Pogawędki prowincjonalnego profesora biologii ze swoimi studentami i uczniami. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. Kształcąc innych sam się rozwijam, pod wyrozumiałym okiem studentów. I o tym właśnie chciałbym opowiadać.
Creative Commons License
Blog > Komentarze do wpisu

GMO i problem pseuodokumentalnych materiałów dziennikarskich

Informacje potwierdzone naukowe dodają wiarygodności przekazom nie tylko medialnym. Dlatego prasa, radio, telewizja czy media internetowe coraz częściej powołują się na badania naukowe lub dołączają wywiady i wypowiedzi naukowców. Jednak często/czasami (niepotrzebne skreślić) dziennikarze zwracają się do naukowców nie po informacje ale… po uwiarygodnienie – potrzebują dekoracji naukowej, niczym paprotka na stole prezydialnym (tłumacząc się często brakiem czasu). Ale czasem lakoniczna forma wynika z gatunku „literackiego”. Jeśli nie potrafimy odróżnić tych różnych gatunków medialnego przekazu i gatunków literackich, dość łatwo o irytację i nieporozumienie. A że media towarzyszą nam w każdym miejscu w domu i w pracy, nic dziennego, że rozumienie mediów uznano za jedną z ważniejszych kompetencji XXI w.

Niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że dziennikarz zwracający się do naukowca już swoje wie. Nie szuka rozwiązania problemu, nie szuka zgłębienia tematu czy odpowiedzi. Potrzebuje tylko potwierdzenia swoich racji/pomysłów/tez (właściwe podkreślić), potrzebuje tylko uwiarygodniającej ilustracji.

Jeśli rozejrzeć się po współczesnych mediach to łatwo zauważyć modę na pseudodokument. Pseudodokument to relacja prasowa, radiowa, telewizyjna, wyreżyserowana, z aktorami, ale stylizowana na materiał dokumentalny. Zamiast reportażu czy materiału popularnonaukowego taki właśnie pseudodokumet. Czasami oparty na faktach, czasami jest całkowitą fantazją ale z dużą dozą prawdopodobieństwa zaistnienia. Czyli coś pośredniego między literaturą a nauką. Bo w literaturze także staramy się zawrzeć (a potem odczytać) prawdę o świecie nas otaczającym. Używany jest tylko innych język - bardziej symboliczny. Przy odczytywaniu wymagana jest interpretacja.

Nauka dąży do uogólnień. Swoim językiem stara się zobiektywizować przekaz. W publikacjach naukowych  piszemy więc „zbadano, analizowano, wynika”, zamiast „zbadałem, analizowałem, wywnioskowałem”. W przekazie literackim uogólnienie i uniwersalność skrywa się za fikcyjnością postaci. Nie odnosimy ich do osób realnych, ale symbolicznych. Tak jak w bajkach.

Moda na pseudodokumnenty wynika z wiarygodności dokumentu. Stąd w formie pojawia się metoda „ukrytej kamery”, czarno-biały obraz (niczym z kamery przemysłowej), amatorszczyzna, zamierzone niedoskonałości niby nieobrobionego materiału. Wszystko to ma sprawiać wrażenie, że uczestniczymy w czymś w pełni autentycznym, podglądając przez dziurkę od klucza, że uczestniczymy w wywiadach i rozmowach na żywo. Język zbliżony jest do potocznego, także w swojej niedoskonałości. Zatem pseudodokumentalne materiały, będą jakąś formą literatury faktu?

Moje kontakty z mediami są różnorodne tak jak różnorodne jest życie. Czasem ktoś autentycznie pyta, bo szuka odpowiedzi, bo chce sobie wyrobić zdanie, pogląd, bo chce się po prostu dowiedzieć. Ale czasem pyta tylko pozornie, tak na prawdę potrzebuje „paprotki”. Nie słucha sensu odpowiedzi, bo chce mieć tylko jakiś urozmaicający i uwiarygodniający element z naukowcem w tle.

Druga sprawa to nauczyć się rozumieć media i nawiązać dialog. Skoro z przyczyn technicznych w materiale filmowym znajdzie się tylko 20-30 sekund wypowiedzi, to po co półgodzinny wykład? Tylko utrudniłbym dziennikarzowi wybranie najistotniejszej kwestii, wskutek czego w relacji znaleźć się może zdanie zupełnie wyrwane z kontekstu, nijak nie odzwierciedlające poglądu wypowiadającego się. Chcę przez to podkreślić, że nie tylko dziennikarze muszą się uczyć współpracy z naukowcami, ale i że naukowcy muszą zrozumieć media, ich specyfikę i zrozumieć formę wypowiedzi. Wiem, nie jest łatwo zawrzeć w kilku zdaniach sens złożonego zjawiska. W krótkim przekazie każde słowo jest ważne. A naukowcy zaskakiwani są trudnymi pytaniami w różnych sytuacjach i trzeba błyskawicznie udzielić sensownej odpowiedzi. Jak uczeń wyrwany nagle „do tablicy”. Ta trudność sprawia, że naukowcy czasem nie odpowiadają na dziennikarskie telefony, zwlekają z odpowiedziami przez kilka dni, żądają autoryzacji dla spraw błahych. Za brak obecności nauki w codziennych mediach… współodpowiedzialni są i naukowcy, … przez swoją nieudolność w kontaktach z dziennikarzami.

Cieszy obecność ważnych problemów naukowych między pietruszką, pampersami i pastą do butów. Ale smuci lakoniczność wypowiedzi, przetworzenie przekazu i zupełnie inna kompozycja treści. Ale może tak musi być? Może inaczej się w "brukowych" mediach nie da przedstawiać ważkich zjawisk, którymi zajmują się naukowcy? Może przekaz musi być prosty i krótki, bo wynika ze specyfiki odbiorcy i kontekstu. Przecież czytelnik-odbiorca nie przyszedł się wysilać i uczyć, dowiaduje się o czymś na marginesie swoich codziennych spraw, zakupów, drugiego sniadania itd. Może muszą być więc spłycenia, skróty i uproszczenia, tak rażące naukowców?

W tym kontekście rozróżnianie gatunków „literackich” jest szczególnie ważne dla naukowców, żeby rozumieli otaczający ich społeczny świat i rozumieli język wypowiedzi. Nie wszystko jest napisane/wypowiedziane w stylu i formie publikacji naukowej. Nawet naukowiec powinien umieć rozróżniać odmienne style wypowiedzi, tak jak umieć komunikować się w różnych językach. Przecież nie oburzamy się na konieczność komunikowania się w językach obcych. Być może przez swoje zewnętrzne podobieństwo język naukowy i paradokumentalny w warstwie powierzchownej odbieramy jako tożsamy? Nie odbieramy go i nie interpretujemy jako swoisty język ciała (pozawerbalny). Stąd wzajemne niezrozumienie przekazu naukowców i dziennikarzy. Tylko pozornie te grupy mówią tym samym językiem.

Nauka musi i nauka trafia pod strzechy… a właściwie do prasy "brukowej". Ale lepiej, żeby te media i ich odbiorcy edukowali się powoli, acz systematycznie, nie zaś sama nauka się tabloidyzowała. Jest to misja i zadanie szczególne, mieszczące się w zakresie otwartej nauki i kształcenia ustawicznego, pozaformalnego.

Przykład jeszcze świeży z Naszego Olsztyniaka (gazeta bezpłatna z reklamami, ukazująca się dwa razy w tygodniu). Z racji formy i celu, nie należy spodziewać się tu długich wywodów filozoficznych. Za wszystko płaci reklamodawca, także za powstające krótkie teksty paranaukowe. Cieszmy się więc zainteresowaniem sprawami naukowymi i objaśnianiem świata. Mimo że czasem wymieszane jest to w formie i treści.

Czytając tekst, wciśnięty między inne paranaukowe i paramedyczne dziwności i reklamy, można byłoby odnieść wrażenie, że jest to reportażowy zapis rozmowy/dyskusji, jaka odbyła się między kilkoma naukowcami. A przecież to jest tylko pseudodokumentalny kolaż, zabieg artystyczny, kompozycja przetworzona, swoista dla literatury faktu, faktem jednak nie będąca.

Zadzwonił do mnie dziennikarz i przez telefon kilka minut porozmawialiśmy. W tekście zawarta jest próba oddania sensu mojej wypowiedzi a nie wierny zapis wypowiedzianych słów. Nie wiem czy do pozostałych bohaterów „dyskusji” dziennikarz zadzwonił, czy tylko skorzystał z jakiegoś dokumentu drukowanego. Wypowiedzi skomponował w całość. A ja swoje „wypowiedzi” zobaczyłem w zupełnie innym kontekście, innej całości. Stąd zdziwienie. I dostrzegalna mniejsza lub większa rozbieżność między moimi intencjami a finalnym obrazem. Nie zawsze dziennikarzowi dobrze uda się uchwycić sens wypowiedzi swojego rozmówcy, stąd poczucie rozbieżności. Ale za to ewentualne niezrozumienie odpowiedzialny jest w jakimś stopniu również udzielający wywiadu (nawet telefonicznego). Jako naukowcy musimy nauczyć się mówić zwięźle i jasno. Musimy się nauczyć rozumieć media i się z nimi skutecznie komunikować.

Przykładowy powyższy tekst z Naszego Olsztyniaka nie jest dokumentem sensu stricte. Studenci i naukowcy muszą się nauczyć rozumieć i rozróżniać rozmaite style komunikacji i wypowiedzi publicznych. Wiersz różni się od powieści czy dramatu teatralnego w formie, choć może zawierać ten sam przekaz, ten sam zamiar artystyczny. Dlaczego musimy rozróżniać formy przekazy mediowanego? Bo jest co w coraz większym stopniu element komunikacji międzyludzkiej współczesnego, cyfrowego świata. A z perspektywy uniwersytetu jest to forma upowszechniania wiedzy i kształcenia ustawicznego.

Musimy nauczyć się obsługiwać nie tylko mikrofon czy rzutnik multimedialny na sali wykładowej, ale i język komunikacji z mediami. Źle używany mikrofon buczy, huczy lub głosu na sali nie słychać. Więc aby być słyszanym trzeba nauczyć się obsługi tego urządzenia technicznego. A jeśli chcemy, aby uniwersytet w swym pozaformalnym, edukacyjnym przekazie był słyszany w społeczeństwie, my naukowcy musimy nauczyć się komunikować z dziennikarzami. Zaczynając od rozróżniania stylów wypowiedzi. Tak, żeby wchodząc w rolę recenzenta nie zarzucać, że powieść słaba bo rymu nie ma…

Prawie jak język ciała – by rozumieć rzeczywistość, pośród kompetencji XXI wieku wymienia się rozumienie mediów. To właśnie w tym semestrze chce robić ze studentami biotechnologii na zajęciach z autoprezentacji.

niedziela, 19 lutego 2012, sczachor

Komentarze
Gość: zaciekawiony, ebu226.internetdsl.tpnet.pl
2012/02/19 20:38:58
Przypomina mi to historię pewnej sołtysowej, do której przyjechał dziennikarz Faktu. Pokręcił się po okolicy, popytał o różne rzeczy i poprosił czy może zrobić jej zdjęcie na tle Wisły. Sołtysowa się zgodziła a następnego dnia zobaczyła się w artykule opisującym wieloryba który miał wpłynąć do Wisły. I tu tak samo, zadzwonił żeby wydusić parę ogólnikowych zdań, które można wsadzić do artykułu.
-
2012/03/24 10:46:00
Że ważnym jest, aby dziennikarz postarał się przynajmniej trochę zrozumieć, o co chodzi w badaniach naukowca, z którym rozmawia, nie jest oczywiście tajemnicą. Ale nader często, podejrzewam, naukowcy też z dziennikarzami nie potrafią rozmawiać. Dlatego z jednej strony bawi, a z drugiej trochę przeraża "Instrukcja obsługi dziennikarza naukowego", która wisi na stronie polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych.
-
2012/03/24 12:03:04
Zgadzam się z tym, ze wielu naukowców (może nawet zdecydowana większość) nie potrafi rozmawiać z dziennikarzami. Ważne jest, aby podreślać wagę takiej umiejętności... i to, że się tego można nauczyć. Trzeba tylko chcieć. Za jakość komunikacji odpowiedzialne są obie strony.