Menu

profesorskie gadanie

Nowy adres bloga https:profesorskiegadanie.blogspot.com

Kulturalna wieża Babel, czyli o niezauważanej wielokulturowości w komunikacji

sczachor
Długo się wahałem, czy upublicznić poniższe przemyślenia i obserwacje. Nie jest moją intencją wytykanie komuś błędów czy niedociągnięć. Mimo posługiwania się konkretnym przykładem chcę pisać o szerszym zjawisku i opowiedzieć o bardziej ogólnych sprawach. Po pierwsze, mój blog jest dla studentów, z którymi dyskutuję o różnorodnych formach wypowiedzi publicznych. Niniejszy wpis będzie więc o charakterze materiałowo-dokumentacyjnym i jako swoiste studium przypadku. Po drugie traktować będzie o niedostrzeganej wielokulturowości i nieporozumieniach, wynikających z nieuświadamiania sobie tej wielokulturowości. Po trzecie spotkanie było publiczne.

Pewnego dnia o poranku wysłuchałem na portalu naukowym wideo wykładu profesora z Kanady o tym, jak powinny wyglądać referaty na seminariach naukowych i po co naukowcy jeżdżą (ściślej – powinni jeździć) na konferencje naukowe. Profesor Edward Potworowski jest przedstawicielem nauk przyrodniczych. Mówił o tym, że referat powinien mieć jeden prosty przekaz, że wstęp powinien stworzyć napięcie, potem powinien pojawić się problem i żeby starać się dotrzeć do każdego słuchacza. Ale żeby to osiągnąć, trzeba wiedzieć do kogo się mówi. A zakończenie powinno być rozwiązaniem problemu.

Z takim nastawieniem tego samego dnia poszedłem na spotkanie, które było tak reklamowane: „W poniedziałek 10 czerwca 2013 roku w Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie (…) drugie spotkanie seminaryjne z cyklu „Kultura pod pochmurnym niebem”. Tym razem (…) pod hasłem „Czy można wymyślić przyszłość? czyli o sensowności tworzenia lokalnych strategii i polityki kulturalnej.” Gośćmi CEiIK-u byli Bohdan Skrzypczak i Edwin Bendyk, w spotkaniu uczestniczyła też współautorka „Diagnozy kultury Warmii i Mazur” prof. Barbara Fatyga. Jak planować przyszłość w kulturze? Czemu ma służyć polityka kulturalna? Jakie są zagrożenia dla realizacji takich planów i jak je można przewidzieć?”.

Spotkało mnie spore rozczarowanie, bo nie zastałem tam tego, czego się spodziewałem. Poirytowanie wynikało w dużym stopniu… z nieuświadomienia sobie uczestnictwa w innej kulturze komunikacji. Irytowała mnie niedostrzeżona odmienność i podstawowe błędy w komunikacji. Ale te błędy wynikają z innego punktu widzenia. Być może wielu irytacji codziennych byśmy uniknęli, gdybyśmy zdawali sobie sprawę z wielokulturowości w jakiej żyjemy. I nie chodzi tylko o różne języki, różne narodowości – te dość łatwo dostrzegamy i identyfikujemy. Myślę o różnicach w sposobie myślenia, tradycji komunikacji, różnych stylów myślenia, różnych subkultur, czy na gruncie naukowym o różnicach między stylem nauk przyrodniczych (ścisłych) a np. humanistycznymi.

Moje irytacja wynikała z faktu…że nie potrafiłem być gościem w obcej kulturze i oczekiwałem tego samego co u siebie…

Narzekamy na wolne pociągi i opóźnienia. Narzekamy na nieefektywne spotkania, będące złodziejami czasu. Ale z drugiej strony czy wszystkie spotkania muszą być nastawione na maksymalną efektywność? Może „seminarium” jest tylko pretekstem do spotkania, bez wyraźnego celu? Spotkać się nie po to, aby osiągnąć jakiś cel merytoryczny, ale żeby pobyć ze sobą, licząc, że być może (ale nieobowiązkowo) coś z tego wyniknie.

Być może wielką sztuką we współczesnym wielowymiarowo wielokulturowym świecie jest umiejętne odczytanie różnych komunikatów i wyciągnięcie właściwych wniosków.  Ja nie umiałem poprawnie przewidzieć i odczytać, stąd moje rozczarowanie tym, że nie dostałem tego, czego się spodziewałem.

Można poniższe pisanie moje odebrać jako krytykę ale także jako wyraz niezrozumienia innej kultury spotkań. W jednej kulturze może być to antyprzykład „jak nie należy wygłaszać publicznie referatów”, ale w innej to może być przykładem dobrego spotkania. To samo a postrzegane zupełnie inaczej. Bo postrzegamy przez pryzmat innych, niewidocznych kultur społecznych. Dysonans wynikający z wielokuturowości. Moje niezadowolenie i rozczarowanie (temat obiecywał wiele) wynika z innego języka, i nie musiało być wspólne dla innych uczestników. W sumie byłem „obcokrajowcem”, z trudnością wczucia się w inną kulturę.

Dwójka prelegentów sugerowała, że być może będzie jakiś dialog. Nic z tych rzeczy. Najpierw mówił długo jeden (drugi się nudził, tak jak publiczność), potem była zmiana. Tytuł był dla mnie atrakcyjny ale zawartość była inna. W sumie były to drobne refleksje nad metodologią Foresigth, ale bez podsumowania, bez pokazania wypracowanej strategii i scenariuszy. Luźne dywagacje. Po co? Bez jasnego przekazu.

Był długi wstęp bez jasnego przekazu i rosnące poirytowanie przynajmniej jednego słuchacza. Moim zdaniem bardzo słaba komunikacja, stracony wstęp i stracona publiczność, trudno było to potem nadrobić. W sensie wystąpień publicznych duża porażka. 40 minut mówienia nie wiadomo o czym, bez jasnego przekazu. Ja spodziewałbym się wprowadzającego wstępu, jasnej tezy i dowodu tej tezy, ilustracji wywodów przykładami i konkretami. Było nie wiadomo o czym (słuchaczu zgadnij o czym mówię?), potem wywnioskowałem, że o metodzie i realizacji, takie luźne opowieści.

Nie rozumiem tej kultury spotkań. Zapewne są potrzebne. Żeby nie czuć dyskomfortu trzeba zaakceptować wielokulturowość i zamiast oczekiwać dopasowania świata do siebie, postarać się choć na chwilę wczuć w daną kulturę. Owszem, na spotkaniu padło sporo ciekawych stwierdzeń, więcej oczywiście w dyskusji. Wstęp dwóch prelegentów zbyt długi. Zupełnie niepotrzebny. Czuć było chęć podyskutowania, ale publiczność musiała odczekać obowiązkową, ponad godzinną prelekcję, aby móc się wypowiedzieć. Czy prelegenci czuli w obowiązku długo mówić, bo organizatorzy zapłacili, więc trzeba wypełnić czymś czas? Ale słuchaczom nikt za siedzenie nie płaci, więc im na przeciąganiu bynajmniej nie zależało...

Chyba prelegentom zabrakło przemyślenia co chcą powiedzieć. Takie tam pogaduszki jak na towarzyskim, przypadkowym i niezobowiązującym spotkaniu przy kawie. Tematem miało być myślenie strategiczne, kultura i rozwój regionalny. Seminarium w nazwie w realizacji wykład. Ale może tak „kulturowcy” i socjolodzy rozumieją seminarium?

Pierwszy prelegent – dr Bohdan Skrzypczak - bez kontaktu wzrokowego z publicznością. W efekcie było to głównie mówienie do siebie i do swoich notatek. Dr Skrzypczak dwa razy wstawał i rysował coś na tablicy. Było to ożywcze. Cały przekaz był dla mnie biologa hermetyczny i mało konkretny - czytanie danych z kartki. Czy prelegent wiedział po co to odczytuje czy tylko żeby się odbyło, żeby wypełnić czas lub żeby odbył się jakiś rytuał? Takie mgliste przeczucie, że coś powinno być, ale bez realnej umiejętności jak to zrobić? Tak to odebrałem. Po 15 minutach dopiero nastąpiło otwarcie się do publiczności, zarówno w słowach jak i postawie ciała (otwartej). Wstęp słaby, długi okres rozgrzewania. Zupełnie inna kultura i tradycja komunikacji. Oczekiwanie na spóźnialskich (rozpoczęcie 5 minut po czasie, a potem i tak wchodzili spóźnialscy). Ta niepunktualność wpisana chyba w tradycję. Mnie to irytuje.

We wstępie brak było czytelnego, jasnego przekazu. Nie było to tylko moje odczucie, bo po prelekcjach pierwszym pytaniem z sali było właśnie o to, co było przekazem, żeby streścić i wyłuszczyć. W czasie wystąpienie dr Skrzypczaka redaktor Bendyk zajmuje się aparatem. Ewidentnie nudzi się. Pewnie jak publiczność. Czeka na swoją kolej. Chyba dwugłos nie był przygotowany i przemyślany. Zaprosili dwóch i niech się coś dzieje. Szkoda czasu na takie spotkania. Ja wyszedłem po 3 godzinach, czyli tuż przed końcem. Trzygodzinne seminarium? Straszna rozrzutność czasu, zważywszy, że na końcu miasta, więc jeszcze trzeba doliczyć długi czas na dojście i powrót. Duża inwestycja w zabieganym życiu, oczekuje się wiec, że będzie warto. Nie było. Dla kilku trafnych myśli, w tym wypowiedzianych z sali?

Po 40 minutach sala szepcze. Po jakimś czasie swoje wystąpienie zaczął redaktor Edwin Bendyk, obietnicą że będzie krótko. To wzbudziło nadzieję i ożywienie na sali. Wywód pana Bendyka w większości klarowny i przejrzysty (choć nie było krótko, jak zapowiedział), z ciekawymi przykładami. I w miarę jasnym przekazem. Ale też nie bardzo wiadomo było po co. Wszystko przez brak wstępu i określenia ram i celu całego spotkania (nie myślę tu o organizatorach). Widać wprawę publicysty i lepszą komunikację – najwyraźniej trening pisania dziennikarskiego jest ważniejszy niż doktorat. Może więc naukowcy powinni więcej pisać w mediach (a nie tylko dla siebie w publikacjach) ?

Szkoła – same mury nie gwarantują tworzenia. Te dygresje były trafne i ciekawe. Bendyk był postawą ciała otwarty na publiczność i mówiący do niej. Zapamiętałem też coś o roli bibliotek, że gromadzenie, selekcjonowanie i udostępnianie informacji (charakterystyczne, że z wypowiedzi dr Skrzypczaka niczego nie zapamiętałem, tylko że gdzieś jacyś górnicy narobili bałaganu), biblioteki jako miejsce spotkania wokół treści, ale też selekcja informacji. 55 minuta minęła i Edwin Bendyk zboczył w chaos. Na moment. 60 minuta – sala już nie słucha. Bendyk werbalnie i postawią ciała (obrócona głowa i gestykulacja) zwraca się do kolegi przy stole prezydialnym, tamten potakuje głową, pełna utrata kontaktu z publicznością. 65 minuta powrót wzroku na salę. Była mowa o ACTA. 70 minuta, zakończenie - też bez jakiegoś wyraźnego podsumowania „może na razie tyle”. Boże, jakie na razie, ponad godzina!

Redaktor Bendyk stwierdził, że winny jest system, żeby coś zmienić trzeba stanąć obok systemu (ale żeby stanąć obok systemu, to trzeba zdefiniować ów system, same ogólniki nie wystarczą). Ustawianie się pod źródła finansowania, zmienić sposób myślenia.

Z sali pada pierwsze pytanie o główną myśl wypowiedzi prelegentów, bo słuchacz nie „załapał”. Ja zresztą też. Dyskusja ciekawa (zaczęła się po półtorej godziny) - wstęp referatowy ewidentnie za długi. Po dwóch krótkich pytaniach i niejasnych odpowiedziach, dłuższa wypowiedź obecnej prof. Fatygi – w zasadzie była to recenzja-komentarz wystąpień. Ocena nauczyciela lub ocena recenzenta. Może taka jest tradycja seminariów socjologicznych, ale dla mnie to nie pasowało, przynajmniej do tego spotkania otwartego dla publiczności (nieumiejętność wyjścia z własnej kultury i dostosowania się do sytuacji?). Bo sala chciała dyskutować. Sala oczekiwała konkretów, swoistego uporządkowania wiedzy o świecie, pomocy w zrozumieniu tego, co wokół nas i porad, co robić. Nawet na prowincji ludzie chcą zrozumieć co się dzieje, a kultura to przecież wprowadzanie ładu.

Widoczny był także swoisty konflikt pokoleń – młody słuchacz na smartfonie sprawdził w Google co to jest Foresight. Młodzi mówią krótko w kontraście do rozwlekłości prelegentów (zwłaszcza pierwszego). Sami używają języka z nawiązaniem do internetu… co jest niezrozumiałe dla starszego pokolenia.

Z sali w dyskusji wypływało znacznie więcej emocji, ożywczej i inspirującej emocji. Nie wystarczają ogólniki, że jacyś politycy czy enigmatyczny system jest winien. Młodzi chcą konkretów. Polityk z daleka jako swoisty kozioł ofiarny, przynęta na żer… ale publiczność nie poszła tym tropem, nie dała się zwieść tym „samograjem”, pytała o konkrety i polemizowała. Nie doczekałem końca, tuż przed upływem trzeciej godziny wyszedłem. Dyskusja była znacznie ciekawsze od referatowego wstępu do tej dyskusji.

Na podsumowanie kilka wniosków.

Wniosek 1. Są różne kultury, różne style, różne rytuały i kody komunikacyjne. Między nimi może być brak porozumienia. Kiedy jedziemy do innego kraju, gdzie ludzie się różnią wyglądem i językiem, gdy z przyczyn językowych mamy trudności z komunikacją, jesteśmy chyba bardziej otwarci na innych. Bo ta inność jest bardziej widoczna, namacalna. W społeczeństwie wielokulturowym, zwłaszcza gdy mówimy pozornie tym samym językiem, trudniej o dostrzeżenie tej inności, więc i łatwiej o irytację. Trzeba więc nauczyć się być gościem, ale to wymaga umiejętności rozpoznania różnych kultur, subkultur, różnych rytuałów. Ja się irytowałem, bo zbyt późno dostrzegłem różnice rytuałów, różnicę w stylu spotkań. Dla mnie tytuł obiecywał coś innego, i słowo seminarium obiecywało coś innego.

Wniosek 2. Umiejętność wystąpień publicznych jest bardzo potrzebna nie tylko pracownikom akademickim. Bez tego nie ma sprawnej komunikacji.

Wniosek 3. Prowincja jest ciekawsza i bardziej autentyczna, niż się sądzi. Tu też są ludzie oczekujący konkretów i objaśniania rzeczywistości. Samo pojawienie się "autorytetu", nie wystarczy. Musi ów autorytet mówić z sensem i na temat. Nawet w najmniejszej wiosce socjologicznie i kulturalnie coś kipi i tam też oczekuje się na zinterpretowanie świata. Na prowincji się żyje i dyskutuje. Szanuj słuchacza, nawet tego maluczkiego, z prowincjonalnego Olsztyna czy małej wioski.

Wniosek 4. Komentowane spotkanie jest i dla mnie nauką. Każdego słuchacza trzeba traktować poważnie i podmiotowo, a nie przedmiotowo.

Jedna ze słuchaczek zabrała emocjonalnie ale bardzo trafnie głos. Czuje, że coś się dzieje, coś się zmienia właśnie przez kulturę, ale oczekuje objaśnienia i wyznaczenia celów, ukierunkowania w działaniu, przekonania do czegoś. To jest być może motywacja przychodzenia na takie spotkania i seminaria. Oczy zwrócone na autorytety… a tam pustka i ględzenie. Stąd rozczarowanie.

Ale opisywane spotkanie może być odebranie inaczej, oto przykład z internetu:

"Bohdan Skrzypczak z Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL na podstawie swoich doświadczeń oraz dotychczasowych analiz przedstawił do dyskusji następujące tezy: 1.W dokumentach strategicznych brak wizji zmiany oraz procesów wspólnotowego/ społecznego jej konstruowania. 2.Scena lokalnej polityki kulturalnej powinna angażować nowych aktorów indywidualnych i grupowych. 3. W pracy nad polityką kultury warto zastosować reakcyjne i emancypacyjne metody „badania w działaniu”. 4. Dla większości instytucji kultury najważniejszym strategicznym priorytetem ich funkcjonowania jest skoncentrowanie się na aspektach technicznych działalności (finanse, budynki, wyposażenie), a nie tych związanych z sercem komunikacji międzyludzkiej. Z kolei Edwin Bendyk, dziennikarz, publicysta i pisarz pracujący w tygodniku „Polityka”, omówił możliwość wykorzystania metody FORESIGHT’u* w planowaniu przyszłości. Wg tej metody, dzięki zbiorowemu wysiłkowi intelektualnemu ekspertów i uczestników danego procesu da się w dużym stopniu przewidzieć nie tylko trendy i kierunki rozwoju, ale również potencjalne zagrożenia i ślepe uliczki. Metoda ta stosowana w planowaniu strategicznym, z pewnością może mieć zastosowanie w kreowaniu polityk kulturalnych samorządów lokalnych. Wystąpienia te były punktem wyjścia do gorącej dyskusji. (...). "

Przeczytaj też inne refleksje z tego spotkania

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • Gość: [Zołzikiewicz] *.dynamic.chello.pl

    No uff... żem doczytał.Owszem bardzo rzetelne podejście do tematu , chyba równie trudne jak ten referat.Z pewnością lepsze i bliższe kulturowo są wykłady profesora honoris kałza Wałensy.Jego siem dobrze słucha i weselej jest.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci