pod okapem, ale nigdy na otwartej przestrzeni. Szkoda, że w Olsztynie wycinamy tak dużo starych, dziuplastych drzew (niby pod pretekstem, że są chore). Przez wycinkę zabieramy miejsca gniazdowania dla wielu ptaków, w tym dla nurogęsi. A przecież takie ptaki jak nurogęś są same w sobie atrakcją turystyczną.

Nie tylko zabytki (dziedzictwo kulturowe) ale i bioróżnorodność (dziedzictwo przyrodnicze) są atrakcją turystyczną wielu miejsc. Sztuką jest jednak dostrzec tę wartość i pokazać (oraz umieć o niej opowiadać).

Tracz zamieszkuje chłodne strefy Eurazji i Ameryki Północnej. Jednak w czasie wędrówek można go spotkać bardziej na południe. W Polsce jest to bardzo nieliczny ptak lęgowy. Gnieździ się głównie na północy i zachodzie kraju. Całkowitą liczebność szacuje się na 900–1000 par. I tego niezwykłego ptaka spotkać można na spacerze po olsztyńskiej Starówce.

Rzeka Łyna kryje znacznie więcej przyrodniczych niezwykłości (żyje tu na przykład chruścik niprzyrówka rzeczna Leptocerus interruptus, kilka lat temu uznany za gatunek wymarły w Polsce). Przydałoby się tylko więcej ławek, aby było gdzie przysiąść i spokojnie poobserwować. No i mniej polbruku i mniej wycinek drzew. Przecież oficjalnie Olsztyn to miasto ogród. I niech ten ogród stanie się faktem!

Ale wróćmy do traczy. Samica składa jaja od końca marca do czerwca. W lęgu jest zazwyczaj 8-12 jaj. Gdy młode opuszczają gniazdo (zwykle niebawem po wykluciu), muszą wyskoczyć z dziupli lub z budki lęgowej. I to czasem ze znacznej wysokości. Może wydawać się to groźne (podobne zwyczaje ma inna kaczka, gnieżdżąca się w dziupli - gągoł). Pisklętom jednak nic złego się nie dzieje, ponieważ sztywne mieszki piór i rozpostarte łapy z błoną pławną niczym spadochron wyhamowują lot pisklęcia. Na dodatek  uderzenie łagodzone jest przez miękki puch. A czyż powszechnie gnieżdżące się w Olsztynie (i innych miastach) kaczki krzyżówki mają lepiej? Muszą przeprowadzić młode przez ruchliwe ulice, prowadząc z miejsca lęgu na staw czy jezioro.

Młode tracze nurogęsi zaczynają samodzielnie pływać i nurkować zaraz po dostaniu się do wody. Tak to już bywa u zagniazdowników - od razu muszą sobie radzić. Czasami, gdy jedno z piskląt się zagubi, przyłącza się do innej rodziny nurogęsi, która traktuje go jak własne. U traczy wszystkie dzieci są nasze.

W Polsce tracz nurogęś gniazduje głównie na północy i wschodzie. Dość licznie zimuje w całym kraju, a największa koncentracja osobników występuje na Zalewie Szczecińskim (tak twierdza ornitolodzy). Może jednak liczba tych niecodziennych ptaków wzrośnie i na Warmii. Co znacząco uatrakcyjni spacery i przesiadywanie na ławkach miejskich. Program przyrodniczy bez telewizora, bez prądu i na świeżym powietrzu.

Co jest przyczyną spadku mocy intelektualnej społeczeństw?

sczachor

"Dziś mamy prawie tylu potencjalnych doktorów, ilu kiedyś mieliśmy magistrów (około 50 tys.). To robi wrażenie. Pytanie tylko, na ile jest to realny wzrost wykształcenia. Na ile mamy do czynienia ze sztuczką na miarę Lejzorka Rojtszwańca, który zorganizował potężną hodowlę królików. Tyle że na papierze. Nikt poważny przecież nie uwierzy w to, że wystarczyło 20 lat, aby tak bardzo zwiększyć bazę ludzi sprawnych intelektualnie. Jest raczej odwrotnie. Średni poziom inteligencji spada. I to nie tylko przez przyrost naturalny na słabo rozwiniętych peryferiach. Moc intelektualna spada też w krajach wysoko cywilizowanych. Jak przekonuje zajmujący się tą tematyką Brendan Baker, profesor socjologii z Uniwersytetu Hartford, jednym z istotnych czynników miał tu być upadek ZSRR. W ramach rywalizacji technologicznej z Amerykanami cały blok sowiecki kładł spory nacisk na edukację pogłębioną, bardziej zaawansowaną niż obecna. To rodziło zresztą sprzężenie zwrotne – również w zachodnich szkołach śrubowano normy edukacyjne." (źródło cytatu)

Być może przyczyną spadku społecznej mocy intelektualnej jest uwiąd kontaktów interpersonalnych. Wiedza dojrzewa w dialogu i interakcjach. W dialogu tworzą się innowacje, skojarzenie, inspiracje. Zatem ważne jest nie tylko wybudowanie nowych laboratoriów i sal dydaktycznych ale i publicznej przestrzeni do kontaktów międzyludzkich.

Olsztynowi ewidentnie brakuje dobrzej przestrzeni publicznej, zarówno na Starówce jak i w Kortowie. Według prognoz analitycznych i futurystycznych biznes XXI wieku tworzył będzie się w miejscach publicznych, na spotkaniach, rozmowach... bo dzięki mobilnemu internetowi cały czas jesteśmy podłączeni do swojej fabryki. Ponadto coraz większe znaczenie ma gospodarka oparta na wiedzy.

To nie dewaluacja wykształcenia (nadmiar magistrów i doktorów) ale zaniedbanie sfery kontaktów społecznych powoduje spadek mocy intelektualnej. Uniwersytetowi do kolejnego kroku ku podnoszeniu jakości niezbędne jest budowanie przestrzeni kontaktów interpersonalnych. Nie kolejne wykłady ale budowanie przyjaznej przestrzeni do wzajemnego i interdyscyplinarnego dyskutowania a w konsekwencji uczenia się. Potrzeba więcej kawiarni i książkami i bezpłatnym wi-fi... ale i atmosfery do spotkań. Teraz Kortowo wieczorami się wyludnia... Przecież spotykamy się z ludźmi a nie w budynkach! 

Podobnie jest z wegetującą olsztyńską Starówką. Samochody parkujące na chodnikach, galerie handlowe i wysokie czynsze nie sprzyjają tworzeniu dobrej atmosfery do akademickich spotkań. A przecież miasto żyje z uniwersytetu i studentów. Powinno więc inwestować w to, aby być miastem uniwersyteckim.

8 kilogramów papierowego spamu rocznie

sczachor

Przez miesiąc zbierałem ulotki i papierowy spam ze skrzynki pocztowej. Od 20 listopada. Przypadło na okres przedświąteczny ale wcale nie było więcej ulotek. Mam wrażenie, że stopniowo spada liczna papierowego spamu. Ale w ciągu miesiąca uzbierałem 0,74 kg papieru. W ciągu roku będzie teko ponad 8 kg. A przecież tego w ogóle nie czytam. Ponoszę tylko koszty, bo płacę za śmieci. Posegregowane, ale jednak płacę.

Do skrzynki dostaję niechciany papierowy spam, który generuje tylko koszty. Jeśli przyjąć, że w Olsztynie jest ok. 170 tysięcy mieszkańców, to pewnie jest i z 50 tys. skrzynek pocztowych. Na każdą po 8 kg, co rocznie daje 400 tys. kg (400 ton) papieru. Za utylizację trzeba zapłacić. Wszyscy ponosimy koszty niechcianej reklamy, nie tylko w skrzynkach pocztowych ale i te szpecące krajobraz bilbordy i banery. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że to nie tylko uwiera estetycznie, ale przynosi straty ekonomiczne.

I nie ma jak powiedzieć, że nie chcę w swojej skrzynce tego spamu. Może ktoś chce? Jednocześnie poszukuję sam informacji o towarach, o jakości, ich wiarygodności, użyteczności. Tyle tylko, że poszukuję rzetelnej informacji a nie reklamy. Reklamom się nie ufa, nie wierzy w ich treść. Reklama nie jest tylko informowaniem o produkcie, jest także lukrowanym zachwalaniem. W mniejszej czy większej części fałszywym zachwalaniem.

Czuć bunt

sczachor

Tak sobie myślę o tych chuligańskich wybrykach na ulicach Warszawy. Gdzieś tkwi źródło tej agresji. Może w braku głębszego sensu życia, może wyrzucenia na margines przez konsumpcjonizm? Szukają, głupio bo głupio, ale szukają. Trzeba im mądrze pomóc a nie populistycznie wykorzystywać do własnych celów politycznych. Wykorzystać a potem porzucić. Potraktować podmiotowo a nie przedmiotowo. Bynajmniej moje słowa nie są akceptacją czy usprawiedliwieniem wandalizmu i ulicznej agresji.

Czuć bunt. Nie tylko w Warszawie, nie tylko w Europie. Czuć go nad Nilem, czuć go w Azji, czuć w Ameryce jednej i drugiej. Dokonuje się jakaś głęboka cywilizacyjna transformacja. Albo raczej próbuje się dokonać. Tak jak wiele razy w historii ludzkości. Nie wynika więc z doraźnych interpretacji politycznych czy lokalnych.

Próba opisania sytuacji, to próba zrozumienia i dostosowania do tego edukacji. Bo chuligańskie wybryki to objaw choroby. Oszczędzanie na edukacji, nie tylko tej szkolnej i brak autorytetów, nakreślających wizje, odnajdujących i objaśniających sens, skutkuje negacją, poczuciem wyalienowania, dewastacją. Tak jak komórki rakowe niszczące własny organizm. Śmierć dla obu - dla zdrowego organizmu i dla nowotworu, bo śmierć organizmu oznacza śmierć wszystkich elementów. Nie ma tu zwycięzców... Są tylko przegrani.

To nie jest usprawiedliwianie, to raczej próba szukania długofalowego zapobiegania. To także zadanie do przemyślanie dla Uniwersytetu. W kontekście buntu i poszukiwania sensu widać, że trzeba nam filozofów i tak zwanych społeczników. Kształcenie filozofów jest dla społeczeństwa tak samo ważne jak inżynierów. Bo w szerszym kontekście filozof czy teolog to zawody bardzo praktyczne i użytkowe. Trzeba tylko spojrzeć dalej niż taśma produkcyjna w fabryce i głębiej niż półka w hipermarkecie.

Czym i jaki powinien być uniwersytet w XXI wieku? Czego uczyć, Pamiętając, że młodzi ludzie poszukują wartości i sensu a nie tylko kariery i konsumpcji. Brakuje młodemu pokoleniu nie tyle dóbr konsumpcyjnych (tych mamy aż nadto) co wartości i celów, poczucia sensu i własnej wartości. A w społeczeństwie konsumpcyjnym i produkcyjnym jedyną wartością jest zarabianie i konsumowanie. Pieniądz wyznacznikiem wartości? Głęboki kryzys światowy w wielu płaszczyznach: ekonomii, środowiska, społeczeństwa, moralności - pokazuje, że nie samym chlebem człowiek żyje. Być może dlatego papież Franciszek jest tak chętnie słuchaną osobą we współczesnym świecie, zarówno przez chrześcijan jak i inaczej wierzących, inaczej myślących. Słuchamy go ze względu na to, co i jak mówi, a nie ze względu na autorytet urzędu.

Kontestacja komsumpcjonizmu odbywa się na wielu płaszczyznach, w tym wielu bardzo wartościowych, niekonfliktowych, twórczych. Chodzi więc o to, aby nauczyć młodych ludzi buntować się. Nauczyć rozpoznawania własnych emocji, nauczyć refleksji, nauczyć poszukiwania. Uniwersytet to coś więcej niż szkoła zawodowa pieczenia chleba czy przykręcania śrubek. Uniwersytet przygotowuje do życia a nie tylko do zawodu (pamiętając, że praca jest ważna i jest elementem tak zwanego życia i sensu).

Na Facebooku trafnie ujął problem Michał Biedziuk (a propos warszawskiego świętowania na ulicy i dewastacji): "Prawda tkwi pośrodku. Pośrodku drogi między lombardem, a punktem gier hazardowych. Tam właśnie znajdują się ci wszyscy biedni, patologicznie znudzeni niemocą ludzie. Owładnięci fałszywym pojęciem patriotyzmu wyruszają, by zamanifestować swoje pojęcie godności, bo na ulicach, na których żyją nie mają nawet prawa do posiadania własnej biedy. Przejdźcie się po mieście, po Śródmieściu, okolicach ratusza, po Zatorzu, zobaczcie jak wyglądają niektóre ulice - główne enklawy wielopokoleniowych patologii (raczej społecznego zaniedbania). Taka sytuacja w większych miasta powoduje, że ekstremizm nacjonalistyczny jest swoistym sposobem na mentalne wyemancypowanie się z takiego środowiska. Ale oczywiście tutaj mamy do czynienia ze zwykłym wandalizmem, czy też bandytyzmem. "

Absolwenci uniwersytetu mogą albo demolować miasto, albo to miasto mądrze budować. Budować nie tylko w sensie stawiania cegieł czy wylewania betonu, ale w sensie budowania przyjaznej dla człowieka przestrzeni publicznej. Na przykład w mieście.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci