Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Jaka jest korzyść z wyższego wykształcenia?

sczachor

Od dłuższego czasu w różnych gremiach słyszę narzekanie na zbyt powszechne kształcenie wyższe. Że za dużo jest magistrów. Czasem słychać też postulat ograniczenia kształcenia uniwersyteckiego, bo „po co nam tylu magistrów?”. Moim zdaniem, bardzo subiektywnym bo nie popartym badaniami socjologicznymi, przyczyną tego narzekania jest niedostrzeżenie głębokich zmian cywilizacyjnych i społecznych (nie zauważyliśmy trzeciej rewolucji technologicznej, która właśnie wokół nas się dzieje). Nie uważam, że mamy za dużo wykształconych osób. Sądzę że powszechność kształcenia na poziomie wyższym jest cechą rozwiniętych społeczeństw. Zmieniła się jednocześnie rola dyplomów szkół wyższych. Kiedyś były one wyznacznikiem przynależności do elit. Dziś już nie. I nie widzę w tym nic złego. Już wyjaśniam dlaczego.

Jest oczywiście ważne pytanie: po co kształcić na poziomie wyższym? Czy edukacja uniwersytecka jest zawodowa czy kulturotwórcza? W jakimś sensie jest zawodowa, ale tylko w takim, że daje ogólne horyzonty, uczy krytycznego myślenia, pozwala na rozwój osobowości i uczy uczyć się w zmieniającym się otoczeniu.

Dyplom magistra czy inżyniera nie jest już wyznacznikiem elit. Egalitarność (i powszechność) jest w sprzeczności z elitarnością. Tylko że współczesna gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje ludzi wykształconych. Tak jak kiedyś wprowadzenie powszechnej edukacji na poziomie elementarnym (szkoły podstawowe) umożliwiło rozwój społeczny w czasie drugiej rewolucji technologicznej, tak teraz powszechność kształcenia wyższego umożliwia rozwój gospodarczy w dobie trzeciej rewolucji technologicznej. W dawnych wiekach, w starożytności czy średniowieczu, umiejętność czytania i pisania była elitarna. Mało kto potrafił. Ale już w wieku XIX i XX ta umiejętność stała się powszechna. Umiejętność czytania i pisania nie czyniła z człowieka elity a umożliwiała uczestnictwo w społeczeństwie przemysłowym. Robotnik mógł przeczytać instrukcję obsługi maszyny itd. Chłop pańszczyźniany mógł być analfabetą - robotnik w fabryce już raczej nie.

Przed II wojną światową w Polsce był niewielki odsetek maturzystów i młodzieży studiującej. Większość z nich pochodziła z klas wyższych. Oba te czynniki sprawiały, że wszyscy absolwenci uniwersytetów teoretycznie mogli się nawet znać osobiście. Bo było ich niewielu, prawdziwa elita. Dyplom uniwersytecki dawał możliwość awansu społecznego i był to przepustką do elity. To silna motywacja do nauki. W społecznej świadomości takie wyobrażenie zostało jeszcze długo. Dla mojego pokolenia wykształcenie wyższe stanowiło awans społeczny i zawodowy. Najczęściej dawało szansę na stanowisko kierownicze (niezależnie od kierunku studiów). Magister to był ktoś. A teraz? Gdy blisko 40-50% młodych ludzi studiuje? Żaden awans społeczny. W świadomości pozostało jeszcze oczekiwanie awansu... mocno rozmijające się z realiami. W nie tylko polskiej rzeczywistości odczuwamy „nadmiar” osób z wyższym wykształceniem. Jedną z przyczyn narzekania na zbytnią powszechność kształcenia uniwersyteckiego jest moim zdaniem owo mniemanie o awansie i przynależności do elit (to se ne wrati). Z definicji elita jest nieliczna. Rodzi się więc pokusa ograniczenia liczby miejsc na uniwersytetach, pod pretekstem np., podnoszenia jakości kształcenia.

Za moich czasów było znacznie mniej miejsc na studiach niż liczba chętnych. Odczuliśmy to w latach 90. XX wieku, gdy bramy szkół wyższych otworzyły się na masowe studia zaoczne. Wtedy ta „pożyczka" peerelowska płaciła za swoje studia, znacząco wspomagając finansowo rozwój szkół wyższych. Teraz studentów zaocznych jest niewielu, śladowe ilości. Po prostu nie ma zaległości edukacyjnych w polskim społeczeństwie.

Po co nam tylu magistrów, licencjatów i inżynierów? Podam dwa przykłady długofalowych zysków społecznych.

W Polsce odnotowaliśmy niewątpliwy sukces uczniów (edukacji młodzieży), co widać w testach i sprawdzianach kompetencji, tych międzynarodowych i tych krajowych (wykres wyżej, z zasobów internetowych). Z dalekiego miejsca poniżej średniej np. w przedmiotach przyrodniczych, wywindowaliśmy się do światowej czołówki wśród krajów rozwiniętych. Jest kilka przyczyn tego sukcesu. Jedną z nich jest reforma edukacji i wprowadzenie gimnazjów (m.in. wydłużenie kształcenie ogólnego i wyrównanie szans w środowiskach wiejskich i małomiasteczkowych). Wyraźny postęp, zwłaszcza wśród tych najsłabszych. To nie tylko gimnazja ale i jakość kadr są autorami polskiego sukcesu edukacyjnego. Drugą bardzo istotną przyczyną jest wzrost wykształcenia kadry nauczycielskiej. Wzrost jakości edukacji to efekt umasowienia (upowszechnienia) wyższego kształcenia. Nauczyciele są dużo lepiej wykształceni i na dodatek potrafią się uczyć. W roku 1988 (mniej więcej w tym czasie opuściłem mury Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie) zaledwie nieco ponad 18 % nauczycieli miało wykształcenie wyższe. W 1992 r. co ósmy nie miał kierunkowego wykształcenia (dotyczyło głównie języka polskiego, matematyki i języków obcych). W 2016 roku aż 99 % nauczycieli czynnych to osoby z wyższym wykształceniem, a 90 % stale się doskonali (studia na drugim kierunku, studia podyplomowe, kursy, szkolenia).

Trudno nazwać nauczycieli elitą, zarówno ze względu na niewysokie pensje jak raczej niski prestiż społeczny. Jak pisze Justyna Suchecka w artykule „Obyś cudze dzieci uczył za dwa tysiące na rękę” (Gazeta Wyborcza, 18-20 listopada 2016) przeciętny nauczyciel dziennie pracuje 9.5 h, 47 h tygodniowo. To oczywiście średnia. Zwykli pracownicy... gospodarki opartej na wiedzy. Zresztą nigdy zawód nauczyciela nie cieszył się zbytnim szacunkiem, uznaniem finansowym czy prestiżem. Wykształcenie wyższe nie czyni więc elitą. Ale jak na tym przykładzie widać przynosi bardzo dobre efekty społeczne. Wszyscy na tym korzystamy. Nie o kreowanie elit chodzi we współczesnym kształceniu uniwersyteckim.

Przykład drugi. Od co najmniej kilku-kilkunastu lat widać znaczące ożywienie w środowiskach wiejskich. Wsie wypiękniały i się zaktywizowały. I nie tylko za sprawą wsparcia finansowego z Unii Europejskiej. Znacznie ważniejszy jest czynnik ludzki. Z moich obserwacji wynika (nie są to jednak usystematyzowane badania), że najwięcej ożywczego i prorozwojowego „fermentu” wnoszą ludzie wykształceni na poziomie wyższym, często dopiero w ostatnich latach osiadający na wsiach. Po drugie, znacznie aktywniejsze są kobiety. Na wsi z dyplomem uczelni wyższej nie jest już tylko ksiądz i nauczyciel. To właśnie środowiska defaworyzowane, w tym przypadku wiejskie, są widocznym beneficjentem wykształcenia wyższego. Ewidentny zysk społeczny i gospodarczy.

Czy w imię elitarności kształcenia uniwersyteckiego mamy ograniczać liczbę miejsc na studiach? Rezygnując z widocznych efektów społecznych i gospodarczych? Hydraulik i sprzątaczka też może mieć wykształcenie wyższe i dyskutować o filozofii, obserwować ptaki i ważki (nie zapominając o chruścikach), uczestnicząc w inwentaryzacji bioróżnorodności. I jak mielibyśmy ograniczać liczbę miejsc na uniwersytetach? Stawiając zaporę finansową? Studia tylko dla bogatych? Albo przyjąć kryterium pochodzenia społecznego? I co z tą młodzieżą, która teraz jest na studiach? Ma szlifować bruki i stać na wiejskim przystanku lub pod sklepem? Tylko w imię zaspokojenia dawnych wyobrażeń o elitarności?

Dzięki technologii (praca maszyn i komputeryzacja) nie musimy jako społeczeństwo tyle pracować co nasi przodkowie. Szersze horyzonty, samorozwój, poszukiwanie celu i sensu życia, wykształcenie ogólne i umożliwienie udziału w kulturze powinno być powszechnym dostępem. Uniwersytety nie powinny być sztucznie ograniczane dla „elit”.

Owszem, mamy problemy z kształceniem uniwersyteckim. Można odnieść wrażenie, że dawniej studenci byli pilniejsi, mądrzejsi, bardziej pracowici. Ale to złudzenie. Zmieniło się otoczenie edukacyjne i zmieniło się społeczeństwo, dlatego dawne wzorce i metody dydaktyczne stają się nieefektywne. Uniwersytety nie są już monopolistą w upowszechnianiu wiedzy. Dzięki internetowi dostęp do wiedzy jest zupełnie inny niż kiedyś. Dzisiaj sercem uniwersytetu nie jest już biblioteka z papierowymi książkami i czasopismami. Trzecia rewolucja technologiczna naprawdę gruntownie zmienia ludzkie społeczności. Ale było tak rónież w czasie pierwszej i drugiej rewolucji technologicznej. Nic nowego.

Z całą pewnością uniwersytet musi się zmienić i zmienić sposób kształcenia. Bo świat się zmienił. Mam jednak nadzieję, że rzeczywisty dyskomfort zaowocuje mądrymi dyskusjami i zmianą form kształcenia a nie ograniczaniem miejsc w ławach akademickich. Tym bardziej, że rozwijają się nie tylko uniwersytety trzeciego wieku ale i przybywa kształcenia typu 40 plus. Czyli dorośli i pracujący wracają po naukę.

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • Gość: [kinga] *.ftth.glasoperator.nl

    Zgadzam sie. Zawsze mnie dziwilo to psioczenie na powszechnosc studiow wyzszych. Troche to wygladalo jakby psiaczacy zazdroscili bliznim, ze tez maja dyplom uczelni wyzszej. Bo przeciez psiaczacy nie psioczyli na wlasne dyplomy.Tylko cudze na dodatek tak powszechnie rozdawane byly sola w oku. Ja uwazam, ze lepsze nawet slabe wyksztalcenie wyzsze niz zadne.

  • Gość: [Telamon] *.dynamic.mm.pl

    "Czy w imię elitarności kształcenia uniwersyteckiego mamy ograniczać liczbę miejsc na studiach? Rezygnując z widocznych efektów społecznych i gospodarczych?"

    Owszem. Podobnie jak kwestia "dawnych, mądrzejszych studentów" nie jest iluzją.
    Nasz system edukacji na poziomie średnim i wyższym kuleje, nasze społeczeństwo nie tyle zyskuje z efektów "nowego oświecenia" co korzysta z chciwości i populizmu jaki zmienił wyższe uczelnie w fabryki dyplomów.

    Dokonaliśmy sztucznego i gwałtownego przeskoku z kilku procent studiujących do kilkudziesięciu co zaowocowało tym, że obecnie 1/5 polskich obywateli posiada wykształcenie wyższe. Możemy optymistycznie wierzyć na przykład w cudowne działania czarnobylskich pyłów co zaowocowało i gwałtownym wzrostem inteligencji... lub w bardziej "prawdopodobny" spadek wymagań na uczelniach oraz w szkołach średnich. Upraszcza się program, egzaminy, zmniejsza wymagania dostosowując do poziomu odbiorcy czyli klienta. Znosi egzaminy wstępne - i to na uczelniach państwowych cieszących się specjalnym statusem... co przyniosło (upraszczam) spadek na dalekie lokaty w rankingach światowych.

    Trzeba było poniekąd to przeprowadzić ponieważ w szkołach średnich też poziom spadł, a rzeczy niegdyś typowe z zakresu matematyki przeniesiono na poziom uczelni wyższych.

    Proces upraszczania będzie postępować nadal ale nie ze względu na potrzeby obecnego świata lecz chęć utrzymania pozycji finansowej uczelni (oraz jej kadr) w świetle kryzysu demograficznego. Zdewaluował się magister, teraz dewaluuje się tytuł doktora (mamy 15 krotny przyrost doktorantów w porównaniu z latami 90-tymi).

    Pytanie jest mym zdaniem proste - czy na pewno potrzebujemy tylu studentów wyższych? Moeż lepiej wzorem wspomnianego pisania i czytania poziom podnosić w niższych poziomach edukacji faktycznie pozostawiając studia wyższe jako coś kształcącego elity np. naukowe (co oczywiście musiałoby zaowocować redukcją uczelni i obecnego personelu naukowego).

    Ps. Szkoda mi jedynie pokolenia lat 85/90-tych, złapanego jeszcze na miraż studiów jako drogi do awansu społecznego. Mamieni wizją lepszego jutra, uczeni przez nauczycieli będących zainteresowanych jedynie realizacją własnej pracy zamiast dostosowaniu potrzeb uczniów do potrzeb rynku pracy... Można by rzecz, że winę ponoszą też tutaj rodzice ale skoro wielu z nich posiadało wykształcenie podstawowe, wychowanych dodatkowo w surowym systemie socjalistycznej gospodarki planowanej, można było oczekiwać od nich płynnego poruszania się w realiach? W świadomości tych ludzi wykształcenie wyższe ciągle kojarzyło się z podniesieniem statusu społecznego i poprawy swego bytu materialnego nawet jeżeli miała to być zwykła, nieciesząca się chyba nigdy prestiżem, posada nauczycielka.

    Większość straciło czas budząc się dopiero na studiach, gdy na zmianę kursu było już za późno. Klops.

    Cóż, w zamian możemy się cieszyć "efektami społecznymi" na takiej wsi co osiągnięto by również poprzez dobry system edukacji średniego stopnia - ostatecznie korzyść płynie nie z samego posiadania dyplomu lecz wiedzy pozyskanej w szkołach.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci