Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Jak prezentować w inny niż pisany sposób? (relacja z Wrocławia cz. 7.)

sczachor

babeczki_z_polonistykiPopularyzacja nauki to jeszcze jedna forma komunikacji w ramach literatury faktu. Literatury rozumianej oczywiście w bardzo szerokim sensie, bo jeśli jest to film czy webinarium to przecież nie składa się z liter i pisma jako takiego. Możliwości współczesnej techniki umożliwiają nam opowieści i komunikację na zupełnie nowe i stare, przedliteraturowe sposoby. Z jednej strony jest o poszerzanie wiedzy o świecie, budowanie indywidulanego paradygmatu (modelu świata), ale z drugiej strony jest to także budowanie relacji i więzi między ludźmi.

Podzielam pogląd, że nauka jest elementem kultury. Przywykliśmy do pisanej formy prezentowania treści edukacyjnych i naukowych (czyli także kulturowych). Ale jest to nie tylko nie jedyna, ale i nie najstarsza forma komunikacji międzyludzkiej. Tak zwana popularyzacja nauki (wiedzy) to z jednej strony element kultury współczesnego, wyedukowanego społeczeństwa, a z drugiej coraz mocniej rozwijająca się forma edukacji pozaformalnej. Bo w czasach trzeciej rewolucji technologicznej zmieniają się nam szkoły i uniwersytety. Wymyślamy je na nowo, dostosowując do potrzeb i środowiska kulturowego.

Tytułowe pytanie pochodzi z panelu dyskusyjnego, który odbył się w listopadzie 2017 roku na Politechnice Wrocławskiej (zobacz program debaty). Jak prezentować w inny niż tradycyjny, pisany sposób? A chociażby na Facebooku, na uczelnianych fan page i innych, coraz to nowych, portalach społecznościowych, na których przekaz może odbywać się w formie pisanej ale zbliżonej do kultury słowa mówionego (niczym plotki z kolokwializmami) ale i przez filmy, obrazy, schematy. Nowe, hybrydowe formy, których się dopiero uczymy.

Pojechałem do Wrocławia by podzielić się swoimi przemyśleniami na temat opowieści o tematyce popularnonaukowej (literatura faktu) i zaprezentować punkt widzenia biologa ewolucjonisty. Chciałem podkreślić, że człowiek to istota społeczna, której społeczny mózg kształtował się na długo przed wynalezieniem pisma i literatury. Chciałem także zaznaczyć aspekt dydaktyczny – punkt widzenia promotora (i wykładowcy), bowiem prowadzę seminarium dyplomowe już od kilkunastu lat i z częścią problemów, poruszonych na spotkaniu, borykam się na co dzień, w czasie zajęć ze studentami. Chciałem przekazać swoją wiedzę i czegoś się nauczyć. A teraz w odcinkach spisuję uporządkowaną relację z dyskusji panelowej w Bibliotechu Politechniki Wrocławskiej.

Sporo czasu w dyskusji poświęcono uproszczeniom na blogach. Czy w podążaniu za atrakcyjnością i komunikatywnością stawiać bardziej na uproszczenia czy jednak na ścisłość? Czy można to pogodzić? Da się, ale to wymaga wysiłku. Kto za to zapłaci? Czyli czy liczyć na misję pracowników akademickich czy też zdać się na blogi i portale, utrzymujące się z reklam (a więc w pełni aktywność pozaakademicka)? Niezależnie od tej drugiej możliwości wydaje mi się, że w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu pracownicy powinni upowszechniać naukę a nie tylko „gonić” za publikacyjnymi punktami. Przecież utrzymujemy się (pensje i pieniądze na badania) z podatków obywateli. Niech coś do nich w przystępnej formie wraca. Mamy taki moralny i obywatelski obowiązek.

W jaki sposób prezentować w inny niż pisany? I to w sytuacji niedosytu a jednocześnie nadmiaru informacji. Żyjemy w pośpiechu i nadmiarze dopływających bodźców i informacji. Oczekujemy więc, że ktoś za nas przefiltruje z tego szumu rzeczy najlepsze i najważniejsze. Z oczywistych względów kierujemy się ku autorytetom. Tylko jak je znaleźć? Stąd być może społeczne oczekiwanie, że naukowcy będą do nas częściej i przystępniej mówić, pisać, objaśniać. W czasie dyskusji padło pytanie i propozycja zarazem, żeby instytucje naukowe zabierały zdanie w sprawach ważnych społecznie i aktualnie „wałkowanych” w mediach. Tego w zasadzie do tej pory nie było.

Tytułowe pytanie odnosi się także to prezentacji na wykładach, z wykorzystaniem rzutnika multimedialnego i… pokazywania słów na ekranie. W takim kontekście pojawia się pytanie czy prezentacja w Power Poincie to skuteczna droga czy już przeżytek? Niewątpliwie prezentacja multimedialna jest bardzo wygodna (dla wykładającego), bo łatwo ją przygotować, przenieść i zaprezentować (czasem niestety odczytać). Kiedyś wzbudzała zainteresowanie, jako nowość. Ale przez lata spowszedniała. Warto na marginesie przypomnieć, że Power Point to nie jest Power Text…

Na wykładzie z prezentacją (jak i na blogu czy fanpage), trzeba po prostu opowiedzieć ciekawą historię z zakresu literatury faktu, w zależności od sytuacji i kontekstu (do kogo i w jakich warunkach mówimy/piszemy). Z wykorzystaniem mowy, pisma, filmu czy nawet teatru. Czytanie z ekranu jest nudne. Opowiedz, napisz, narysuj, zagraj. Byle ciekawie i z sensem.

A czy pozwalać studentom w czasie zajęć i na wykładach korzystać z telefonów komórkowych? Czy telefony komórkowe przeszkadzają? Wykładowcom i studentom. To może być ich sposób notowania, np. robienie zdjęć ważniejszych treści wyświetlanych na ekranie. Albo poszukiwanie niezrozumiałych słów lub terminów specjalistycznych? Tego nie wiemy. Zakładamy raczej, że nie uważają, że lekceważą i w tym czasie plotkują na „Facebookach” lub za pomocą esemesów. A przecież nie musi to być trafna diagnoza.

W nawiązaniu do nagminnego korzystania z telefonów warto przypomnieć, że studenci teraz mniej czytają. To jednak niezbyt precyzyjna odpowiedź. Mniej czytają w tradycyjnych książkach, ale więcej w nośnikach elektronicznych, w krótkich formach i z dużą liczbą ilustracji. Czyli czytają ale trochę inaczej. Co więcej, teraz więcej osób pisze, nawet przeciętniacy. I dobrze. Ćwiczą się w wypowiedziach. Nie bójmy się tego przesytu. W treningu przeciętniacy stają się wybitni i sprawni. A piszą w innych formach, bardzo krótkich (esemesy, tweety itd.) i z dużą interaktywnością.

Mam do komunikacji międzyludzkiej i tej na wykładach podejście ewolucyjne i rozpatruję w długiej osi zmian w rozwoju Homo sapiens. Najpierw nasi przodkowie przez dziesiątki tysięcy lat żyli tylko w kulturze słowa. Teraz też korzystamy z tej formy, ale znacznie w mniejszym zakresie i nie tylko jako jedynej i wyłącznej. W kulturze mówionej, gdzie informacje zapisywane były jedynie w mózgach poszczególnych osób, niezwykle ważne było zapamiętywanie. Słuchając opowieści lub będąc uczestnikiem wydarzenia pojawia się problem: jak zapamiętać. By za jakiś czas komuś innemu tę zapamiętaną treść otworzyć, przekazać. Z przyczyn li tylko mnemotechnicznych w kulturze słowa pojawił się rym i rytm w poezji, melodia w pieśni, taniec i teatr (ruch i relacje międzyludzkie). A być może malowidła naskalne w jaskini były pierwszy „power pointem” – obrazami, służącymi zapamiętaniu i zilustrowaniu opowieści czy przekazu wiedzy lub opowieści z obrazem otaczającego świata.

Logikę i dramaturgię opowieści wykorzystujemy w części lub całości w referatach, wykładach, panelach dyskusyjnych, dyskusjach. Ale nasi słuchacze mają dodatkowe umiejętności i pamięć zewnętrzną (mogą zanotować, nagrać itd.). Tyle się zmieniło i pewne dawniej ważne i logiczne elementy straciły swój sens. Wiersze straciły rym i rytm bo nie są już niezbędne do zapamiętania treści. Przecież można zapisać…. I do otworzenia wykorzystać pamięć zewnętrzną. Trzeba tylko umieć zakodować a potem odkodować. A notować można przecież nawet rysunkiem…. Albo telefonem komórkowym.

Nie tak dawno w historii ludzkości, ale dawno w stosunku do naszego życia, pojawiło się pismo a potem druk (ułatwienie powielania i rozsyłania zapisanych treści). Początkowo pismo naśladowało wytwory kultury słowa (rym i rytm), z czasem wytworzyło własne, specyficzne i unikalne formy. Mimo ograniczeń w formie komunikacji przywykliśmy i w pełni zaakceptowaliśmy formy pisane w przestrzeni akademickiej z biblioteką w centralnym miejscu uniwersytetu. Publikacja, książka, skrypt, list, publikacja. Słowa układają się linearnie, czasem tylko przerywane ilustracjami. Niekoniecznie ludzki mózg tak pracuje…

Kolejnym krokiem w tej ewolucji kulturowej komunikacji było wynalezienie przekazu na dalekie odległości. Telegraf po raz pierwszy umożliwił przekaz informacji szybszy niż poruszający się człowiek (z informacją ustną czy pisemną). Potem pojawił się telefon, radio, telewizja. Te ostatnie to przekaz masowy z filmem i audycją radiową. Mimo, że te technologie mają już kilkadziesiąt lat to nie weszły jeszcze na trwałe w akademicką edukację (a małymi wyjątkami). A teraz mamy jeszcze nowoczesne technologie z globalnym inetrnetem: kolejna eksplozja zupełnie nowych form… umożliwiających częściowy powrót do dawnych, przedpiśmiennych tradycji: formy hybrydowe, webinarium, czat, wideotransmisja.

I jak w tym nowym świecie ma się znaleźć wykład z prezentacją multimedialną (np. w Power Poincie)? Efekt nowości już minął a czytanie z ekranu do osób piśmiennych i z dostępem do źródeł mija się z celem. Wykładowcy umieszczają tekst na slajdach bo łatwiej im zapamiętać to, co chcieliby przekazać. Wygodne. Ale nie dla słuchacza. Przydałby się jakiś komponent interaktywny, albo „stary” z kultury słowa mówionego, albo nowoczesny z multimediami i interaktywnym internetem. Przecież słuchacze zazwyczaj mają telefony z dostępem do internetu. Prezentacja z komputera jest… czasem tylko elementem rytuały: należy wyjść i coś na ekranie pokazać. Bo tak się robi i robiło. Jeśli jednak wykładowca pomyśli o odbiorcy to bez trudu dobierze odpowiednie formy komunikacji. Oczywiście jeśli ma coś do przekazania… W sumie każdy ma, jeśli tylko zechce nad tym się zastanowić nieco głębiej.

Po co słuchacz ma słuchać? Jak go zmotywować? Otrzyma nowe, oryginalne informacje? Wykładowca występuje w roli strażnik tajemnicy, A może usłyszy nowe interpretacje, nowe hipotezy. A może spotka człowieka z paską naukową i emocjami?

Jak zachęcić do słuchania nie tylko słowem pisanym? Ucz się, to jest ważne, będzie na kolokwium lub egzaminie? Zaufaj profesorowi/autorytetowi, że to jest ważne i przydatne. Ale studenci nie mają zaufania bo zbyt dużo przypadkowości i niskiego poziomu. Ludzie potrzebują sensu, trzeba go im pokazać. Na samym początku. Mam wiedzę i emituję ją nie patrząc czy i jak dociera? Oprócz prawdziwej wiedzy są i podróbki (zawsze były!), nie ma na 100% sprawności w doborze kadry akademickiej.

Na koniec mała dygresja, odnosząca się do przebiegu debaty. Prowadzący studenci-moderatorzy nie za bardzo pilnowali czasu i paneliści mówili za dużo i z długo. I tu pojawia się dylemat moderatora – dbać o dyscyplinę czasową i w ten sposób zapewnić realizację wcześniej przygotowanego scenariusza, czy pozwolić toczyć się własnym nurtem i godzić się na niezrealizowanie pewnych punktów programu (bo zabraknie czasu)? Dyskusja jest czymś żywym i nie do końca zaplanowanym. Nie zawsze trzymanie się sztywno scenariusza jest dobrym rozwiązaniem. Sam czasami mam takie dylematy, gdy występuję w roli moderatora czy przewodniczącego zebrania. Decyzja jest trudna i na pewno uzależniona od sytuacji.

c.d.n.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci