Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Dzisiaj jest Dzień Kropki

sczachor

thedot2Dzisiaj jest Dzień Kropki, która poruszyła świat edukacji. Jedna kropa a skutek duży. Dzisiaj, to znaczy 15. września… ale i każdego dnia w roku. Kiedykolwiek tu zajrzysz, traktuj, że akurat dzisiaj jest ten wyjątkowy dzień.

Kropka trafiła na podatny i przygotowany grunt wśród nauczycieli. Była oczekiwana. The Dot Petera Reynoldsa (jest już polskie tłumaczenie) wywołała dobra lawinę. Pięknie opowiedziana historia o kropce i budzeniu talentów (koniecznie przeczytaj te historię). Wszelakich talentów. Bądź środowiskiem przyjaznym by z byle kropki rozwijały się talenty. Kropka postawiona na kartce, na dachówce, kamieniu czy starej butelce. I nie musi to być akurat 15. września.

Kropka to przykład jak dobro się replikuje. Niczym bakterie, grzyby, rośliny czy zwierzęta. Zło także się replikuje. Odkryj swoją kropkę i powielaj (replikuj) dobro. Odkryj swój talent i odkrywaj talenty innych.

Dzisiaj jest dobry dzień. Postaw swoją kropkę i poczekaj na mądrego nauczyciela. Albo od razu sam nim bądź.

Żółta żaba, tym razem w Sorkwitach

sczachor

ta_aba_2Tytuł niczym z kryminału albo powieści sensacyjnej o wilkołaku, paskudzie z Zalewu Zegrzyńskiego czy pumie ze Śląska. Wbrew pozorom to literatura faktu a nie fikcji. Otaczająca nas przyroda pełna jest niezwykłych zagadek i frapujących tajemnic.

A było to tak. Z wczoraj samego rana pan Krzysztof Kempisty napisał „Panie Profesorze, Cóż to za zwierz?” , załączając link do zdjęć z profilu „Stanica Wodna PTTK Sorkwity” , z dnia 6. września 2017 r. Pod zdjęciami był podpis „Pojawiła się żółta żaba na stanicy. Czy ktoś coś wie na temat tego gatunku?”

No tak, żółta żaba to niecodzienny widok na Mazurach. Tyle różnych gatunków obcych, inwazyjnych i egzotycznych, że i może ktoś żółtą żabę zawlókł do nas? Ze zwierzęciem tym już się spotkałem. Ponad dwa lata temu pisałem żółtej żabie: „Żółta żaba z dojlidzkiego stawu co zamieszania narobiła”  To albinotyczna forma żaby zielonej, naszego rodzimego i pospolitego gatunku. Sama w sobie niezwykła, bo rzadko spotykana.

Skąd się wzięła w Sorkwitach? Przywędrowała z okolic Białegostoku? Mało prawdopodobne. Chyba, że ktoś specjalnie przewiózł. A może kolejna mutacja i samoistne, naturalne powstanie płaziego albinosa? Czy dawniej też tak bywało? A może teraz jakieś specjalne warunki w środowisku panują, że takie niezwykłe formy się częściej pojawiają? Trudno powiedzieć. Dzięki internetowi i globalnej wiosce być może tylko więcej widzimy zbiorowym okiem i łatwiej się o tym informujemy?

W każdym razie zagadka przyrodnicza i ogromna ciekawostka. Czy albinotycznej, żółtej żabie będzie łatwiej przetrwać niż zielonym krewniakom? A może wręcz przeciwnie – szybciej zginie jako „odmieniec” na dodatek łatwo zauważalny?

ta_aba_1

ta_aba_3

Modliszka pod Ełkiem

sczachor

modliszka

"Szanowny Panie Profesorze! Przeglądając informacje o modliszkach, natrafiłem na Pana artykuł, mówiący min. o tym,że modliszka na północy Polski to rzadkość. Pozwoliłem sobie, przesłać Panu, jedno ze zdjęć, zrobionych dziś tj. 10 09 2017 r niedaleko Ełku nad jeziorem Selment Duży. Mam nadzieję, że przyda się w pracy naukowej. Z wyrazami szacunku Jerzy Owsianka."

Jakkolwiek do pracy naukowej mi się nie przyda, bo zajmuję się nieco inna grupą owadów, to do popularyzacji wiedzy na pewno. A umieszczone dane dokumentacyjne z pewnością wykorzystają inni specjaliści. Zatem z całą pewnością się przyda. Dziękuję i pozdrawiam.

Zmiany klimatu uwidaczniają się nie tylko w katastrofalnych zjawiskach pogodowych ale i w zmianie zasięgu występowania gatunków. Modliszka jest gatunkiem południowym i ciepłolubnym. Wcześniej jej tu nie było, teraz cieszy oko przyrodników. Niezwykłe owady można oglądać na spacerze a nie tylko w książkach czy filmach przyrodniczych. 

Miejcie oczy szeroko otwarte, przyroda się zmienia. Nieustannie. Warto te zmiany dokumentować i opisywać. To na podstawie tych danych można będzie wyciągać wnioski co do zmian i zjawisk bardziej ogólnych. Nauka to przede wszystkim praca zespołowa. A w dobie trzeciej rewolucji technologicznej uczymy się nowych, szybszych form komunikacji. 

 Czytaj także:

Inspirująca animacja z parku i ulicy czyli patrzące drzewa i mówiące kamienie

sczachor

Oczy_drzewaSpacerując ulicami Starego Miasta (Olsztyn) któregoś dnia zauważyłem białe kamienie z napisami. Leżały w różnych miejscach. Zaintrygowały mnie. Pomyślałem, że to jakiś sympatyczny street art anonimowego artysty. Leżały sobie dyskretnie gdzieś na parapecie, w klombie czy pod ścianą na chodniku. Słowa wypisane na kamieniach, pobudzały do refleksji. Dopiero przypadkiem, w parku, pod drzewem z oczami, od pań z MOK-u dowiedziałem się, że te kamienie to rezultat jednej z animacji i warsztatów, przeprowadzonych w Starym Spichlerzu. Była to „Skrzynia dobrych słów” czy „Skrzynia życzeń”, nazwa uleciała mi z pamięci.

Ale inspiracja nie uleciała. Do tej pory malowałem na kamieniach (i dachówkach) owady, rośliny i inne przyrodnicze motywy. Kamienie i dachówki zostawały w przestrzeni publicznej (np. jedna z dachówkowych wystaw prezentowana będzie na wrześniowych Olsztyńskich Dniach Nauki i Sztuki przed budynkiem Biblioteki Uniwersyteckiej). Ale żeby umieścić pojedyncze słowa lub frazy i przemawiać nie tylko obrazem? Czemu nie, trzeba spróbować.

I spróbowałem. Najpierw na małym plenerze w Zastawnie (Ekofarma Vitalis), potem na plenerze w Morągu przy okazji regionalnego jarmarku. Oraz w Olsztynie (uzupełniając malowaniem napisów na fragmentach dachówek i starej glazury). I pomysł znalazł wielu naśladowców-kontynuatorów. Kamienie ze słowami włączyły się do społecznie zaangażowanych działań. Dyskretnie mówią o swoich życzeniach. Niczym biologiczny wektor przeniosłem kamienne „memy” do Elbląga, Morąga, Olsztyna (bo znajomym olsztyniakom bardzo spodobał się pomysł rozwijający się w Morągu).

A całkiem niedawno, na plenerze i wykładzie w lidzbarskiej Oranżerii Kultury, do kilku dachówek dodałem pojedyncze napisy. Liczę, że zostaną te dachówki umieszczone w publicznych ogrodach i staną się elementem gry terenowej. Tak jak Molariusz Warmińsko-Mazurski w czasie Europejskiej Nocy Naukowców.

A co z tymi drzewami, które patrzą? Gdzieś w internecie znalazłem zapowiedź małej akcji w olsztyńskim Parku Centralnym. Było coś o drzewach, nadawaniu imion i oczach. Wraz z rodziną i znajomymi wybraliśmy się zobaczyć co to takiego. I co widzą drzewa. Okazało się, że to również animacja rodem z Miejskiego Domu Kultury. Bardzo inspirująca i sympatyczna zabawa w parku, z elementami sztuki i dyskretnej edukacji środowiskowej (ekologicznej). Pomagając przyczepić oczy, po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat wspiąłem się na drzewo. Niczym na podwórku za szczenięcych lat. Czy park może być miejscem wszechstronnej edukacji? A i owszem, może. Wiele osób przechodziło i z zainteresowaniem przyglądało się wywieszonym na drzewach tabliczkom.

Drzewa otrzymały imiona. A my, spontanicznie domalowaliśmy im oczy. Żeby mogły patrzeć i opowiadać o tym, co widzą. Ciekawe co słychać u Natalii Wierzby i innych, nazwanych imionami, drzew. Z imionami nie są już tak anonimowe, nieznane, nieważne. Zostały społecznie adoptowane.

Kamienie ze słowami zainspirowały mnie skutecznie. A drzewa? Ziarno inspiracji zapadło w moim umyśle i niczym zarodnik-propagula spoczywa w „glebowym banku nasion”. Czeka na impuls, sygnał środowiskowy i odpowiednie warunki. Wtedy wykiełkują. I być może znowu wydadzą zwielokrotniony plon.

A co to takiego ten glebowy bank nasion? Termin biologiczny i ekologiczny, poszukaj, bo to ciekawy problem i wiele Ci rozjaśni o funkcjonowaniu ekosystemów.

Więcej zdjęć z animacji w parku: https://www.facebook.com/stanislaw.czachorowski/media_set?set=a.10212073414144002.1073742137.1634050064&type=3

Superbelfrzy i konektywizm czyli Edukacyjna Moc On-Line

sczachor

21192330_1690839237653508_2404539666702252848_n

Co to jest konektywizm? Kim są Superbelfrzy i co to jest EduMoc?

Superbelfrzy RP (Rzeczypospolitej Polskiej) to grupa aktywnych i innowacyjnych nauczycieli. Sami się zorganizowali, działają sprawnie choć nieformalnie. Uczą się w działaniu i zespołowo. Działają w sieci ale i spotykają się na rzeczywistych spotkaniach, przy okazji różnorodnych konferencje edukacyjnych jak i na szkoleniach czy konferencjach samodzielnie organizowanych. Jest to ruch całkowicie oddolny, samodzielny i społeczny. Występują w roli nauczających jak i jednocześnie uczących się (nauczeństwo jak się patrzy). Poznają nowe środowisko edukacyjne, wykorzystują technologie IT, myślografię i wiele innych prostych ale nowatorskich metod i narzędzi (także analogowych, zrobionych z recyklingu). Są nauczycielami a zarazem doradcami metodycznymi i konsultantami. I eksperymentują. Przede wszystkim na sobie. Są więc poznawczo odważni. I zafascynowani szkołą XXI wieku. I na koniec coś w odniesieniu do konektywizmu: są zbiorową, współpracująca w sieci, mądrością (wiedzą) rozproszoną. 

I oto Superbelfrzy RP po raz drugi organizują własną konferencję. Otwartą dla wszystkich choć liczba miejsc jest ograniczona. Udział jest bezpłatny i on-line - zatem dostępny dla każdego, nawet z odległej prowincji. Też w tej konferencji o niezwykłej Mocy Edukacyjnej wezmę udział. W tym roku to będzie moje trzecie aktywne uczestnictwo w internetowej konferencji. Zupełnie nowa rzeczywistość, której trzeba się nauczyć. Ale będę się szkolił w doborowym towarzystwie: odważnych i pozytywnie myślących nauczycieli

Nieco zabawne jest to, że naukowiec uczy się nowych form komunikacji od nauczycieli. Teoretycznie powinno być odwrotnie. Ale mamy zupełnie nową rzeczywistość trzeciej rewolucji technologicznej. Lubię się uczyć. Zwłaszcza od autentycznych, zafascynowanych i pozytywnie zakręconych edukatorów. 

21231568_1690839120986853_5267969837025454525_n

Konferencja EduMocOnline to impreza organizowana przez Superbelfrów RP, złożona z szeregu równocześnie odbywających się webinariów (wideokonferencji), spotkań, warsztatów i wykładów. Przez 12 godzin webinaria będą prowadzić nauczyciele z udziałem specjalistów z dziedzin związanych z edukacją, pracowników naukowych uniwersytetów oraz gości specjalnych, Martina Ebnera z Austrii i Hansa de Four z Belgii.

Wśród tematów konferencji znajdą się:

  • Edukacja Mobilna
  • Nowoczesne technologie na rożnych przedmiotach
  • Ocenianie
  • Promocja szkoły
  • Otwarte zasoby edukacyjne
  • Relacje w edukacji
  • Edukacja w oparciu o projekty Interdyscyplinarne projekty społecznie zaangażowane
  • Programowanie i kodowanie
  • Dyskusja panelowa "Co z tą szkołą?"

Więcej na stroni: http://www.superbelfrzy.edu.pl/edu-moc-online-2017/

oraz w facebookowym wydarzeniu: https://www.facebook.com/events/1580126902007630/

55 malowanych dachówek w Oranżerii Kultury czyli synergia

sczachor

dachowkaodwagiTytułowych 55 dachówek zostało pomalowanych drugiego września 2017 r. (coś na sympatyczne rozpoczęcie roku szkolnego) w Oranżerii Kultury w Lidzbarku Warmińskim. Stare dachówki pochodziły z różnych domów w Lidzbarku. Ale to dopiero początek przygody z dachówkami.

Głównym tematem spotkania była różnorodność biologiczna w ogrodzie. Dlatego malowaliśmy kwiaty, owady, ptaki. Czyli wszystko to, co w ogrodzie można spotkać. Malowaniu towarzyszyły opowieści. Ale więcej było malowania niż rozmów o bioróżnorodności. Poczucie sprawstwa (mogę pływać na świat i są od razu widoczne efekty) wciąga i mocno angażuje. Uczestnicy w większości przyszli rodzinnie. Rodzice przyprowadzili dzieci ale sami się mocno zaangażowali w rozwijanie dawno zapomnianych pasji (zobacz więcej zdjęć z malowania w Oranżerii Kultury ).

Każdy może malować. Bo głównym celem jest spotkać się w przestrzeni publicznej i być razem. Kiedyś spotykaliśmy się by drzeć pierze, łuskać fasolę czy szatkować kapustę. Teraz nie mamy takich agrarnych możliwości więc wymyślamy nowe. Bo człowiek jest istotą społeczną. Malowaliśmy na starych już nie potrzebnych dachówkach. Cel dwojaki: aby w tle pokazać, że nie ma rzeczy niepotrzebnych i nie tylko recykling ale i reusing ma sens. W tym przypadku to nawet upcykling. A po drugie, w nawiązaniu do surowca z odzysku, wyrzuconego… pokazać, że nie ma ludzi zbędnych i niepotrzebnych. I rzeczom i ludziom niechcianym można nadać nowy sens. A może raczej go odszukać. I można o tym wzniośle i uczenie mówić. A można działać i uczestniczyć, zamiast słuchać przeżywać i doświadczać.

Przy okazji takie wspólne, rodzinne malowanie to ośmielenie do sztuki. Głównie dorosłych, bo dzieci szybciej i łatwiej się angażują. Są bardziej otwarte i odważne. Ale jak wynikało z rozmów i wpisów do pamiątkowej kroniki, dorośli odkryli w sobie dawno zapomnianą radość z malowania. I że potrafią, że jest to przyjemne. Radość widoczna była w oczach i artykułowanych wypowiedziach. Jest sens się spotykać – malowanie jest tylko pretekstem do rozmów o świecie i o wartościach. Dzieci są bardziej śmiałe w eksperymentowaniu, bez skrępowania, „marnują” dużo farby. Dorośli bardziej przewidują przyszłość, stąd oszczędniej używają farb. Nie chcą, by się marnowało. Wiedzą, że wszystko kosztuje czas i pieniądze.

Dzieci nie mają takich oporów. Eksperymentują, malując nawet palcami. Są odważniejsze i nie boją się, że coś zepsują. A nadmiar farby brudzi nie tylko ceratę, ale i ubrania. Praca z dziećmi jest trudniejsza. Wróciłem z poplamionymi spodniami i koszulą. Na pewno nie tylko ja...

Fajnie mieć dzieci, przy których można się otworzyć. Dorośli w pojedynkę może mniej śmiało by przyszli. Dziecko jest swoistym alibi, dodaje odwagi, łatwiej się wycofać, gdyby atmosfera była mniej przyjazna (ja tylko przyprowadziłam dziecko na zajęcia …). Dzieci ośmielają dorosłych w otwarciu się i spróbowaniu tego, czego się dawno nie robiło. I pomagają odkrywać przyjemność z malowania i odkrywania swoich talentów. Wniosek taki, że edukacja pozaformalna w grupach różnowiekowych i pokoleniowych ma sens.

W przestrzeni publicznej maluję już od dawna. Sztuka jest tylko środkiem – celem jest spotkanie w przestrzeni publiczne i rozmowy z wykorzystaniem różnych kanałów. O głębszym sensie takich warsztatów lub nietypowych wykładów pisałem już wielokrotnie i prezentowałem na Festiwalu Filozofii. Zacząłem malowanie na butelkach (z recyklingu, znalezionych w lesie i jeziorze). Ale farby do szkła dłużej schną. Dobrze się pracuje z dorosłymi lecz z dziećmi jest to trudniejsze (więcej wybrudzonych ubrań, rąk i twarzy). Od kilku lat maluję na kamieniach i starych dachówkach. Farby akrylowe szybciej schną, co jest ważne w przypadku udziału dzieci. Mniej się brudza i łatwiej wyczyścić ze skóry i ubrania.

W tym roku malowanie kamieni nabrało wymiaru społecznego. Na przykład Kamienie z Morąga są społecznie zaangażowane.

A co się stanie z 55 dachówkami z Oranżerii Kultury? Zostaną polakierowane i wystawione. Albo w formie daszku albo zostaną poumieszczane między kwiatami w ogrodach. Będzie okazja na kolejne spotkanie, tym razem autorzy przybędą na wernisaż. Z liczną publicznością. Być może dachówki lidzbarskie posłużą do zainscenizowania gry terenowej z ukrytym, tajemniczym przekazem (zobacz Molariusz na Nocy Naukowców). Się okaże.

Wspomniałem w tytule o synergii. Spotkanie ludzi otwartych i dyskutujących (nie tylko werbalnie) tworzy nową wartość. Coś dodanego, coś co jest więcej niż sumą pojedynczych pomysłów. Ludwik Fleck pisała o tym jako kolektywie myślowym (odnosił do nauki). Sam pomysł malowania kamieni z naciskiem na edukację nie tylko przyrodniczą jest efektem synergii, powstałej na wielu spotkaniach. Tak i teraz wykorzystanie dachówek w Oranżerii Kultury dojrzewa, jako efekt synergii. Niebawem zobaczymy co się z tego wylęgnie. Na pewno coś społecznie wartościowego i pięknego.

wpisydachowkowe

Europa - odważna, młoda dziewczyna w pociągu

sczachor

10364144_10203055451300567_4119936243852824499_nPociąg z prowincjonalnego miasta. W pociągu młoda dziewczyna, bez biletu, bez znajomości języka polskiego, bez polskich pieniędzy i bez karty kredytowej. Uśmiechnięta i odważna, kontynuuje swoją podróż. Na szczęście żyjemy w Europie i kulturowym, życzliwym otwarciu na innych.

Znała jedynie grzecznościowy zwrot „dzień dobry”, a potem po angielsku poprosiła konduktora o bilet. Najwyraźniej nie zrozumiał. Młoda kobieta zwróciła się do podróżnych, z prośbą o pomoc. Ta szybko nadeszła. Odważna dziewczyna. Z pomocą przygodnego pasażera wyjaśniła, że nie ma biletu i chce kupić do Warszawy. Oraz że nie ma polskich pieniędzy tylko euro. Nie miała też karty kredytowej, więc nie bardzo jest jak sprzedać jej bilet. Ale konduktor podrapał się po głowie i znalazł rozwiązanie. Życzliwość i zrozumienie dla podróżującego obcokrajowca.

Kocham taką Polskę, życzliwą i otwarta na innych, podróżujących. Niestety, to tylko fragment, ten lepszy, Bo przecież zdarzają się i pobicia, chamskie zaczepki w miejscach publicznych, z jawną niechęcią dla obcych i imigrantów. „Polska dla Polaków” oznacza po prostu „Polskę dla buraków”. Ale na taką wizję na szczęście nie ma powszechnej zgody. Polska jest zintegrowaną częścią Europy (Unii Europejskiej), strukturalnie, kulturowo i duchowo. A buraki? Byli, są i będą. Różnorodność kulturowa każdego narodu. Byleby tylko nie zawłaszczali Polski, narzucając swoją strachliwą i agresywną niechęć. Przeciętni ludzie są życzliwi i otwarci. Są gościnni. Wbrew telewizyjnej propagandzie i mowie nienawiści. 

Póki co cieszę się, że odwiedzają nas młodzi ludzie i z poczuciem bezpieczeństwa wsiadają do publicznego pociągu, zdając się na otwarcie i życzliwość „tubylców”. Czyli nas. My też przecież często podróżujemy i oczekujemy od gospodarzy życzliwej pomocy.

Wspólna europejska tożsamość. Widoczna wśród zwykłych ludzi w prowincjonalnym mieście. 

A zdjęcie ślimaka na polbkruku? To pamiątka z sympatycznego pikniku na uniwersytecie, z dowcipnymi, młodymi ludźmi. Graliśmy w kapsle, tak jak kiedyś na podwórku. Ślimak się do nas dołączył. Życzliwie przyjęliśmy jego obecności i powolne podróżowanie, po wyznaczonej trasie. 

Europa ma różne oblicza. Pierwszego września przypominamy sobie rok 1939. To gorsze oblicze naszego kontynentu. Oby nigdy nie wróciło... Doceniam Unię Europejską jako znakomity pomysł i projekt na Europę bez wojen, z uśmiechniętymi dziewczynami, bezpiecznie podróżującymi po różnych zakątkach naszej wspólnej ojczyzny. Lub młodymi mężczyznami, grającymi dla rozrywki na podwórku w kapsle. I dyskutującymi.

 

O chruściku z Jeziora Czarnego. Edukacyjne i przyrodnicze opowieści dla całej rodziny.

sczachor

chruscik_edukacyjny1Zbliża się Europejska Noc Naukowców. Na tę okazję, wspólnie z pedagogiem i pisarką Anną Mikitą, przygotowałem coś specjalnego, odnoszącego się do chruścików. Wszystko zaczęło się nad olsztyńskim Jeziorem Czarnym, które nieco wylało i podtopiło pobliskie ławeczki. Tak narodziła się opowieść o chruściku, Bagieńcu z Jeziora Czarnego. Pomysł wykrystalizował się w czasie Tygodnia Bibliotek, gdy malowaliśmy mole książkowe na starych dachówkach w Bibliotece Uniwersyteckiej.

29 września 2017 r., po południu zapraszamy na wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego. W przyrodzie nie ma rzeczy niepotrzebnych. Wszystko się przyda. I z tych pozornie niepotrzebnych rzeczy można będzie sobie zrobić zabawkę – larwę chruścika z domkiem. Zabawka ze wszech miar edukacyjna. Nie dość, że przedstawia niezwykłego owada wodnego (takich zabawek nie znajdziecie w sklepie) , to jeszcze wykonana będzie z rzeczy recyklingowych. Pełna edukacja przyrodnicza i ekologiczna i to w formie zabawy.

Będzie także okazja do obserwacji żywych chruścików w akwarium oraz oglądania krótkich filmików z życiem chruścików. Do tego można będzie posłuchać bajki, nawiązującej do starej, japońskiej sztuki kamishibai (teatru ilustracji), o życiu chruścików i innych owadów. Będzie okazja zdobyć autograf pisarki Anny Mikity (warto zabrać ze sobą jedną z jej książek, np. „Bajki w zielonych sukienkach”). A późnym wieczorem pojawią się także Wiedźmuchy – mały akcent etnograficzny i estradowy. Ciekawe, czy przyniosą słynną już maść czarownic do latania rodem z Wimlanii?

Europejska Noc Naukowców to zabawa z głębokim edukacyjnym przesłaniem. Przykład wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Pokażemy jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet). Troche nowoczesności także będzie.

Chruściki to owady, które w stadium larwalnym żyją w wodzie a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Zatem przybywajcie, duzi i mali.

bagieniec_mol_ksiazkowy_21

bagieniec_mol_ksiazkowy_3

Przeżyć spotkanie z modliszką !

sczachor

modliszkagizyckoSpotkanie z modliszką zwyczajną (Mantis religiosa L.) jest bez wątpienia przeżyciem. I mam na myśli nie jakiegoś owada, ale nasze emocje. Modliszkę znamy z książek i filmów, jako niezwykle sprawnego drapieżnika o dość niezwykłych zwyczajach (o tym piszę niżej). Dlatego spotkanie jej w bezpośrednim kontakcie wywołuje emocje. Rzadki owad, niezwykły i zazwyczaj widywany tylko w różnorodnych mediach (książki, telewizja, internet).

Pan Marek Holub z Giżycka spotkał modliszkę… i przeżył. Co by nie było spotkanie tak niezwykłego owada w północnej Polsce jest przeżyciem. Ale jak wszyscy wiemy, modliszki w czasie miłosnych amorów zjadają swojego partnera (samca). A skoro przeżył… to znaczy że nie został zjedzony. To oczywiście żart, bowiem modliszki mimo że są drapieżne, do nie atakują człowieka. Żart można pociągnąć dalej, skoro przeżył spotkanie z modliszką, to znaczy nie że miał z nią amorów. I dzięki temu przeżył powrót do domu (nie zginął z ręki partnerki).

Ostatnio dostaję sporo informacji i zdjęć modliszek, spotykanych w różnych miejscach Polski. Tak też dotarło do mnie zdjęcie z Giżycka (niższe zdjęcie zrobione w Kozienicach przysłał p. Krzysztof Główczyński). Kiedy trzy lata temu po raz pierwszy zamieściłem na swoim blogu zdjęcie z modliszką, spotkaną w Olsztynie (Modliszka w Olsztynie czyli zaskakujące skutki zmian klimatu), nie spodziewałem się kolejnych doniesień. Obserwacje wpisywane są w komentarzach. Najwyraźniej ten południowy gatunek szybko rozprzestrzenia się na północ. Jest jednym z wielu przykładów jak przyroda reaguje na ocieplenie klimatu. Z podobnych przyczyn świerk ma coraz gorsze warunki i dlatego zanika. Wymiana gatunków w lasach potrwa kilkaset lat. Duże skutki będą widoczne już po kilkudziesięciu. Sukcesja w lasach trwa znacznie dłużej (rośliny nie poruszają się a drzewa są długowieczne). Zwierzęta są szybsze w dyspersji.

Modliszka jest bardzo charakterystycznym owadem, łatwym do rozpoznania. Dlatego nawet amatorzy mogą wyśledzić to zwierzę. Co prawda do internetowych doniesień niespecjalistów zawsze należy odnosić się z pewną rezerwą (ktoś może świadomie tworzyć nieprawdziwą informację), to jednak liczba doniesień z różnych miejsc jest tak duża, że wyklucza pomyłki. Nie jest możliwe, aby wszystkie te informacje odnosiły się do owadów, które przypadkowo uciekły z hodowli. W najbliższej okolicy Olsztyna dotarła do mnie informacja o spotkaniu ostatnio modliszki w Nowej Wsi oraz Giżycku.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym (preferuje suche i ciepłe stanowiska), w Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi. Zdjęcia, jakie do mnie docierają, najczęściej przedstawiają modliszkę na ścianie domu. Może ją tam najłatwiej zaobserwować? Ale może wybiera miejsca najbardziej nasłonecznione i wygrzane.

Modliszka jeszcze do niedawna była uznawana za gatunek silnie zagrożony wyginięciem w Polsce (kategoria EN), a jej nieliczne stanowiska położone były w Kotlinie Sandomierskiej. Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku, na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą” wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku.

21175545_1536327209765275_289104030_nModliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ (niedawno pisałem o długoskrzydaku sierposzu). Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja.

Głównym zagrożeniem dla modliszki jest zalesianie odłogów i pól na ubogich glebach oraz wypalanie trwa. Swoją sławę modliszki zawdzięczają nie tylko charakterystycznemu wyglądowi, ale przede wszystkim przerażającemu zwyczajowi pożerania samca przez samicę podczas kopulacji.

Swoją nazwę zawdzięcza ułożeniu odnóży pierwszej pary – niczym modląca się mniszka. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny, często zastyga w bezruchu, czekając na ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. A ona po prostu cierpliwie i w bezruchu czeka na ofiarę do zjedzenia. Poluje na owady i pająki, siedząc nieruchomo na niskich roślinach i czekając, aż ofiara przybliży się na tyle, żeby można było ją pochwycić parą przednich odnóży. Jedzonko samo przychodzi, nie trzeba za nim ganiać...

Modliszki znamy z ich drapieżnych zwyczajów oraz faktu zjadania samca po kopulacji (kopulacja trwa długo, czasem kilka godzin). Samce są zazwyczaj mniejsze od samic. Dlatego łatwo mogą paść ofiarą żarłocznej samicy. Do kanibalizmu częściej dochodzi w przypadku modliszek trzymanych w hodowli. W przyrodzie samcom łatwiej umknąć. Niemniej – jak twierdzą biolodzy – nawet po utracie głowy kopulacja trwa dalej. A nawet dekapitacja przyspiesza zaplemnienie. Zdawałoby się dziwny zwyczaj.

Płciowość jest w jakimś sensie rozrzutnością przyrody: bo rola samca sprowadza się zazwyczaj do zapłodnienia. Cały koszt wyprodukowania jaj (znacznie większe od plemników, a więc potrzebują więcej energii) spoczywa na samicach. W rezultacie za liczbę potomstwa odpowiada zaledwie połowa populacji. U gatunków dzieworodnych wszystkie osobniki produkują potomstwo. Czysty zysk? Ale w ewolucji pojawiło się rozmnażanie płciowe (kosztowne). Jakie są z niego korzyści? Zwiększona różnorodność i rekombinacja materiału genetycznego. Jest to szczególnie ważne w zmieniającym się środowisku. W tym przypadku mniej znaczy lepiej (a więc więcej).

Modliszka nie jest jedynym przypadkiem, gdy samica pożera samca po kopulacji (częste spotykane także u pająków). Spełnił swoją rolę i „nie jest potrzebny”. Ale jego biomasa może się przydać (swoiste alimenty). Zatem samiec bohatersko poświęca się dla swojego potomstwa (najedzona samica złoży więcej jaj). Inną formą energetycznej inwestycji samców w potomstwo jest opieka nad jajami lub młodymi. Te formy spotyka się u różnych gatunków zwierząt. Nie chcesz się opiekować potomstwem? To cię zje samica.

Jakieś skojarzenia i analogie? Jest powód do rozmów towarzyskich. Wiedza przyrodnicza się przydaje także w kontaktach społecznych.

 

Tydzień cudów, czyli „Co tam, panie, w szkołach słychać?”

sczachor

szkoa2017Do początku nowego roku szkolnego został już prawie tydzień. Jak mówią w szkołach, będzie to tydzień cudów. Kiedy ludzie spotykają się to „plotkują”, co tam panie w polityce słychać. Albo co ta tam w edukacji/szkołach się dzieje.

Czytam internetowe wypowiedzi nauczycieli. Na przykład taką: "Uzupełniam etat dwoma godzinami w pobliskiej szkole, zaledwie 5 minut obok mnie. I teraz słuchajcie - jest tam 11 nauczycieli zatrudnionych na stale a aż 18 na dodatkowe godziny, uzupełnienie lub bez (Czyli ci ostatni nie pracują na części etatu. To resztę mają dorobić w Biedronce na kasie?). Ciekawe ile takich szkół funkcjonuje. To jest bardzo dobra zmiana." Jak widać „entuzjazm" nauczycieli, spowodowany zmianami, apodyktycznie wprowadzanymi przez ministrę Zalewską, jakże pięknie uśmiechniętą, jest „oszałamiający”. Ale może gdzie indziej jest lepiej? Są takie szkoły?

Inny nauczyciel napisał "U mnie do tego roku łączącą pracę w dwóch szkołach byłam tylko ja. Od września będzie jeszcze 10 nauczycieli. Tu dodatkowa ciekawostka, bo przy układaniu planu okazało się, że nie ma kto uczyć w poniedziałek, ponieważ jest za mało nauczycieli uczących na stałe". Jednym słowem dyrektorzy osiwieją a rodzice będą zaskoczeni. W zasadzie to jeszcze nikt nie wie jak ten szkolny wrzesień będzie wyglądał. Przynajmniej miesiąc zajmie jako-takie ogarnięcie „klęski żywiołowej”, A poza tym nauczyciele będą „robili swoje”, na ile im tylko warunki pozwolą. Jak co roku.

Jeszcze inny nauczyciel: „Mam koleżankę, anglistkę, która łączy godziny w dwóch szkołach i dwóch przedszkolach. Kiedyś wydawało mi się, że jestem rekordzistką, ponieważ łączyłam pracę w trzech szkołach ... Nie zazdroszczę jej.” Kolejny: „A ja właśnie rejestruję się na e-korepetytor, bo ... no nic nie wymyślę.” No tak, jeśli będzie się pracowało na części etatu to trzeba znaleźć jakieś dodatkowe zajęcie. Przed wieloma nauczycielami duże wyzwanie…

„W moim województwie, jak mówią nauczyciele, kurator naciskał na dyrektorów by nie zezwalali nauczycielom na uzupełnianie etatu w innej szkole. Chyba chodzi o to, żeby na papierze było, że nauczyciele mają pracę (a że na niepełnym etacie to inna inszość, w TVP tego nie pokażą). Przy takich okrojonych etatach i pensjach sami nauczyciele porezygnują z pracy. Ale wyjdzie na to, że nikt ich nie zwalniał… tylko dostali takie warunki, że sami się pozwalniali.”.

„U mnie było nas 13 osób, razem z dyrektorem, a teraz będzie 21.... Są wśród nich tacy, co pracują w czterech szkołach... organizacyjnie MASAKRA. I dla dyrektorów i dla nauczycieli.” Były kiedyś latające uniwersytety, będą latające szkoły.

„A to ja dziś miałem w tym temacie masakrę. Zrezygnowałem w maju z nauki w LO bo miałem mieć dodatkowe 6h w sąsiedniej podstawówce (takie były ustalenia między dyrektorami). W połowie lipca okazało się, że ten nowy dyrektor to w sumie jednak nie wie czy będzie chciał mnie zatrudnić i że dowiem się w połowie sierpnia. Nikt nie zadzwonił, to wyszło na to, że zrezygnowałem z LO, nie mam dodatkowych godzin w nowej SP no i zostało mi 19 h u mnie. No trudno, myślę, przynajmniej odpocznę i stanę się lepszym nauczycielem. Dziś o 9:30 miałem zdać laboratorium w tym LO ale o 9:15 dostaję telefon od dyrektorki z LO, że chemiczka, która miała wejść na moje miejsce, zrezygnowała sms-owo.... No i wiedząc w jakiej są sytuacji chciałem im pomóc (chodzi o 11 h), ale nie wiedziałem co na to mój nowy dyro w SP. Pojechałem, pogadałem no i warunkowo się zgodził. Ale zaznaczył, że mogę nie dać rady pociągnąć 30 h i żeby to się nie odbiło na jakości mojej pracy (ma rację bo wiem już jaka jest masakra po zeszłym roku). Dyrektorka z LO w jest w siódmym niebie, no może prawie, bo w piątek zrezygnował anglista, a dziś o 9:30 (czyli po rezygnacji chemiczki) zrezygnowała jeszcze fizyczka... Czaicie ten Armagedon?

A dyskusja tak się rozwija, jak to między „sąsiadkami”, przynajmniej w internecie można się wyżalić. Bo co innego można zrobić? „Mój nowy dyrektor, czyli z podstawówki, do której nasze gimnazjum przyłączają, powiedział, że ostatni tydzień sierpnia to będzie TYDZIEŃ CUDÓW. Cudem będzie ogarnąć, kto wreszcie gdzie i na ile godzin będzie zatrudniony. O planach lekcji już nie wspomnę.”

„No ja też mam 31h łącznie + gazeta + zlecenia. W szkole co chwilę ktoś odchodzi i dochodzi. Wersja planu nr 17 dziś powstała. Armagedon.” „U nas szukają ludzi do świetlicy, nie wiem jak to się wszystko ogarnie.”

„U mnie w miarę normalnie, ale byliśmy zespołem SP + gimnazjum”.

„U mnie do dzisiaj nie wiadomo ile kto ma godzin o planie zajęć nie wspomnę. Nadal nie mamy nikogo do biologii/przyrody ( 6 godz.), informatyki (8 godz.), historii/wos (6 godz.), chemii (2 godz.).”

Gruntownych zmian nie wprowadza się tak nagle, z roku na rok. Od ponad roku specjaliści ostrzegali, że będą kłopoty, bo tak nagle nie można przygotować zmian w złożonym organizmie (ani programów, ani podręczników ani zmian organizacyjnych). No ale jeśli zmiany byłyby konieczne i z przyczyn strukturalnym pociągałyby koszty… to należało przygotować działania osłonowe. Tego też nie ma a jest tylko prymitywna propaganda. Ciemny lud to kupi? Ale tych ciemniaków jakoś mało.

Po co to wszystko? Debata na temat struktury szkoł czy 6 + 3 + 3 (podstawówka, gimnazjum, liceum) czy 8 + 4 (podstawówka, liceum) jest w jakimś sensie nie na czasie. Rodem z XX wieku. Miałaby sens 50 czy 30 lat temu. Ale teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku? Bo w aktualnej reformie nie są w ogóle poruszane sprawy najważniejsze dla polskiej edukacji. W zasadzie to nie jest reforma edukacji a zmiana organizacji szkół. Tylko tyle. Skoro te zmiany nie wniosą niczego nowego i edukacyjnie sensownego (tak jakby spierać się czy ulice miast oświetlać gazem czy naftą) to po co to całe zamieszanie, powodujące nie tylko bałagan ale i zmęczenie kadry pedagogicznej? Reforma całkiem nie na czasie na dodatek wprowadzona bez przemyślenia i przygotowania, co generuje duży chaos. Marnowanie kapitału ludzkiego, finansowego i społecznego. Karygodne marnotrawstwo.

Ktoś chce, żeby na złość babci odmrozić nam uszy? Nie tylko sobie ale i nam.

To co tam, panie, w szkole słychać? Będzie to często zadawanie pytanie przy nocnych Polaków rozmowach. A może z czasem zaczniemy głośno i szeroko rozmawiać o edukacji i potrzebnych zmianach. By dogonić XXI wieku i niezwykle szybko zmieniające się warunki funkcjonowania społeczeństw w epoce trzeciej rewolucji technologicznej.

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci