Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Olsztyn

Uniwersytet a polityka kulturalna miasta

sczachor

maszynadopisanie

Kilka dni temu wybrałem się do Muzeum Nowoczesności w dawnym tartaku Raphalsonów na spotkanie poświęcone polityce kulturalnej miasta. Szedłem z niepewnością i obawami. Bo takie debaty bywają nudne i jałowe. Ale tym razem było warto, bo usłyszałem wiele mądrych słów i trafnych stwierdzeń.

Przy stoliku „prezydialnym” z panelistami stała woda w butelkach plastikowych. A przecież mogła to by być zwykła woda kranowa w dzbanku. W Olsztynie można, bo woda jest dobra i smaczna. Jak się później okazało, moja w cichości pomyślana uwaga była jak najbardziej na miejscu. Bo polityka kulturalna miasta i takie elementy może obejmować.

Kultura sprawia, że miasto jest czymś więcej niż tylko zbiorem ulic i budynków oraz poruszających się po ulicach ludzi. Polityka kulturalna może sprawić aby potencjał twórczy mieszkańców został wykorzystany do tworzenia miasta przyjaznego zarówno mieszkańcom jak i turystom. Olsztynowi brakuje spójnej polityki kulturalnej, obejmującej miejskie instytucje kultury, organizacje pozarządowe oraz indywidualnych twórców. Mam nadzieję, że trwający projekt to zmieni. Spotkanie, w którym rolę głównych gości pełniły ważne osoby , poświęcone było tworzeniu diagnozy stanu kultury w Olsztynie. Ale jak rozumianej, tradycyjnie? A co z trzecią kulturą (bezpośrednim przekazem naukowców, bez pośredników)? W trakcie spotkania kilkakrotnie różni rozmówcy odwołali się do uniwersytetu. Na szczęście więc kultura postrzegana jest znacznie szerzej i pełniej. Bo przecież nauka i uniwersytet mocno są zakorzenione w mieście Olsztynie. Przykładem niech będzie rola nauk biologicznych, w których dokonuje się największy postęp w ostatnich dziesięcioleciach. Odkrycia biologów wywracają nam dawne rozumienie świata, wpływają na filozofię oraz na kulturę (także tę potoczną). Wystarczy sobie uświadomić jak wiele miejsca w kulturze zajmuje debata nad GMO, zapłodnieniem in vitro, eutanazją, gender, szczepieniami obowiązkowymi, ociepleniem klimatu itd. Nauka pozwoliła dostrzec problemy (niektóre sama stworzyła) nad którymi ciągle i w różnorodny sposób dyskutujemy. Przeżywamy w kulturze.

Rola kultury w mieście to kapitał społeczny, kapitał ludzki. Kulturę można postrzegać statycznie (bierna polityka kulturalna) i dynamicznie. Niewątpliwie czegoś istotnego brakuje nam w polityce kulturalnej Olsztyna. Sama debata daje nadzieję na sensowny dialog i przygotowanie strategii sensownej. Dlatego nie żałuję z obecności na tym spotkaniu. Okazuje się, że np. Gmina Pacanów 80% dochodu ma ... z Koziołka Matołka. Kultura więc daje możliwości zarabiania i rozwoju ekonomicznego. Trzeba tylko umieć dostrzec ten kapitał społeczny i głębokie potrzeby ludzkie. Jeszcze raz okazuje się, że wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia.

Rozumienie kultury i uczestnictwo w kulturze bywa różne. Nie tyle ważne jest ile jest teatrów, galerii i kin w mieście, ale ilu mieszkańców uczestniczy w kulturze i jak uczestniczy. Znikają widzowie z filharmonii czy teatru lub innych tradycyjnych imprez kulturalnych? Może gdzie indziej uczestniczą. Bo przecież nie zanikają potrzeby kulturalne. Świat wokół nas się zmienia. Coraz więcej osób uczestniczy na przykład w różnego typu piknikach naukowych (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni Nauki, kawiarnia naukowa). W ciągu czterech lat warszawskie Centrum Nauki Kopernik odwiedziło ponad 4 miliony widzów. Podobne centra nauki powstają w innych miastach. To jeszcze jeden przykład jak bardzo liczy się tak zwana trzecia kultura i zupełnie nowe formy uczestnictwa w kulturze. Jeśli w tradycyjnych statystykach widzimy „ubytek” uczestników to wcale nie musi oznaczać to spadku udziału w kulturze aktywnej. Bo może ludzie spotykają się i realizują potrzeby kulturalne w miejscach, których nie monitorujemy . Przykładem niech będą książki i biblioteki. Owszem, jest spadek czytelnictwa… ale jednocześnie rośnie sprzedaż książek fachowych, poradników i specjalistycznych. Nie ma więc spadku czytelnictwa tylko preferujemy inny rodzaj książek. Podobnie z bibliotekami. Teraz zdecydowanie więcej książek mamy w domu, więc nie musimy korzystać z bibliotek. Te ostatnie stają się coraz bardziej miejscem spotkań niż wypożyczalnią książek. Równocześnie rozwijają się takie formy jak bookcrossing i ekonomia dzielenia się.

Wykorzystać potencjał kulturowy nie jest łatwo. Od razu trzeba zadać sobie pytanie jak wpisać to w inne potrzeby i funkcję miasta. Tu wracam do wody z kranu. Rezygnacja z wody w butelkach jednorazowych (przynajmniej na miejskich imprezach i spotkaniach oficjalnych) to zmniejszenie ilości śmieci w mieście i brak potrzeby dowożenia wody samochodami, a to oznacza poprawę jakości powietrza (mniej spalin). Korzystanie z samochodu… czy pieszo lub rowerem do miejsc kultury? To polityka kulturalna miasta o szerszych ambicjach i zakresie oddziaływania. I spójna z innymi działaniami w mieście. Polityka kulturalna może współgrać z rozwiązywaniem innych problemów, być synergią a nie oderwanym i izolowanym bytem. Potrzebna jest więc całościowa i koherentna wizja. Do tego konieczny jest dialog.

Kultura dialogu to także otwartość na zmiany. To jest potrzebne, a więc inwestycje w kompetencje a nie tylko w budynki. W tej i w innych kwestiach kilku dyskutantów kierowało wprost lub ogródkami zwracało się do olsztyńskiego uniwersytetu, licząc na zaangażowanie środowiska akademickiego. Czy UWM sprosta tym oczekiwaniom? Słyszę je „na mieście” od kilku lat. Czy zaangażować się ma uniwersytet jako instytucja czy raczej ludzie uniwersytetu – przecież też są mieszkańcami. Na sali dopatrzyłem się aż co najmniej 6 osób z UWM. Procentowo jest więc to udział znaczny. Czy będzie tak w trakcie budowania strategii i polityki kulturalnej?

W dyskusji zwracano uwagę na codzienne spotkania mieszkańców, tożsamość Olsztyna oraz budowanie tej tożsamości. Wspominano zjawisko zwane folkloryzmem. Cz,y a jeśli tak to jak, uniwersytet i środowisko akademickie uczestniczy w budowaniu tej tożsamości? Chciałbym poznać odpowiedź na to pytanie. Kilka osób – a ja to mocno podzielam – zwracało uwagę na potrzebę budowania przestrzeni publicznej do spotkań, także tych kulturalnych.Takimi przestrzeniami są chociażby parki i skwery. Czy tylko tradycyjne miejsca takie jak teatr, filharmonia muzeum? Przecież sam uczestniczę w różnych nietypowych spotkaniach kulturalnych na trawniku, w kawiarni czy w trakcie plenerów malowania dachówek.

Do niekorzystnych zjawisk zaliczyć trzeba ogólnopolską festiwalizację kultury (podobnie jak pikników naukowych) – skupienie się na masowości, widowiskowości i krótkotrwałych, ulotnych efektach. Dla mieszkańca jest ważne to, czy tylko korzysta on czy także współuczestniczy i współtworzy kulturę.

Spotkanie w Muzeum Nowoczesności było na tyle interesujące, że zachęca do współudziału i śledzenia tego projektu.

Betonowy park a usługi ekosystemowe

sczachor

park1Mamy wielu specjalistów, potrafiących analizować i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze ale brakuje nam umiejętności do syntezy i dostrzegania rzeczy w kontekście (czasu i sytuacji). Żyjemy jako cywilizacja chwilą, bez praktycznej umiejętności myślenia perspektywicznego. Mam na myśli średnią przeciętną. Negatywne skutki takiego sposobu myślenia i patrzenia na świat widoczne są na co dzień. Przykładem jest nie dostrzeganie usług ekosystemowych. Na przykład sposób patrzenia na zieleń (i parki) w mieście. Olsztyn jest dobrym przykładem choć nie tylko w tym mieście parki są "betonowe" i traktowane jako nieużytki inwestycyjne.

Bo po co jest park w mieście? Lub zielony skwer? Długofalowych skutków ekosystemowych raczej się nie dostrzega - bo trzeba wyjść poza swoją specjalność zawodową i spojrzeć nie tylko w całościowym kontekście ale i dłuższej perspektywie. Trzeba dostrzegać nie tylko inwestycje ale i jakość życia mieszkańców.

Kiedy ponad 10 lat temu szukałem mieszkania, brałem pod uwagę dostęp do terenów zielonych (nawet tych, uwzględnionych w planach). Kupiłem sobie mieszkanie na Osiedlu Mleczna. Przed oknami (za ulicą) miałem teren zielony (dawne ogródki działkowe) i rzekę Łynę. W planach nawet ten park in statu nascendi miał nazwę - park im. Janusza Korczaka. Dość szybko jednak doświadczyłem miejskiego poglądu na tereny zielone. Owszem, zaczęły się inwestycje, ale zupełnie inne niż myślałem.

Najpierw część parku wydzielono i powstał tam salon samochodowy. Potem dwukrotnie na tereny zielone wjeżdżały spychacze, wyrzucano gruz i ziemię (zapewne z jakieś okolicznej budowy) i całkowicie zdewastowano istniejącą tam zieleń. Pozostały zwały ziemi i goła pustynia, po której wiatr kurz roznosił. Przez moment myślałem, że to może zapowiedź realizacji planów z parkiem. Przecież na planach, opublikowanych w gazetce osiedlowej, były alejki, tereny zielone nawet boiska sportowe (rekreacyjne). Nic z tych rzeczy. Jedyne działania w ciągu ostatniej dekady to od czasu do czasu wykoszenie wysokiej trawy (miejscami) przycięcie drzewek i podsypanie alejki (bo chodzą tamtędy tłumy ludzi).

Po tych pobudowlanych dewastacjach zieleń samoistnie, powoli odrastała. Robiło się nawet sympatycznie choć dziko. Ale potem na osiedlu wybudowano sklep wielkopowierzchniowy. I nie było chętnych do kupna (wynajęcia). Więc kosztem planowanego parku wybudowano duży (kolejny) parking (pisałem już o tym wcześniej). Owszem, parking zbudowano ale o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest do dzisiaj. Nieopodal zasypano bagienko i budują kolejny sklep wielkopowierzchniowy W statystyce to niebawem Olsztyn  będzie miastem superparketów i galerii handlowych a nie miastem-ogrodem....

Od kilku dni znowu park im. J. Korczaka zasypywany jest ziemią i gruzem budowlanym. Podobno ma powstać jakaś myjnia samochodowa. Jak widać na zdjęciach, wywożony jest przede wszystkim gruz i ziemia budowlana. Park traktowany jest jak nieużytek, na który wyrzuca się różne śmieci, a potem przykrywa jakąś inwestycją. Planowa i przemyślana dbałości o zieleń? Trudno to dostrzec...

Tereny zielone traktowane są jak "nieużytki" budowlane a nie jako ważny obiekt infrastruktury miejskiej, poprawiający jakość życia mieszkańców. W tym przypadku zasypywana jest dolina rzeki Łyny. W razie wysokiego stanu wody w rzece Łynie... woda po prostu zaleje domy, bo zasypujemy naturalne poldery i dolinę. Kilka lat temu mówiłem znajomym, żeby się powodzi nie obawiali, bo jest szeroka dolina, która przyjmie ewentualną wysoką wodę (rozleje się na terenach zielonych). Dolina rzeki zasypywana jest w Bartągu, powyżej Olsztyna, a teraz w samym Olsztynie. Moje uspokajające słowa trąca na aktualności. Ewidentnie zmienia się klimat i należy oczekiwać intensywniejszych opadów. Wiele europejskich miast przygotowuje się do takich sytuacji, nawet drobnymi inwestycjami. U nas żyjemy chwilą....

To tylko jeden przykład usług ekosystemowych, dewastowanych i zaprzepaszczanych. Planowany park systematycznie kurczy się, zajmowany przez kolejne inwestycje. Terenów do rekreacji coraz mniej.... No tak, ale władza mieszka w domkach z ogrodami, gdzieś pod miastem, a zwykły plebs może mieszkać na parkingu... Chyba, że zadecyduje nogami... i się wyprowadzi. Razem z podatkami.

Władze miasta chwalą się Parkiem Centralnym. Tak, to bardzo potrzebna mieszkańcom inwestycja. Ale warto przypomnieć, że plany tworzenia tam parku liczą ponad 30 lat i że część terenów wydzielono pod budowę domów i innych obiektów. Początkowo planowany by nawet miejski ogród botaniczny. Więc ocenę Parku Centralnego warto zrobić właśnie w kontekście... kilku dekad oczekiwania, zmniejszenia powierzchni i zaniechania tworzenia ogrodu botanicznego.

 

 Parking przy ul. Iwaszkiewicza zbudowano a o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. I tak jest od kilku lat. Dobrze, że chociaż drzewka zasadzono... w dobrej porze fenologicznej i nie uschły.

 

 

Dlaczego ludzie przyszli na śniadanie na trawie ?

sczachor

Śniadanie na trawie w olsztyńskim Parku Centralnym (19 lipca 2014 r.) spotkało się z bardzo dużym oddźwiękiem. Przyszło ponad półtora tysiąca osób (zobacz zdjęcia). I to całymi rodzinami. Osobiście byłem zaskoczony z kilku powodów. Miło zaskoczony.

Mój udział w tym parkowym happeningu był społeczny, niekomercyjny i urlopowy. Pozytywnie odpowiedziałam na zaproszenie pani Ewy Bartnikowskiej z Gazety Olsztyńskiej, aby dołączyć do uroczystego, oficjalnego otwarcia Parku Centralnego. Dołożyłem swoje "obywatelskie" trzy grosze, aby promować aktywny wypoczynek w przestrzeni publicznej. Aby tę przestrzeń niejako odzyskiwać.

Ośmielam się pisać, że przyszły tłumy wcale nie dlatego, że przyciągnęła nowa inwestycja (ale na pewno przyciągała i fontanna i ciekawość nowego parku). Nie przeszkadzały takie czy inne niedociągnięcia, bo przyciągała chęć spotkania się z ludźmi. To nie było pierwsze olsztyńskie śniadanie na trawniku, ale bez wątpienia największe do tej pory i z największym rezonansem społecznym. To zasługa nagłośnienia przez media, a w szczególności Gazetę Olsztyńską. Duży udział pokazuje potrzeby społeczności miejskich. Do dobrego życia potrzebujemy niekomercyjnych przestrzeni zielonych, parków, skwerów, trawników.

Zabrałem ze sobą do rozdania kilka książek, trochę malowanych butelek i buteleczek. I butelkę wody z kranu. Moim wielkim zdziwieniem było to, że w koszyku do domu przyniosłem więcej, niż zabrałem do parku. Jakim cudem? Po prostu ludzie z wielką radością dzielili się tym, co sami zrobili, przygotowali. Przyszli by się cieszyć spotkaniem z innymi. I tę radość ze spotkania w przestrzeni publicznej było widać na twarzach.

Znajomy wydrukował dla siebie i dla syna okolicznościową koszulkę i rozdawał jednogroszówki. Na szczęście. Było to w pełni spontaniczne (a podobnych inicjatyw oddolnych było więcej). Ja spotkałem wielu znajomych i dawno nie widzianych przyjaciół. Dostałem poduszkę własnoręcznie uszytą. Dostałem dwie książki autorskie z autografem, własnoręcznie zrobioną naleweczkę, trzy słoiki powideł, przecudnie opakowanych. Częstowany byłem kawą, kanapkami, ciastem domowym, warmińskimi fafernuchami i napojem pietruszkowo-imbirowym. A przede wszystkim było dużo uśmiechów i ciekawych rozmów.

Część osób była zdziwiona, że można było przyjść z własnym kocem i rozłożyć się na trawie. Mimo, że pisano o tym w gazetach i portalach społecznościowych. Najwyraźniej nie uwierzyli... że po prostu można siąść na trawie i piknikować w środku miasta.  

Duża frekwencja świadczy, że wiele osób chciało czegoś takiego. Potrzebny tłum, aby się samemu odważyć, aby zacząć i się nie wstydzić. Teraz z pewnością będzie łatwiej. Zaskakiwała duża liczba rodzin z małymi dziećmi. Znajomy powiedział nawet "jak to jest z tym niżem demograficznym, kiedy wokoło takie tłumy małych dzieci ?" Może po prostu z małym dzieckiem trudno iść do restauracji (nawet jak są kąciki do zabaw).

Ale najważniejsze było chyba to, że można było spotkać ludzi. Tyle wzajemnej życzliwości dawno nie widziałem. Najwyraźniej ludzie są z natury dobrzy i towarzyscy - potrzeba tylko odpowiedniej przestrzeni publicznej, byśmy mogli się ze sobą spotykać. I cieszyć się razem.

Na Facebooku informowałem, że będę na kocyku pod brzozą. Ale to był dzień słoneczny. Po przyjściu do parku, od razu skryłem się w cieniu wielkiego buka. Przepraszam tych, którzy mnie w tym tłumie nie odnaleźli. Myślę, że będą jeszcze kolejne sympatyczne okazje, by poleżeć na trawie  w środku miasta, beztrosko pomajtać nogami, zjeść kanapki, przyniesione z domu, zagrać w jakąkolwiek grę i.. rozmawiać. Jak w cittaslow.

Frekwencja na śniadaniu na trawie w Parku Centralnym dobrze ilustruje potrzeby współczesnego człowieka. Miliony lat ewolucji ... uczyniły z nas istotę społeczną. Chcemy kontaktów nawet w wielkim mieście.

O wyobraźni, wykształceniu i empatii w kontekście narzekania na parkowe inwestycje

sczachor

Wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia. Tak powiedział Albert Einstein i miał rację. Bo nie wystarczy być wąsko wykształconym specjalistą, trzeba umieć dostrzec kontekst, w którym znajdzie się jego dzieło. Niech przykładem będą różne inwestycje, pięknie wyglądające w projekcie, ale po wykonaniu nagle wychodzą różne niespodziewane braki i niedogodności (a ludzie narzekają). Wynikają one z nieuwzględnienia kontekstu miejsca i otoczenia.

Na przykład olsztyński Plac Konsulatu. Postawiono Kolumnę Orła Białego, bo z racji miejsca i odbywających się czasem uroczystości patriotycznych, dobrze wpisywała się chyba w ten skwer. Przy okazji odnowiono plac, za spore pieniądze. Tradycyjnie wyłożono granitem, polbrukiem i usunięto sporo zieleni. Zlikwidowano także dawniej istniejącą tu fontannę. Powstał plac, na których wygodnie organizować capstrzyki, wygodnie stanie kompania honorowa i poczty sztandarowe. Ile jest takich uroczystości w roku? Jedna, może dwie, najwyżej trzy. A co z pozostałymi 352 dniami w roku?

Po oddaniu inwestycji okazało się, że nie ma ławek. Więc skwer był praktycznie niefunkcjonalny. Ten brak po jakichś kilkunastu dniach (i licznych protestach) naprawiono. Ale dalej pozostają inne błędy architektoniczne i funkcjonalne (znacznie trudniejsze do usunięcia). W dawnym konsulacie, pięknej kamienicy mieści się siedziba Towarzystwa Miłośników Olsztyna. Ale jednocześnie i kamienica i plac obwieszony jest tandetnymi banerami reklamowani. Estetyka patriotycznego miejsca? Ewidentnie skwer podupada, bo nie są zaspokojone podstawowe funkcje takiego miejsca w mieście. I codziennego życia mieszkańców.

Wysokie krawężniki oddzielają glebę pod drzewami od wody deszczowej (spływającej po placu). W skali miejskiej fatalnie jest realizowana funkcja ochrony przed ulewnymi deszczami (te będą się nasilać, bo klimat się ociepla). Projektant zupełnie o takich funkcjach nie pomyślał, a zleceniodawca (miasto) nie przypomniało. Przez takie rozwiązanie drzewa na dodatek będą miały za mało wody. Trzeba podlewać. A to kosztuje. Te zwiększone koszty wynikają z wadliwego projektu.

Od spodu kamień, po czterech stronach ściany budynków. Nie trudno przewidzieć, że latem będzie tu "piekarnik". Dlatego w czasie upałów władze miasta ustawiają kurtynę wodną (na zdjęciu, lipiec 2014). Dlaczego zlikwidowano fontannę, tak niezbędną dla mikroklimatu jak i uroku tego skweru? Żeby było więcej wygodnego miejsca dla kompanii honorowej? Ale to potrzebne jest tylko raz w roku…

Przypomnijmy, wyobraźnia ważniejsza jest od wyksztalcenia. Bo projektant powinien się znać nie tylko na swojej robocie i nie tylko skupiać się na swoim projekcie, ale powinien umieć wyobrazić sobie kontekst miejsca, w których inwestycja stanie. I potrzeby ludzi. Na kontekst przy interpretacji zjawisk mocno zwracają uwagę ekolodzy i… filozofowie. Kontekst wiele zmienia. Dodałbym jeszcze empatię – bo ta pomaga wczuć się w potrzeby innych ludzi i dostosować rozwiązanie do potrzeb odbiorców i użytkowników (a nie samozachwycać się nad swoim dziełem oderwanym od kontekstu miejsca i ludzi). W kształceniu potrzeba więc skupić się nie tylko na wąskich, zawodowych kompetencja. Trzeba rozwijać wyobraźnię studentów i uczyć ich empatii. Wtedy dopiero będziemy mieli dobrze wyedukowanych i przygotowanych do pracy absolwentów. Wiedzę łatwo sprawdzić za pomocą testów. Znacznie trudniej sprawdzić wyobraźnię i empatię. Ale trzeba konsekwentnie rozwijać te niezbędne kompetencje miękkie. Wyobraźnia i empatia potrzebne są zarówno projektantom jak i zleceniodawcom (w tym przypadku urzędowi miasta).

Władza nie musi się na wszystkim znać, ale powinna mieć na tyle wyobraźni i empatii, by wiedzieć z kim konsultować inwestycje, by były one funkcjonalne i trafione. Inaczej mimo wysiłku słyszeć będą narzekania i zmuszone będą do kosztownych poprawek.

Wcześniej już o wadach inwestycji na Placu Konsulatu pisałem (więc jest szerzej wyjaśnione):

Kawiarnia naukowa na trawniku

sczachor

Idea kawiarni naukowych sięga czasów, gdy życie towarzyskie toczyło się „na salonach”. Ale dotyczyło to arystokracji i bogatego mieszczaństwa. Otwarte salony były po części przestrzenią prywatną, po części publiczną. Ale tylko dla wybranych i zapraszanych. Toczyły się dyskusje, zarówno te plotkarskie tak jak w maglu, jak i bardziej ambitne. Niczym obiady czwartkowe u króla Stasia. Na dworach szlacheckich też toczyło się życie salonowe, z muzyką, sztuką a czasem i dyskusjami naukowymi.

Kiedy oświetlono ulice lampami gazowymi (a potem elektrycznymi), w miastach pojawiło się życie wieczorne. Teatry, filharmonie, opery mogły przyjmować gości także i po zmroku. Bo bezpiecznie można było poruszać się ulicami i chodnikami. Wtedy życiem kulturalnym zatętniły kawiarnie. Miejsca publiczne w pełnym słowa tego znaczeniu.

Kawiarnie spowszedniały. Kiedyś częściej wychodziliśmy ze swych ciasnych i o niskim standardzie mieszkań, by przez chwilę pobyć w luksusie i w towarzystwie. Od kiedy znacząco podniósł się standard naszych mieszkań (a zwłaszcza artystów i cyganerii), życie kulturalne w kawiarniach zamarło. A życie naukowe toczyło się w salach uniwersyteckich, niczym w zamkniętym getcie.

Kawiarnie naukowe przeżywają w ostatnich latach renesans w Europie. A w zasadzie rozkwit, bo to w pewnym sensie nowe zjawisko. Wynika z kilku przyczyn. Po pierwsze zmierzch samochodu i powolny powrót do społecznego życia w mieście. Po drugie upowszechnienie się wyższego wykształcenia i otwarcie się nauki zawodowej ku odbiorcy. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, ani prasa, ani radio, ani telewizja ani internet. W epoce kształcenia ustawicznego (przez całe życie) i rodzenia się nowych, pozaakademickich form kształcenia pozaformalnego pojawia się potrzeba spotykania i dyskutowania o problemach naukowych poza murami uniwersytetów. Kawiarnia naukowa to połączenie formalnego spotkania naukowego z nieformalnym spotkaniem towarzyskim, niczym w dawnym mieszczańskim salonie. Jedzenie przy stole bardzo łączy, jest czymś co towarzyszy dysputom naukowym już od starożytnej Grecji. Sympozjum to nic innego jak wspólne picie, biesiadowanie (syn – wspólny, posis – picie). Kawa, herbata i ciastko są tylko pretekstem do inicjowania dyskusji, debat czy krótkich wykładów. A przy filiżance można po prostu pomilczeć. Nie trzeba zabijać ciszy, gdy akurat nie ma się nic do powiedzenia (a wyobrażacie sobie cisze na oficjalnym zebraniu naukowym?). W kawiarni naukowej więcej jest okazji do dyskusji nieformalnych, niczym w kuluarach konferencji naukowej. Łatwiej pokonać tremę i „strach” przed autorytetem naukowym.

Rola kawiarni w kulturze i popularyzacji wiedzy jest ogromna i staje się coraz większa. Za sprawą wykształconego społeczeństwa, które pragnie wiedzy i informacji a nie tylko plotek z życia telewizyjnych celebrytów. Popularyzacja wiedzy… także wśród naukowców odkrywa kawiarnie naukowe. Bo przy skrajnej specjalizacji naukowej, fizyk kwantowy jest dyletantem na spotkaniu literackim, historycznym, czy biologicznym, tak samo jak reszta nieakademickiej publiczności. Wiedza jest już zbyt szeroka a najłatwiej poznawać ją z pierwszego źródła, niejako in statu nascendi. Czyli od samych naukowców, w nieformalnym, kameralnych warunkach kawiarni naukowej. Lub w miejskim parku, na trawniku.

Za sprawą internetu coraz bardziej się decentralizujemy. Rola samochodu wyraźnie spada i miasta powracają do swoich pierwotnych, społecznych funkcji, a w ślad za tym zmienia się przestrzeń. Dlatego rośnie znaczenie terenów zielonych, skwerów, siłowni na powietrzu, parków. Pragniemy wychodzić z domu do przestrzeni publicznej, by być z ludźmi, rozmawiać. Potrzebujemy życia społecznego i towarzyskiego. Bo w swoich komfortowych, dużych mieszkaniach czujemy się samotni. Telewizor, internet czy pies nie zastąpi nam utraconego życia towarzyskiego. Rodzi się więc moda na różnego typu nieformalne spotkania w parku i na trawniku. W Olsztynie także. Za tymi potrzebami nadążać powinna dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna. Infrastruktura dostosowana do rzeczywistych potrzeb ludzkich.

Olsztyńska Kawiarnia Naukowa nieformalnego Klubu Profesorów Collegium Copernicanum funkcjonuje w Olsztynie już od wielu lat. Z okresami intensywniejszych lub mniej intensywnych okresów aktywności. Przenosząc się „pod chmurkę” lub pod gruszę nawiązujemy przecież do starożytnych tradycji … akademii w gaju oliwnym. Kawiarnia naukowa na trawniku w rytmie slow life. Tutaj punktów do kariery nikt nie przyznaje. Motywem jest więc tylko chęć poznania, dyskutowania, rozważania. Bez instytucjonalnego wyścigu szczurów i robienia kolejnych stopniu w karierze akademickiej. Wobec wiedzy i ciekawości wszyscy jesteśmy równi.

Popularyzacja nauki w Polsce jest wciąż nie tak powszechna i łatwo dostępna, zwłaszcza na prowincji. Nie mamy Centrum Nauki Kopernik, swojego Hyde Parku, ani Central Parku… niech będzie dowolny park w Olsztynie. Może klimat do spotkań stworzy Park Centralny, może Park nad Łyną. Czas pokaże.

A tymczasem zapraszam 19 lipca do Parku Centralnego (więcej na Facebooku) by przy grze w szachy, słuchaniu muzyki, przenośnej półce bookcorssingowej porozmawiać o bioróżnorodności w mieście, o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu, o synantropizacji i ekologii człowieka. Porozmawiać o czymkolwiek, co ma związek z faktami, nauką i życiem codziennym we współczesnym mieście. O chwastach, które da się zjeść i owadach, które można spotkać nad Łyną. O malowaniu, szkicowaniu i szyciu sztuki. O historii wykorzystania Łyny itd. Będziemy grać w warcaby, malować, rozmawiać. Aby w spokojnej dyskusji, jak w chasydzkiej opowieści, gdzie za pomocą drobiazgu, tłumaczyć sprawy najważniejsze.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci