Menu

profesorskie gadanie

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać. Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.

Na łonie natury i na dodatek prestiżowo ?

sczachor

27912977_10213980447858653_7029341274279320369_oWydawało mi się, że wiem co znaczy zwrot „na łonie natury”. Ale gdy przechodzę obok dawnego jeziora Płociduga Mała i trwającej tam budowy, to stracę pewność. Na wszelki wypadek zajrzałem do słowników języka polskiego… najwyraźniej i one nie są już aktualne.

Na łonie natury (czyli na łonie przyrody) oznacza: wśród lasów, pól, w otoczeniu przyrody. Oznacza obszar, na którym znajduje się dużo roślin (i to dziko rosnących), obszar nieskażony zanieczyszczeniami. Zwrot „na łonie przyrody” kojarzy się z rekreacją, wypoczynkiem, powrotem do dzikiej (a przynajmniej dzikawej) przyrody, kojarzy się z odpoczynkiem. Mieszkańcy hałaśliwych miast chętnie uciekają na wypoczynek na łono natury. Sądzą z reklamy dewelopera – będzie blisko. Ale to ułuda.

Prestiżowe domy, ba nawet apartamenty, na łonie natury. Właśnie powstają. Owszem coś wspólnego z łonem natury mają, ale tylko w czasie przeszłym. Bo ni mniej ni więcej oznacza to,że budują domy na łonie natury, ale jak wybudują, to już tej natury nie będzie.

Jezioro Płociduga Mała ma długą historię. „Za Niemców” zostało osuszone ale przez lata uległo samoistnej renaturyzacji. W wyniku niedrożności części rowów odwadniających podniósł się nieco poziom wody i powstało przecudne rozlewisko z licznie żyjącymi tu traszkami, chruścikami czy kałużnicą. Widywałem remiza, sarny, lisy, krążącego błotniaka, liczne żaby, ważki, przepięknego motyka czerwończyka nieparka itd. W ostatnich dwóch latach gnieździły się tu gęsi gęgawe. Miejsce to było niezagospodarowane ale służące mieszkańcom do spacerów. Liczyłem, że może miasto uporządkuje ten teren. Tak zresztą było w planie zagospodarowania (oglądałem przy okazji wykonywania ekspertyzy) - nie było przewidziane pod inwestycje a przeznaczone na teren rekreacyjno "zielony".

Latem 2017 roku wjechała koparka i pogłębiając rów melioracyjny całe rozlewisko zostało zniszczone )osuszone). Zginęły traszki i żaby. Zginęło wiele organizmów wodnicy i wodnobłotnych. Oficjalnie, jak można było się dowiedzieć z mediów, to odnowiono rowy melioracyjne bo ponoć woda zalewała piwnice mieszkańcom domów przy ul. Gałczyńskiego. Na pierwszy rzut oka wydało się to zwykłą ściemą. Po kilku miesiącach „wyszło szydło z worka”. Wjechały maszyny i rozpoczęła się budowa. Zatem ewidentnie osuszenie było przygotowaniem pod inwestycję… Wycięto drzewa, osuszono teren, systematycznie nawożona jest ziemia. I gruz budowlany.

Deweloperzy sprzedają marzenia. Same chwytliwe słowa: coś prestiżowego, na łonie natury. Iluzja i fałsz a przy okazji dewastacja ostatnich skrawków przyrody w mieście. Łono natury w czasie przeszłym. Pogorszenie warunków dla już mieszkających tu ludzi i łudzenie nowych mieszkańców. Nie będzie ani przyrody, ani czystego powietrza, ani miejsca na spacery. Smog spory, co można sobie codziennie sprawdzić. Pozostaje prestiż? Bardzo iluzoryczny prestiż.

Tereny zielone w mieście potrzebną są dla zdrowia mieszkańców. Gdy ich brakuje, obniża się jakość życia. A tymczasem smog rośnie. Ostatnie skrawki zieleni zasypywane są gruzem. To gdzie ludzie mają wypoczywać? Nic dziwnego, że na spacery, nawet te poświąteczne, wielu mieszkańców wybiera… galerie handlowe…. Zamiast kontrowersyjnego zakazu handlu w niedzielę lepiej byłoby zainwestować w tereny zielone w mieście, nawet zwykłe „parki kieszonkowe”. A tymczasem w Olsztynie masowo wycina się drzewa, zasypuje tereny podmokłe, likwiduje skwery i… stawia lampy na środku chodnika (ostatnia inwestycja i budowa nowego mosty na Łynie). Brak wyobraźni czy jakaś głęboka, skrywana nienawiść do ludzi?

Zobacz także

Cittaslow. Dlatego maluję słoiki i butelki.

sczachor

butelka_z_reszlaSkończył się zimowy relaks z malowaniem butelek i słoików (rozpoczynają się zajęcia w kolejnym semestrze). Przy malowaniu odpoczywałem i rozmyślałem. Teraz mam co rozdawać. Dzisiaj trzy słoiczki z owadami trafiły w ręce Francuzów, przebywających na uczelni, a wieczorem niedźwiedziówka trafi do rąk Krzysztofa Łozińskiego. Słoiczki mają charakter użytkowy, jako kuchenne lub niekuchenne pojemniki na przyprawy lub drobiazgi. Albo dobre myśli (tak symbolicznie).

Malowane słoiczki i butelki, które ułatwiają rozmowę, są zagajeniem. I drobnym, rękodzielniczym prezentem. Niepotrzebne nikomu opakowania po konsumpcyjnej zawartości. Nic, tylko wyrzucić do śmieci. Nie wyrzucam. Nie jestem w stanie pomalować wszystkiego, co sam w konsumpcji produkuję. A do tego zbieram jeszcze te, wyrzucone przez innych, do lasu, do jeziora. Zbierając czynię świat piękiejszym, a dla bezkręgowców bezpieczniejszym. Szukanie sensu w niepotrzebnym. Z pozoru niepotrzebnym i zbędnym. Ba, czasem zawadzającym.

Nie sprzedaję swoich malowideł na szkle. Rozdaję... lub przekazuję na aukcje w szlachetnym celu. Waluta wymienialna za życzliwy uśmiech, przyjaźń lub dobre uczynki. Czasem zostawiam w urokliwych miejscach. Lepsze to niż pisanie na ścianie "tu byłem"...

Po raz kolejny czuję się w obowiązku wytłumaczyć, dlaczego maluję stare butelki i słoiki. Jestem biologiem i ekologiem, pracuję na Wydziale Biologii i Biotechnologii. Butelki i słoiki maluję od dawna. Inspiracją jest rodzima przyroda z warmińskiego i mazurskiego krajobrazu (a w tle recykling i reusing oraz spotkania międzyludzkie w nowej rzeczywistości i przestrzeni miejskiej). Maluję także polne kamienie i stare dachówki. Sztuka łączy, zarówno w czasie malowania w postaci spontanicznych plenerów w parkach i na trawniku, jak i w czasie wernisażu (spotykamy się, bo jest okazja… a jak już jesteśmy razem… to rozmawiamy). Załączona ilustracja pochodzi z pleneru w Reszlu (lato 2017). Malowałem w kawiarni. Butelka już tam została. Teraz planujemy (Artystyczna Rezerwa Twórcza) zorganizować plener letni w Barczewie. To będzie kolejny plener i spotkanie w cittaslow. Można się spotkać z ludźmi i rozmawiać, także o przyrodzie, o etnografii i otaczających nas krajobrazach. I o ewolucji człowieka w trzeciej rewolucji technologicznej.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii, wiedzy i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. A przynajmniej chce być twórcą. Wybieram proste formy i tani materiał, który znaleźć można wszędzie. Przy wspólnym malowaniu mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha. A niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie... Milczenie jest więc ulgą.

Przy malowaniu spotykam się z ludźmi, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. Nie tylko słowem przekazujemy treści. Wspólne malowanie to jest slow science na prowincji (oprócz nadmiaru śmieci czyli pustych już opakowań cierpimy w nauce na nadmiar zbędnej i pustej treści – wyrabianie normy i punktów – niedawno przeczytałem propozycję, by ograniczyć liczbę publikacji: mniej a lepiej).

Dla niektórych słowo prowincja, podwórko stygmatyzuje i ośmiesza. Jest czymś wstydliwym. Dla niego podwórko ma sens jako sposób pełniejszego bycia ze sobą bez zbytniego nadęcia i dworskiej oficjalności. To to styl życia, związanego z lokalnością i z trzecią rewolucją technologiczną. A na podwórku zawsze znajdą się kamienie. Albo butelki, na strychu słoiki a pod płotem stare dachówki. 

Tym razem malowałem sam, w zaciszu domowym. Myślami jednak byłem wśród ludzi. Myślałem o spotkaniach i wręczaniu szklanych prezentów. Ekonomia dzielenie się. Wiosną planuję pomalować trochę dachówek. Dwie przywiozłem specjalnie na tę okazję z Francji. Wędrują, jak idee – z miejsca na miejsce. A przy okazji kumulują w sobie treść i historie. Warto je opowiedzieć.

Naukowiec malujący stare butelki może się wydawać niepoważny. Dlatego wyjaśniam po raz kolejny,. Dlaczego. Dlaczego maluję. 

Tożsamość, edukacja ustawiczna i miasta śmierci

sczachor

27752215_10213983663659046_1092405395132593909_nTożsamość jest chyba dobrym przykładem edukacji ustawicznej. Uczymy się przez całe życie, zakorzeniamy, poznajemy, wzbogacamy o nowe doświadczenia i przemyślenia. Kim jestem i z kim czuję wspólnotę? Tożsamość dojrzewa w miarę jak poszerzają się nam horyzonty. Przez kilkanaście ostatnich lat poznawałem zagmatwaną i wieloaspektową historię Warmii i Mazur, krainę w której żyję. Wiele przeczytanych książek, wiele odbytych  wędrówek, spotkań, czytanych wspomnień. Od kilku lat poznaję starozakonną część polskości.

W szkole dowiedziałem się, że w Oświęcimiu naziści zamordowali 6 milionów Polaków (w PRL byli tylko Polacy i nikogo więcej..).  Nie spotykałem Żydów w swoim otoczeniu. Czasem pojawiali się w opowieściach babci i dziadka z Wileńszczyzny, czasem na kartach szkolnych lektur. Czytając biografię znakomitych Polaków ze zdziwieniem dowiadywałem się, że byli  pochodzenia żydowskiego. W całkowicie wolnej już Polsce pojawiały się muzea, książki, wspomnienia. Ten fascynujący świat dopiero zacząłem odkrywać, na krakowskim Kazimierzu, w Tykocinie, Szczebrzeszynie itd. I z dokumentów odkrywałem przedwojenny, polski antysemityzm. Ale ciągle w głowie miałem szkolne symbole Polaka, który ryzykował życie dla ratowania Żydów… Coś tu się nie zgadzało, prawdziwy obraz był bardziej złożony i wielowarstwowy.

Książka Grossa była szokiem. Najpierw zareagowałem wyparciem – przecież to nie jest możliwe, to na pewno był jakiś margines. A przecież dziwaczny antysemityzm był obecny cały czas w życiu publicznym. Dziwiło mnie to niepomiernie: jak może istnieć antysemityzm bez Żydów…

Kilka dni temu zacząłem czytać Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów” Mirosława Tryczyka. To już nie tylko Jedwabne…. Wstrząsająca lektura, burząca dobre samopoczucie. Ale bardzo pomagająca w zbudowaniu pełnej tożsamości.  Książka historyczna z dokumentami, napisana bardzo wszechstronnie i rzetelnie. Przedstawiająca nie tylko fakty ale także tło historyczne i wieloaspektowe uwarunkowania. Pozwala zrozumieć.  Jedwabne, Kolno, Łomża i kilka innych miejscowości, które poznałem wcześniej w czasie badań hydrobiologicznych. Przejeżdżaliśmy przez nie w drodze po próby z chruścikami. A w Drozdowie mieliśmy studencki obóz naukowy. Ktoś mówił o wizytach Dmowskiego, ale gdzieś to było w tle i poza zainteresowaniami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czym jest nacjonalizm i narodowa demokracja… Teraz ksenofobia ponownie nabrała wiatru w żagle…

Dlaczego. To słowo często się pojawiało w trakcie lektury. Miałem także na myśli współczesne pogromy i ludobójstwa w Bośni, Afryce, teraz w Azji. I to, co było kiedyś, dawno w historii Homo sapiens. I co zrobić, by nie było więcej? Akurat mamy nawrót do nacjonalizmów i agresji…

Miasta śmierci” pokazują jak zwykli, normalni Polacy… mordowali Żydów, z własnej inicjatywy. Gdyby nie wojna, nie zniszczenie państwowości polskiej, nie wydarzyło by to się to nigdy. Jeden z polityków jakiś czas temu powiedział, że wojna kształtuje charaktery…. Myli się, wojna przede wszystkim wypacza charaktery. Jest i bohaterstwo ale jest i dużo zwykłej zbrodni, łajdactwa. I to zostaje w narodzie na długo. Zrastają się rany ale blizny na długo uwierają. Ale drugą przyczyną pogromów w czasie II wojny światowej był polski antysemityzm, kształtowany przez ONR, Stronnictwo Narodowe czy Narodową Demokrację (o zgrozo, ten pierwszy znowu w powraca ze swoimi pochodami, ideologiami, agresją i ksenofobią). Pogromy były już w okresie międzywojennym; wybijanie szyb w sklepach żydowskich, oblewanie towarów naftą czy pobicia Polaków kupujących w sklepach żydowskich. Trzecią, uzupełniająca przyczyną była chęć zemsty na Związku Radzieckim (bo to były tereny okupowane przez Armię Czerwoną od 17 września 1939).

I w tych warunkach, przy powszechnym antysemityzmie, ujawniły się złe cechy. W pogromach uczestniczyło wielu ludzi, w tym wykształceni, nauczyciele, elita prowincjonalnych miasteczek. Pojawiła się chciwość i pazerność. I ci zwykli ludzie w kilku miasteczkach na Podlasiu zamordowali co najmniej kilka tysięcy Żydów, obywateli Rzeczypospolitej, swoich sąsiadów…

Wielu z tych zbrodniarzy, którzy organizowali i uczestniczyli w pogromach, wcześniej współpracowało z okupantem radzieckim,  potem współpracowało z hitlerowcami. Przechodzili na niemiecki żołd jako policja pomocnicza, niektórzy współpracowali z gestapo. Czasem uciekali do AK. A po wojnie ochoczo współpracowali z komunistami i byli członkami PZPR.

Mordowanie pałkami, szpadlami, spalenie w stodołach (nie była tylko jedna w Jedwabnem!), rabowanie i gwałcenie Żydówek. Nie jest łatwo czytać te relacje…. „Prawicowi bojówkarze przed II wojną światową urządzali w Szczuczynie, podobnie jak w innych miasteczkach regionu, bojkoty sklepów żydowskich, wybijali w nich szyby, bili Polaków, którzy z nich korzystali, oblewali im naftą kupione od Żydów produkty.” Antysemityzm nie pojawił się pierwszego wrzesnia 1939 roku...

„Pamiętam, że widziałem w niedzielę wieczorem, jak Antoni S. z Wąsocza zabił szpadlem, bijąc w głowę, dwie nieletnie dziewczyny”. To relacja Polaka, juz z czasów wojny.

Antoni L. był karierowiczem. W życiu kierował się zasadą osiągania sukcesu za wszelką cenę oraz ulegał potrzebie bycia docenianym przez tych, których uważał za lepszych od siebie. Zabiegał zatem o względy władzy – jakakolwiek by ona była, nieważne: narodowa, komunistyczna czy faszystowska – i jeśli go doceniła, zawsze z zapałem wykonywał jej polecenia. To najprawdopodobniej ta wewnętrzna potrzeba, wyrosła na niskim poczuciu własnej wartości, popchnęła go do popełnienia niewyobrażalnej zbrodni.”

„Jeden z uczestników mordów Stanisław C. przyznał po wojnie, że wszyscy zbrodniarze byli przed 1939 r. członkami Stronnictwa Narodowego.”

Lektura omawianej książki jest trudna. Ale dlaczego to wszystko tuszować, zakłamywać, że nie było?  Tożsamość potrzebuje prawdy. Przeszłość jest pełna wzniosłych i chwalebnych zdarzeń. Ale są i wstydliwe, podłe. Nie da się skalpelem propagandy oddzielić jednego od drugiego. Trzeba poznać całość by zrozumieć. Część polskości, ta starozakonna, zaginęła. Jesteśmy w jakiś sposób okaleczeni. To co zostało, trzeba ocalić od zapomnienia, by kształtowało naszą tożsamość choć w takiej postaci.

Gorąco polecam Mirosław Tryczyk „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy żydów”, Wydawnictwo RM, 2015. (jest i wersja elektroniczna).

Statystyka, krew do macy i ruchy antynaukowe

sczachor

macaW życiu codziennym, ale także i w nauce, nastawieni jesteśmy na sukcesy. Pokazujemy głównie to, co się udało, zapominając o niepowodzeniach. Tymczasem to, co zakryte, owe niepowodzenia, są niezwykle ważne by w pełni zrozumieć to, co widać. Czyli nasze sukcesy.

Statystyka pozwala zobaczyć to, czego gołym okiem nie widać. Wyławia z wielości to, co jest najistotniejsze. Ale jednocześnie ze statystyką jest jak z dziewczyną w bikini: niby cała rozebrana, ale i tak to, co najważniejsze jest zakryte. Obok wykres z artykułu, jeden z kilku tam zamieszczonych. Dotyczy opinii Polaków. Trudno jest je badać, bo można to robić za pomocą ankiet. Ale czy odpowiadający rozumie pytanie i czy odpowiada tak, jak myśli czy raczej tak, jak chciałby być widziany/odbierany/oceniany? To już zmartwienie naukowców jak poznać, to co nie jest na zewnątrz widoczne. Zazwyczaj jednak wykonujemy wiele różnych analiz statystycznych a pokazujemy w publikacji jedynie te, które "nam wyszły". Tych "odrzuconych" nie upubliczniamy (nauka opiera się na wielu porażkach, pomysłach, błędach).

Według wyżej prezentowanych danych jakiś odsetek ludzi ankietowanych w Polsce uważa, że dawniej Żydzi porywali dzieci chrześcijan, by po zamordowaniu pobrać krew, potrzebną do macy. Sam w dzieciństwie coś takiego słyszałem na podwórku, obok innych legend miejskich o czarnej wołdze itd. To, że jest jakiś odsetek ludzi wierzących (ekscytujących się) w takie fantasmagorie to nic dziwnego. Wszak są i zwolennicy płaskiej Ziemi, spisku reptilian, ilumiatów i wielu innych. Lubimy sensacje i ekscytujące plotki, nawet jeśli do końca w ich prawdziwość nie wierzymy. Pochodzą z czasów, gdy nie było telewizji i licznych książek (horrorów, sensacji itd.). I można by przejść do porządku dziennego, wzruszyć ramionami. Ale jest coś niepokojącego. Po pierwsze odsetek takich osób oraz to, że liczba wierzących w takie fake newsy w ostatnich kilku latach znacząco wzrosła (tak wynikałoby z załączonego wykresu). Czy dzieje się coś niedobrego? Jak interpretować te dane? I tym pytaniem dochodzimy do porównania z dziewczyną w bikini. Czego nie widać? Po pierwsze czy takie dane są wiarygodne i reprezentatywne. Na jakiej próbie przeprowadzono badania, jakimi metodami i jak wyciągano wnioski. Pozwoliłoby to wyciągnąć konstatacje czy i jak zebrane dane można interpretować i jak uogólniać.

Przyjmijmy, że te dane są wiarygodne i reprezentatywne. Cóż one znaczą? Możliwości interpretacji takich wycinkowych danych jest wiele. Ja pomyślałem o dwóch (co wcale nie zamyka możliwości formułowania innych hipotez). Po pierwsze wskazywałoby to na wzrost nastrojów antysemickich. Bo komuś, kogo nie lubimy, łatwiej przypiszemy złe cechy, nawet jeśli są fantastyczne. Człowiek myśli emocjami i to one zniekształcają obserwowaną rzeczywistość. Dlatego w nauce metodologia zmierza do tego, by wyeliminować emocje i aby wyniki badań i obserwacji było jak najbardziej obiektywne (temu służy min, powtarzalność wyników i eksperymentów).

Ale wróćmy do domniemanego wzrostu antysemityzmu w ostatnich latach w Polsce. Skąd miałby się brać, skoro Żydów praktycznie u nas nie ma? Pozostałość nastrojów i stereotypów sprzed 70-80 lat? Zatem hipoteza ta wymagałaby dodatkowego sprawdzenia – szukania innych „objawów” stanu ducha społecznego.

Druga hipoteza jest inna. Być może jest to ogólna tendencja wzrostu popularności ruchów antynaukowych (antyszczepionkowych, negujących antropogeniczne ocieplenie klimatu, antyewolucyjnych itd.). Zatem nie chodziłoby tylko o niechęć do Żydów (w sumie kultury żydowskiej nie znamy, jest dla nas obca, niezrozumiała) ale skłonność do uznawania za prawdziwe najróżniejszych koncepcji „magicznych”, fantastycznych i spiskowych. Ale i tę hipotezę należałoby sprawdzić (zweryfikować) innymi ankietami, eksperymentami itd. To nie są jedyne hipotezy, jakie można sformułować na podstawie załączonych danych statystycznych.

Z interpretacjami danych statystycznych trzeba być ostrożnym. Bo niby wszystko widać, ale przecież to co najważniejsze i tak jest zakryte. Po pierwsze zakryta jest teoria (paradygmat). Czyli całościowy zestaw faktów, koncepcji, hipotez, modelów. To w odniesieniu do tej całości odnosimy fragmentaryczne dane. I wydaje się nam, że pasują lub nie: tak jak pojedyncze puzzle w układance. Po drugie trzeba mieć więcej danych i to z różnych źródeł. Żeby odróżnić przypadkową zbieżność danych od rzeczywistej prawidłowości.

Nie wiem więc dokładnie jakie pewne i wiarygodne wnioski można wyciągnąć z wyrywkowych i pojedynczych danych statystycznych. Dodawanie krwi ludzkiej do macy… wydaje się niezwykle mało prawdopodobne (nie pasuje do paradygmatu). Przynajmniej nie w czasach nowożytnych. Etnografowie być może mogą wyjaśnić pochodzenie i uwarunkowania takiego mitu. Z kolei socjologowie mogą być może wyjaśnić utrzymywanie się takiego mniemania. A mnie niepokoi duży odsetek ludzi (blisko 25 %!), skłonnych dać wiarę w takie dziwactwa w wieku XXI ! W sumie groźne jest to ze społecznego punktu widzenia. W pewnych sprzyjających warunkach takie stereotypy przestają być ciekawostka socjologiczną czy etnograficzną i przekształcają się prześladowania, chuligańskie ekscesy czy nawet pogromy. Jest tak jak z organizmem - póki silny i zdrowy nic złego się nie dzieje ale kiedy wycieńczony i osłabiony wtedy nawet niegroźne bakterie czy wirusy mogą doprowadzić do ciężkiej choroby a nawet śmierci.

 

źródło ilustracji: https://oko.press/zydzi-porywali-dzieci-mace-polacy-coraz-czesciej-uwazaja-wstrzasajace-liczby/?fb_comment_id=1859790604096006_1860721390669594#f3882c3aedc0c6

Ps.1. A czy ktoś może wiem skąd się wziął ten zabobon o porywaniu dzieci i dodawaniu krwi do macy?

P.s. 2.Czy we współczesnych cukierniach też dodają syntetycznej „krwi” identycznej z naturalną (tu mała ironiczna aluzja do różnych syntetycznych dodatków do żywności, barwników, aromatów itd.)

Fake news w księgarni

sczachor

18836960_10211760759927842_2319900695250898447_oPowszechne jest narzekanie, że w internecie jest mnóstwo złych informacji, kłamliwych, niedobrych fake newsów. A już na pewno na portalach społecznościowych. Lepiej nie zaglądać? Tyle tylko, że internet i jakiś tam Facebook jest taki jak my sami. To lustro, w którym odbija się nasza natura. Co innego książki, te to są poważne, wiarygodne itd. Czyżby?

W ubiegłym tygodniu zaszedłem do księgarni. Już się przyzwyczaiłem (ale nie zaakceptowałem!) do tego, że na półce z książkami o fizyce i astronomii leżą książki o astrologii... Obok książek popularnonaukowych leżą książki o UFO i innych fantastycznych andronach. I niby to wszystko tak samo wiarygodne...

Ale tym razem zajrzałem na półkę z książkami historycznymi. Lubię historię i szukałem czegoś dla siebie. Między książkami historycznymi (naukowe i popularnonaukowe) zobaczyłem pozycję o rodowodzie Słowian. Sięgnąłem z ciekawością, bo spodziewałem się czegoś nowego. Nowych ustaleń, nowych faktów. Przeglądając spis treści oczy otworzyły mi się szeroko. Moja wiedza historyczna jest na tyle podstawowa, żeby zareagować zdziwieniem... na pochodzenie Słowian od Atlantydy. Imperium Ariów i Wielka Lechia. Przecież to są bzdury, pełna fantastyka! Jeśli takie pozycje leżą na półce tuż obok innych książek historycznych, to jest to zwyczajnie fake news! Gdybym nie zajrzał do spisu treści, to bym kupił... A jeśli kupi to i przeczyta ktoś niewyrobiony, z wiedzą podstawową jeszcze początkującą? Zapewne potraktuje jako fakty... przecież w książce tak napisali. I to historycznej. Pełna mimikra.

Nie mam nic przeciw tego typu literaturze. Skoro są czytelnicy, to niech sobie będzie. Ale w księgarni nie powinny być wymieszane książki popularnonaukowe z fantazją i beletrystyką czy ezoteryką. Jest to ewidentne oszukiwanie kupujących. Czym się to różni od wymieszania faktów z faktoidami w internecie? Niczym. Czytelnik musi sam odróżnić prawdę od fantazji i ewidentnego fałszu. Czy to w księgarni, czy to w internecie. Tu mała dygresja. Niedawno byłem w Sopocie. Zaszedłem do tamtejszego Empiku. Dużo książek popularnonaukowych, na osobnej półce. Bez wymieszania. Czyli można. Wymaga tylko wiedzy od księgarzy co sprzedają. 

Wróćmy do fake news. Towarzyszą nam od tysiącleci. Były jeszcze przed internetem i przed papierowymi książkami. To zwykła plotka. Błędne informacje powtarzane w dobrej wierze (bo sensacyjne, niezwykle) jak i ewidentne kłamstwa by wywołać odpowiednią reakcję. Zatem kłamstwa, manipulacje czy zwykłe historie spiskowe, miejskie legendy towarzyszą nam od tysiącleci. Czym innym są oczywiście historie zmyślone - literatura fikcji. Tworzymy opowiadania wiedząc, że jest to fantazja, by opowiadać ciekawe historie. Nie powinniśmy jednak mylić gatunków: literaturę fikcji i literaturę faktu. Historia jest historią, legenda jest legendą a fantazja jest fantazją.

Internet nie jest wolny od manipulacji i fake news. Musimy nauczyć się odróżniać fantazję od relacji i faktów. Tak jak nasi przodkowie musieli uczyć się reagować na plotki. Nie na darmo powstało przysłowie "lepiej roznosić wszy niż plotki." Wszy są dokuczliwe i roznoszą choroby. A z przysłowia wynika, że plotki dla społeczeństwa są jeszcze bardziej szkodliwe.

W Polsce wszyscy jesteśmy imigrantami

sczachor

IMG_20180209_172437Skończyłem właśnie czytać „Wielką historię Polski. Tom 1. Najdawniejsze dzieje ziem polskich(do VII w). Dzieje Polski piastowskiej (VIII w. 1370)” Piotra Kaczanowskiego, Janusza Krzysztofa Kozłowskiego i Jerzego Wyrozumskiego, wydaną przez Świat Książki w 2003. Kupiłem kiedyś i stała na półce. Czekała. Napisana przez humanistów ale bez błędów w nazwach gatunkowych (Homo sapiens, Homo ececrus itd. pisane właściwie). Czyli można. I to lektura tej książki skłoniła mnie do refleksji migracyjnych. Opowieść historyczna zaczyna się od ewolucji człowieka i antropogenezy (nie licząc wyjaśnienia czym jest prehistoria, protohistoria i archeologia). Z oczywistych względów autorzy nie wspominają o Denisowianach (bo wtedy, gdy książka powstawała, jeszcze o ich istnieniu nauka nie wiedziała). Człowiek to istota bardzo wędrowna. Zaczęło się od człowieka wyprostowanego (Homo erectus). Żył na Ziemi znacznie dłużej od nas, a z Afryki do Europy dotarł już ponad milion lat temu. To był pierwszy człowiek (bo rodzaj Homo) Europy i terenów, obecnie zajmowanych przez Polskę. Homo erectus zamieszkiwał Europę dłużej niż my, z Neandertalczykiem włącznie. W każdym razie Homo erectus też by l imigrantem (afrykańskim).

Potem w Europie pojawił się Homo heidelbergensis, też przywędrował z Afryki. Ale już Neandertalczyk (Homo neanderthalensis) najpewniej powstał w Europie (właśnie z Homo heidelbergensis). Można więc powiedzieć, że jest w pełni pierwszym 100% Europejczykiem. Najbardziej tutejszy. W Afryce potomkiem Homo heidelbergensis był człowiek myślący (Homo sapiens). Jakkolwiek na Bliskim Wschodzie pojawił się w swojej migracji już jakieś 150-120 tys. lat temu, to w Europie pojawił sięokoło 40 tysięcy lat temu. Od miejsca znalezienia tych pierwszym ludzi współczesnych nazywamy Kromaniończykami. Bez wątpienia byli imigrantami. I zastali w Europie Neandertalczyka. Te dwa gatunki żyły razem może i kilka tysięcy lat. Sadząc po genach musiały się krzyżować. I tak Europejczycy mają w swoim genomie jakieś 2-4% genów po Neandertalczykach – pierwszych Europejczykach z ewolucyjnej krwi i kości .

Wędrowny Homo sapiens zasiedlił wszystkie dostępne kontynenty. Dotarł dalej niż Homo ecetrus. Mało wiemy co się działo z człowiekiem w Europie przez kilkadziesiąt tysięcy lat. Na pewno też się populacje przemieszczały i migrowały. Niedawno Brytyjczycy zrekonstruowali pierwszego (znalezionego) mieszkańca Wysp Brytyjskich. Dzięki badaniom DNA odtworzyli nie tylko jego wygląd fizyczny ale także kolor oczu, skóry i włosów. Jeśli interpretacja genów jest poprawna to ów pierwszy Brytyjczyk był ciemnoskóry, miał niebieskie oczy i ciemne, kręcone włosy. Podobni ludzie zamieszkiwali wtedy całą Europę. To dopiero późniejsza migracja ludności rolniczej z Bliskiego Wschodu przyniosła… znacznie jaśniejszy, jasny kolor skóry.

Od rewolucji neolitycznej i powstania osiadłych społeczności łatwiej było archeologom śledzić wędrówki ludzi, bo pozostawało znacznie więcej wytworów kultury materialnej. I tylko na obszarze współczesnej Polski przez tysiące lat obserwować można ślady, które wskazują na liczne wędrówki i coraz to nowych imigrantów. Najpierw na tereny obecnej Polski przywędrowali rolnicy, najpewniej z terenów delty Dunaju. Praindoeuropejczycy też nie mieli swojej ojczyzny w „Polsce”, a wypierając starszą ludność Europy zasiedlili niemalże cały kontynent. U nas byli kolejnymi imigrantami.

Nie wiemy kim byli mieszkańcy Biskupina i kultury Łużyckiej. Znamy tylko ich kulturę. Jeszcze przed naszą erą na tereny współczesnej Polski dotarły plemiona celtyckie a potem germańskie (kultura przeworska, kultura wielbarska). Docierały także najazdy koczowników ze stepów Azji. Zostawiali geny i kulturę. 

Nowi przybysze mieszali się z wcześniejszymi osadnikami. Słowianie dotarli gdzieś w V wieku (ślady archeologiczne znane od VI w.). Nie licząc północno-wschodniej Polski, gdzie zamieszkiwały kultury identyfikowane z Prusami. Nowi mieszkańcy w całości nie wymieniali ludności wcześniejszej. Widać zmiany kultury ale sądząc po genach duży odsetek pierwotnej ludności zawsze zostawał. I trwał.

Czyli przez ostatnie około tysiąc lat było już całkowicie swojsko? Słowiańsko-polsko? Nic z tych rzeczy. Cały czas docierali do nas nowi migranci, czasem pokojowo, czasem w formie najazdów. Dotarli Żydzi, Cyganie (ci ostatni aż z Indii) i wielu osadników z każdego krańca Europy. My także nie siedzieliśmy w miejscu. Ślady te można zobaczyć w genach, cechach fizycznych jak i genealogii.

Można powiedzieć, że jestem 100% przykładem obywatela Rzeczypospolitej, po ojcu z Korony, po manie z Litwy. Płynie we mnie więc krew mazowiecka (polska), litewska, tatarska, białoruska (tak w uproszczeniu - jakbym bardziej poszperał to sie jeszcze więcej znajdzie)). Biologia i archeologia jednoznacznie dowodzi, że wszyscy w Polsce jesteśmy imigrantami. To cecha typowa dla gatunku Homo sapiens, niezwykle ruchliwego i wędrownego. Każda kultura, w tym i "polskość", powstawała na skutek mieszania się różnych fragmentów kulturowych, zapożyczeń, integracji. Ta różnorodność jest bogactwem. Zmienia się kultura, zmienia się język jak i poczucie tożsamości. Współczesna polskość to… wytwór w zasadzie dziewiętnastowieczny. Odwołujemy się co prawda w historii do Piastów i Jagiellonów ale to tylko malutki fragment naszej wielokulturowej tożsamości.

Warto znać swoją historię. Dogłębnie a nie po łebkach w stadionowym wydaniu. Wtedy można lepiej rozumieć nie tylko świat, ale i własną tożsamość i własną kulturę.

Do elementów biologicznych, archeologiczny i historycznych dorzuce jeszcze jeden wazny dla mnie aspekt. Jestem katolikiem i mocno przemawiają do mnie słowa papieża Franciszka: „Powiedziałem też zdanie, które dzieci migrantów nosiły potem na koszulkach: "Nie jestem niebezpieczny, jestem w niebezpieczeństwie". Nasza teologia jest teologią uchodźców. Wszyscy bowiem nimi jesteśmy, od chwili powołania Abrahama poprzez wszystkie migracje ludu Izraela. Sam Jezus był uchodźcą, imigrantem. Poza tym egzystencjalnie, poprzez wiarę, jesteśmy migrantami. Godność ludzka niesie ze sobą konieczne wezwanie do "bycia w drodze". Gdy mężczyzna lub kobieta nie jest "w drodze", jest mumią. Muzealnym eksponatem. Ktoś taki nie jest żywą osobą. Chodzi nie tylko o to, by być w drodze, lecz by także iść drogą. Drogą się podąża. W pewnym hiszpańskim wierszu czytamy: "Podążamy drogą, idąc". A iść to komunikować się z innymi. Idąc, spotykamy innych. Podążanie drogą leży być może u podstaw kultury spotkania. (...) Mówię to, ponieważ nie należy odpychać osób, które są w drodze. Byłoby to bowiem odpychanie od siebie komunikacji.”

 

Czytak także:

IMG_20180209_172424

Powstawanie gatunków na drodze krzyżówek międzygatunkowych – wyłom w darwiniźmie?

sczachor

porostyInformacja o powstaniu nowego gatunku zięb Darwina na archipelagu Galapagos, opublikowana przez małżeństwo Grantów i współpracowników, wywoła duże zainteresowanie i swoistą sensację w wielu mediach. Oto zaobserwowano bardzo szybkie powstanie nowego gatunku (w ciągu dwóch pokoleń tych ptaków) w wyniku krzyżówki międzygatunkowej. Szybkość i sposób nie mieści się w klasycznym modelu darwinowskiej ewolucji. Cóż to oznacza?

W podręcznikach do biologii ewolucję darwinowską opisuje się jako proces powolny, pojawiania się drobnych zmian genetycznych (np. mutacji), które w wyniki doboru naturalnego prowadzą do powstania nowego gatunku. Czasem w formie rozchodzenia się (dywergencji) gatunków podobnych. A więc powolny proces i prowadzący do dywergencji, rozdzielania się nowych gatunków. A tu zupełnie inaczej: nowy gatunek w wyniki połączenia (mieszaniec międzygatunkowy).

W udokumentowanym przez Grantów przypadku jeden samiec obcego gatunku przyleciał na jedną z wysp i skrzyżował się z samicą innego gatunku. I tak powstała populacja, która jest osobnym gatunkiem. Podobnych danych od wielu lat jest dużo więcej. Dlaczego więc dopiero teraz wywołują sensację? Być może dopiero teraz dojrzewamy do zmiany paradygmatu.

Ale najpierw kilka wyjaśnień. Teoria Darwina dotyczy powstawania gatunków drogą doboru naturalnego. I w tym sensie wymieniony wyżej przykład niczego nie obala. Prawo doboru naturalnego jak najbardziej jest w mocy i nie zostało podważone. Co więc zostało podważone lub co nowego wnoszą takie obserwacje? Nowość dotyczy źródła zmienności, która dalej poddawana jest doborowi naturalnemu. Do tej pory w teorii ewolucji podawane były przykłady zmienności, powstającej w wyniki mutacji w obrębie osobnika (gatunku). Krzyżówki międzygatunkowe wskazują na jeszcze jedną przyczynę zmienności: hybrydyzację międzygatunkową. Nie dwa (gatunki potomne) z jednego ale jeden z dwóch. Dotyczyć to może gatunków spokrewnionych, gdy w szczególnych przypadkach przełamana zostaje bariera rozrodcza.

Od wielu lat dowodów na takim proces jest wiele. Na przykład nasze żubry powstały jako krzyżówka międzygatunkowa. Badania genetyczne wykazały, że współczesny Homo sapiens ma w sobie część genów po Neandertalczyku i Homo erectus. Musiało więc dochodzić w przeszłości do krzyżówek międzygatunkowych. Przy okazji kolejny raz podważany jest dogmat biologii, że gatunki nie krzyżują się, a jeśli już to nie wydają płodnego potomstwa (przykładem był muł). Przypomnę, że możliwości mieszania się gatunków jest znacznie więcej i znamy to od dawna, tylko nie zostały te fakty włączone do spójnej teorii. Teraz być może nastąpi zmiana paradygmatu. Nie będzie to jednak obalenie darwinizmu a jedynie rozszerzenie, dopełnienie tej teorii.

Od lat znamy na przykład hybrydyzację u żab zielonych czy tworzenie się poliploidów u ryb oraz u roślin. Na koniec nawiążę do załączonej wyżej ilustracji - porostów. Porost to organizm, powstały po integracji dwóch zupełnie odmiennych gatunków: grzyba i glonu. A więc gatunków wcale nie blisko spokrewnionych. W wyniku powolnego procesu powstał zupełnie nowy poziom organizacji, nowy gatunek i samodzielny byt biologiczny. Nie klasyczne ”rozdzielanie" a sumowanie i powiększanie. Nie podważa to teorii doboru naturalnego lecz wskazuje na jeszcze inny mechanizm powstawania różnorodności (która też podlega selekcji naturalnej). W drzewach filogenetycznych trzeba będzie wprowadzić zmiany: już nie tylko rozgałęzianie się linii rozwojowych (tak jak gałęzie i konary w drzewie ), ale i zrastanie się w jedno różnych takich linii. No cóż, czasem i na prawdziwym drzewie dochodzi do zrośnięcia się gałęzi…

Takie zjawiska widzimy od dawna… ale ich nie dostrzegamy. Do tego ostatniego potrzeba nowa teoria, nowy paradygmat.

Czy mózg społeczny dalej ewoluuje? Rzecz o znajomych z portali społecznościowych.

sczachor

Znajomi_na_facebookuDo działania sprowokowały mnie dwie informacje z dwóch różnych książek. A może nawet kilku. W każdym razie skłoniły mnie nie tylko do rozważań, jak wpływają współczesne nowe media na funkcjonowanie mózgu (co w nim zmieniają?), ale i do szybkiego eksperymentu.

A zaczęło się od tego, iż naukowcy już dawno zauważali pewien paradoks. Przez lata uważaliśmy powiększający się mózg za skorelowany z rosnącą inteligencją. Uważaliśmy, że większy mózg to większa inteligencja (dlatego jeszcze kilkadziesiąt lat temu uważaliśmy, że mężczyźni są inteligentniejsi od kobiet bo mają większe mózgu, średnio-statystycznie - teraz wiemy, że to nie jest prawda), zatem w ewolucji powiększający się mózg hominidów (człowiekowatych) świadczył o selekcji na coraz większą inteligencję. Mądrzejsi i inteligentniejsi wygrywali z mniej inteligentnymi. Wydawało się proste i oczywiste...

Wielkość mózgu łatwo można sprawdzić po skamieniałych czaszkach naszych przodków. Ale jak zmierzyć inteligencję? Szukano dowodów pośrednich, na przykład takich jak sztuka czy narzędzia. I to pojawił się problem. Narzędzia kamienne wytwarzali już nasi przodkowie, najpewniej nawet australopiteki, na pewno Homo habilis i Homo erectus. Na przestrzeni dziejów widać jak narzędzia stawały się coraz bardziej złożone. Możliwe, że były jeszcze inne wytwory i narzędzia, ale te wykonane z części organicznych się nie zachowały. Przynajmniej te najdawniejsze. Pozostaje więc tylko analiza kamieni łupanych. I tu rzecz zaskakująca. Przez ponad milion lat pięściaki były identyczne, o takim samym poziomie złożoności… gdy w tym czasie mózg szybko rósł. Jak wytłumaczyć ten paradoks? Mózg ewolucyjnie rósł a nie było widać przyrostu inteligencji?

Dobór naturalny nie działa tak, że cecha może się przydać dopiero za ileś tam pokoleń. Przydatna musi być tu i teraz i musi zwiększać przeżycie. Jedną z ciekawszych koncepcji jest hipoteza polskich uczonych (Konrad Fijałkowski, Tadeusz Bielecki – o książce Homo przypadkiem sapiens napiszę niebawem). Duży mózg był preadaptacją, rozwijał się jako zabezpieczenie przed udarem cieplnym u gatunku polującego „na zmęczenie” zwierzyny (polowanie na zagonienie). Selekcja naturalna na coraz większy mózg dotyczyła więc innej adaptacji, a wynikła z tego inteligencja pojawiła się niejako przypadkiem.

Drugą ciekawą interpretację zaproponował Robin Dunbar w postaci teorii mózgu społecznego. Otóż uczony ten twierdził (i poparł to badaniami oraz licznymi sensownymi argumentami), że ewolucyjny wzrost mózgu u przodków człowieka i rodzaju Homo związany był z życiem społecznym i utrzymywaniem kontaktów w grupie. Większy mózg to możliwość nawiązania liczniejszych relacji i kontaktu, a tym samym umożliwienie funkcjonowania większej grupie. Liczniejsza horda to lepsza obrona przed drapieżnikami i łatwiejsze zdobywanie pokarmu. Dunbar w kilku książkach przedstawił różnorodne dowody na kształtowanie się społecznego mózgu. Wskazał, że nasze społeczne umiejętności ukształtowały się dziesiątki tysięcy lat temu, w grupach do 150 osobników. Tyle znajomych "pomieści” nasz mózg. Także i teraz, w wielu XXI.

W „Potędze mózgu” (czytaj więcej ). Znalazłem takie zdanie „większość kont użytkowników Facebooka zawiera listę znajomych liczącą 100-250 osób, jak niedawno wykazały badania przeprowadzone na grupie 1 miliona osób.” Dalej autor pisze, że regularni użytkownicy Facebooka nie posiadali większych sieci społecznych niż przypadkowi użytkownicy Facebooka. „Dwa inne badania przeprowadzone online, w ramach których analizowano wiadomości wymieniane za pomącą e-maili oraz Twittera, także wykazały, że typowo grupy osiągały rozmiary od 100 do 250 osobników.” Dunbar tłumaczy to tym, że mózg ukształtowany został tysiące lat temu w innych warunkach i teraz nie ma dodatkowych mocy przerobowych do obsłużenia większej liczby kontaktów  (”ograniczona przestrzeń w naszych umysłach przeznaczona na przyjaciół”).

Niemniej czytając o ewolucji mózgu społecznego nasunęła mi się na myśl, że w zasadzie portale społecznościowe są tak popularne bo dobrze zaspokajają nasze odwieczne potrzeby kontaktu społecznego, nawet na odległość i czasem tylko w myśli. Tak było już dawniej, a teraz mamy dodatkowe narzędzia.

I tu pojawił się drugi impuls. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” („Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha ). Skoro telefon z fotografiami i kontaktami jest swoistą „protezą pamięci”, to czy smartfonowo-komputerowa pamięć zewnętrzna (pozamózgowa) nie zmienia i nie rozszerza naszych możliwości w kontaktowaniu się i tworzeniu większych niż kiedyś sieci społecznych? Już nie tylko za pomocą neuronów w mózgu ale z wykorzystaniem „neuronów” sztucznych i pozamózgowych?

Po pierwsze chciałem sprawdzić czy spostrzeżenie Dunbara o 100-250 znajomych na Facebooku znajduje potwierdzenie. Nauka ma to do siebie, że wszystko można sprawdzić (jest weryfikowalne). Można zweryfikować własnym eksperymentem lub w publikacjach (czyli to, co zrobili inni). Jeśli eksperyment jest złożony, to szybciej dotrzemy do publikacji innych (np. istnienie Ameryki szybciej sprawdzimy wyszukując publikacje i zdjęcia niż samodzielną podróżą.)

Nie mam na razie szansy na eksperyment na próbie miliona użytkowników. Ale zapytałem znajomych w grupie Facebookowej Superbelfrzy (153 członków, w tym 17 moich wirtulanych znajomych). W ciągu kilku dni odpowiedziało blisko 50 osób, a więc jedna trzecia. Jedna z osób pomogła mi i założyła ankietę na googlu (mogłem się więc czegoś przy okazji nauczyć). Odpowiedziały także osoby, których nie znam ani z widzenia, ani najpewniej nie zauważyłem w tej grupie. Zupełnie nieznajomi. A mimo to możemy wspołdziałać i współpracować. Współpracować tak jak znajomi w grupie społecznej czy zawodowej. 

Pierwsza ważna uwaga. Próba jest mała i nie wiem czy można uznać za reprezentatywną. W każdym razie znacznie mniej niż 1 milion. Zatem do uzyskanych wyników podchodzę bardzo ostrożnie. Chcę tylko pokazać, że można samemu sprawdzać, eksperymentować, analizować (w tym sensie każdy od zaraz może być naukowcem). Wtedy pojawia się pole do dyskusji i lepszego rozumienia danego zagadnienia. Po takim eksperymentowaniu chętniej szuka się dodatkowej literatury i publikacji.

W rupie 48 Superbelfrów sytuacja okazała się złożona (zobacz górny wykres kołowy) i niezbyt podobna do opisywanej przez Dunbara. Na pewno osoby w tej grupie miały znacznie więcej znajomych na Facebooku. W przedziale 100-250 zaledwie 6 osób (na 48). W przedziale 250-400 znajomych było 10 osób, a na przykład w przedziale powyżej 500 – aż 17 osób. Inną kwestią jest to, co oznacza „znajomy” na Facebooku. Łatwo zauważyć różne style i różne podejście: jedni ograniczają inni są bardziej otwarci i zależy im na dużej licznie znajomych. Po prostu portale społecznościowe pełnią różną funkcję, nie tylko towarzyską ale i medialno-upowszechnieniową, są swoistą grupą kontaktu, także zawodowego. Nauczyciele mają grupy z uczniami, istnieją także grupy typowo zawodowo-biznesowe. Media społecznościowe tworzą nową rzeczywistość i wymykają się dawnym schematom. Różne cele, różne style. Ale na pewno jest to komunikacja jakiej nie doświadczali nasi przodkowie (w skali i sposobie). Nasza osobista, mózgowa, pamięć wspomagana jest pamięcią komputera i smarfronu. Tak, jak dla ludzi z amnezją smarfony są protezą uszkodzonego mózgu, tak dla ludzi „normalnych”… są wzmocnieniem funkcji społecznych. Dlatego możemy tworzyć znacznie szersze sieci społeczne. Podobnie tak jak pięściak, włócznia czy łuk znacznie wydłużyły ramię Homo sapiens. Mógł dotrzeć z uderzeniem tam, gdzie jego krótkie ramię nie sięgało.

Zastanawiało mnie także to, w ilu grupach funkcjonują ankietowani Superbelrzy. Tu również było duże zróżnicowanie, od kilku grup, przez kilkanaście do powyżej 20 (dolny wykres kołowy). Liczebność w grupach (udało się przeanalizować 111 grup): najwięcej było grup małych (do 50 osób) oraz bardzo dużych, powyżej 500 osób. Tu chyba wyraźnie widać różne funkcje i cele. W małych grupach wszyscy się znają, w dużej mierze także w realu, duże to bardziej media społecznościowe, swoiste „gazety tematyczne” niż grupy społeczne sensu stricte.

Zaciekawiony tymi rezultatami poszukałem w sieci innych opracowań o zbliżonej tematyce. I tak przy okazji dotarłem do innych jeszcze badań Dunbara i jego zespołu. Ale to już opowieść na inną okazję.

 liczebnoc_w_grupie

Potęga mózgu… i plotkowania w czasach Facebooka

sczachor

27657443_10213882420928041_685146990205505375_nEwolucja człowieka i naszego mózgu intryguje od lat. Mimo wielu badań i wielu nowych faktów ciągle zostaje sporo niewiadomego. „Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” trojga autorów” Clive Gamble, John Gowlett, Robin Dunbar, wydana w Krakowie w 2017 roku, jest popularyzatorskim pokłosiem dużego projektu badawczego (psychologia, socjologia i archeologia). Przedstawia dokładnie teorię (hipotezę) mózgu społecznego, mówiącą, że to życie towarzyskie (w tym plotki) odpowiedzialne było za ewolucyjny wzrost mózgu. Jedna, zintegrowana opowieść o ewolucji człowieka. Wszystkiego nie ma (wielu innych, konkurencyjnych hipotez-opowieści nie zawarto), ale jest bardzo dużo aktualnych informacji i spójnej wiedzy. Jest to zajmująca opowieść o tym, „jak w toku ewolucji nasze mózgi społeczne wytworzyły zdolność myślenia globalnego”. Główna teza: „odwieczny związek między naszymi mózgami (...) a wielkością, podstawowych jednostek społecznych, w jakich żyjemy”. Mózg społeczny umożliwia tworzenie i utrzymanie relacji z większą liczbą współplemieńców. Liczba Dunbara wynosi 150 osób. Te zależności ukształtowały się wiele tysięcy lat temu. A teraz istniejemy w znacznie większych społecznościach. I jak sobie radzimy?

Autorzy bardzo dokładne przedstawiają różnorodne dowody. Czasem jest zbyt dużo powtórzeń w kolejnych rozdziałach (ale dla osób po raz pierwszych wkraczających w te tematykę i tę hipotezę społecznego mózgu to dobry zabieg). Komentują wiarygodność swoich dowodów i przedstawiają historię badań nad ewolucją człowieka i jego rosnącego mózgu.

Nawet w dużej aglomeracji, jak twierdza autorzy, „świat (…) osób, które faktycznie znamy – składa się zazwyczaj z niewielkiej liczby około 150 osób.” To górna granica liczby ludzi, z którymi możemy utrzymywać relacje. Tak przynajmniej było przez kilkadziesiąt tysięcy lat. W toku ewolucji u hominidów mózg pozwalał na coraz większą liczbę relacji i kontaktów, co skutkowało coraz większymi grupami, a to ułatwiało zarówno obronę przed drapieżnikami jak i zdobywanie pożywienia. W przeszłości rozrastał się mózg, a w zasadzie jedna jego cześć. A czy teraz, gdy dysponujemy pismem i elektroniką, swoistą pamięcią zewnętrzną, funkcjonalnie nie utrzymujemy szerszych kontaktów i relacji? Jeśli tak, to ewolucja kulturowa byłaby przedłużeniem ewolucji biologicznej. Już nie rozrasta nam się mózg a przybywa pamięci zewnętrznej. Na przykład w postaci smarfonu.

Autorzy piszą, że „liczba twarzy, jakie potrafimy zidentyfikować, wynosi maksymalnie 1500-2000” a przecież to wziąć dużo mniej niż liczba mieszkańców, naszej miejscowości. Od kilku lat ponad połowa ludzkości mieszka w miastach a nie małych wioskach. Narzekamy na Facebooka i smartfony, ale one w rzeczywistości zaspokajają naszą odwieczną potrzebę kontaktów międzyludzkich. Może to dobry sposób na utrzymanie więzi w globalnym świecie? Tego oczywiście nie ma w książce, ale na podstawie lektury takie rodzą się pytania.

„Świat społeczny zdominowany jest przez przyjaciół i znajomych z pracy”. A ja bym dodał, że także w coraz większym stopniu przez „znajomych” z Facebooka. Internet nie tyle pozwala nam zawierać nowe znajomości co przede wszystkim podtrzymywać kontakty zawarte w realu. Wiele grup Facebookowych dobrze funkcjonuje dlatego, że od czasu do czasu ich członkowie spotykają się w bliskim kontakcie.

„Potęga mózgu. Jak ewolucja życia społecznego kształtowała ludzki umysł” to fascynująca lektura i dobra opowieść. Nie wymaga specjalistycznego, wcześniejszego przygotowania. Każdy może przeczytać i zrozumieć. „Liczba 150 wyznacza granice naszej zdolności poznawczej do pamiętania, przywoływania i reagowania w sposób uporządkowany i społecznie produktywny.” Tak. Tak na pewno było, gdy jedyną pamięcią był nasz mózg. Ale w czasach, gdy zaczęliśmy zapisywać na papierze a potem na dyskach komputerów, serwerów i telefonów, nasza pamięć dostała znakomite rozszerzenie i wzmocnienia. To, co się nie zmieści w neuronach, zmieści się w „krzemie”. Być może współcześnie, gdy jesteśmy narażeni na zalew informacji i kontaktów (mnóstwo ludzkich twarzy), to szczególnego znaczenia nabiera wybiórczość i… korzystanie z pamięci zewnętrznej. Na przykład w smartfomie. Tak jak jest z pamięcią krótkotrwałą i pamięcią długotrwałą. Nie można i nie warto wszystkiego pamiętać. Ale trzeba mieć dostęp do tego, co potencjalnie się przyda.

Opowieść o ewolucji hominidów, pięściakach, narzędziach, kulturze i archeologii. Dobrze się czyta. Nasza rozszerzona komunikacja zaczęłą się od iskania. Potem był śmiech, pieśni az powstał język. A jego pierwszą funkcją było… plotkowanie i w ten sposób utrzymywanie więzi. „Średnio spędzamy dwie godziny dziennie na interakcjach socjalnych” (pomijając te zawodowe). Skoro we współczesnym świecie bardzo dużo czasy spędzamy w pracy (albo szkole)… to może dlatego Facebook jest takim wentylem, umożliwiającym utrzymywanie więzi społecznych (przekraczając czas i odległość)?

Język i Facebook to przede wszystkim budowanie więzi. Autorzy „Potęgi mózgu” piszą, że większość kont użytkowników na Facebooku posiada 100-250 znajomych a przeciętne grupy liczą 100-200 osób. Zaciekawiło mnie to. Warto to sprawdzić.

„Facebook czy Twitter, opierają swój sukces na ludzkim pragnieniu utrzymywania kontaktów społecznych.” Może więc nie są takie złe? Może warto je „oswoić” i dobrze wykorzystać w życiu codziennym jak i … szkole.

Jeszcze jeden ciekawy wątek. Świat cyfrowy ponad 7 miliardów ludzi, w dużym stopniu pozostających w relacjach w skali nigdy wcześniej nieznanej ludzkości, tworzy zupełnie nowe zjawiska. Może dopiero w tej skali mocniej uwidacznia się konektywizm (naszej wiedzy, tworzonej w relacjach, w sieci i w formie rozproszonej). Na przykład w 1950 roku liczba słów w języku angielskim wynosiła około pół miliona. W roku 2000 Google wskazuje, że jest już ich jeden miliom (przybywało średnio 8 tysięcy słów rocznie). Giną języki, ale i powstają nowe słowa. Ciekawe ile słów jest współcześnie w języku polskim. I czy ich przybywa. Podkreślić trzeba, że ten milion słów istnieje jedynie w sieci powiązań. Przecież pojedynczy człowiek nie zna tylu. Regularnie wykorzystuje i rozumie zaledwie do 60 tysięcy. Zatem globalna wiedza rozproszona umiejscowiona jest w sieci. Kiedyś była to sieć komunikujących się ludzi i ich wspólna pamięć. Teraz jest podobnie, tyle tylko, że tworzymy znacznie liczniejsze grupy…. Mimo, że nasz mózg się nie powiększył. Bo moim zdaniem ewolucję biologiczną zastąpiła ewolucja kulturowa i wytworzenie „pamięci zewnętrznej” . Na przykład w zwykłym telefonie.

Komputery, które umożliwiły lot ludzi na Księżyc miały mniejszą moc obliczeniową niż nasze telefony komórkowe. Ale w pewnym sensie te smarfony także zabierają nas w podróż zupełnie niebywałą. Podróż do noosfery (postulowanej przez Teilharda de Chardin).

Czytaj także:

Eksperyment – o historii nauki na przykładzie mózgu

sczachor

26904637_10213758477349529_6946229260562871822_nStulecie badań nad ludzkim mózgiem. Ale w rzeczywistości coś znacznie więcej. Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się (rozważać) wystarczająco długo, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Bo świat jest całością wielu elementów ze sobą powiązanych różnymi relacjami.

„Eksperyment. Opowieść o mrocznej godzinie w dziejach medycyny” Luka Dittricha to książka niezwykła (wydana w Krakowie w wydawnictwie Znak), wielowątkowa i wielowymiarowa, jakkolwiek poświęcona jest jedynie jednej osobie, jednemu początkowo niezamierzonemu eksperymentowi. Ale autor umiał zbudować znakomitą opowieść, niczym detektywistyczny kryminał. Z licznymi wątkami osobistymi, co zwiększa emocjonalny odbiór tej wypowiedzi. Umie trzymać w napięciu i ciągle do akcji wprowadzać dodatkowe elementy. Dlatego poznajemy nie tylko kilkadziesiąt lat badań nad ludzkim mózgiem. Książka skłoniła mnie do licznych refleksji i skojarzeń.

Lektura jest trudna (emocjonalnie), czasem wstrząsająca, ale gorąco polecam, zarówno czynnym naukowcom (dowolnej specjalności) jak i zwykłym czytaczom, poszukujących niebanalnych doznań czytelniczych. Jest napisana przez dziennikarza a nie naukowca, stąd więcej ciekawie prowadzonych opowieści niż uporządkowanej podręcznikowo wiedzy akademickiej.

Bardzo dobra książka. Trochę wstrząsająca, bo pokazująca także brzydszą stronę nauki i naukowców. Ale pokazuje również postęp w badaniach, etyce i metodologii. Pokazuje dojrzewanie metody naukowej (jeśli oczywiście ktoś zwróci na to uwagę). A wszystko wokół mózgu.

Kwintesencję znajdziemy na końcu (jak w dobrym kryminale): „niektóre historie są takie, że im dłużej się im przyglądać, tym szersza staje się perspektywa i zaczynają obejmować coraz więcej części świata.” Luke Dittrich opowiada o medycynie, o nauce, o naturze ludzkiej, o własnej rodzinie. Przeczytałem w kontekście innych, niedawnych lektur o ewolucji Homo sapiens, ewolucji mózgu, kulturze i języku. Być może dlatego dostrzegałem inne fragmenty w tej wielowątkowej opowieści. Zaskoczyła mnie długa historia potyczek nauki z myśleniem magicznym. Wydawało mi się, że myślenie racjonalne i nowożytna nauka eksperymentalna zaczęła się w Renesansie, gdy uczeni odeszli od ksiąg by sprawdzić doświadczalnie w terenie przeróżne fakty i hipotezy. Nie byli pierwsi. Zaskoczył mnie wątek z Hipokratesem (przecież to starożytność!). Ten grecki lekarz zasłynął tym, że „w medycynie nie ma miejsca dla bogów”. Hipokrates „odrzucił magię, spirytualizm i religię, na których opierała się większość jego poprzedników [w odniesieniu do diagnozowania i leczenia chorób, co znakomicie koresponduje z epilepsją, jednym z głównych wątków tej książki]. Zamiast tego usiłował zlokalizować źródła ludzkich dolegliwości w naszym fizycznym otoczeniu i w samym ciele.” Już 2,5 tysiąca lat temu Hipokrates skrytykował „magów, oczyścicieli, żebrzących kapłanów i szarlatanów”, którzy pod pozorami boskości ukrywają swą własną niewiedzę o tym, jaką należy stosować terapię. A jeszcze wcześniej, w starożytnym Egipcie, 3600 lat temu w papirusach o tematyce medycznej, znaleźć można porady dla lekarzy, oparte na doświadczeniu (inne znane papirusy egipskiej medycyny ograniczały swoje zalecenia do zaklęć i dziwnych mikstur). Zatem już wtedy powstawała nowoczesna medycyna, jaką znamy obecnie, oparta na empirii.

Gdzieś w tle widzimy jak zmieniał się nasz stosunek do ludzi chorych, zwłaszcza umysłowo chorych, jak rodziły się etyczne zasady prowadzenia badań naukowych. Współczesne standardy nie istniały od zawsze, okupione zostały wieloma cierpieniami. Zmieniał się i zmienia stosunek do zwierząt, używanych w eksperymentach. Można powiedzieć, że jako ludzkość dojrzewaliśmy i dojrzewamy. W medycynie od zawsze ścierały się dwa podejścia „po pierwsze nie szkodzić” i „lepiej zrobić coś niż nic.” I jest to znakomity punkt wyjścia dla różnorodnych rozmyślań, nie tylko medycznych.

Zaskakujące może być stwierdzenie, że „w pewnych okolicznościach człowiek, mając mniej mózgu, może rozumować jaśniej i wydajniej.” Tym łatwiej możemy zrozumieć fakt, że w porównaniu do naszych przodków z paleolitu mamy mniejsze mózgi…

W medycynie przez wiele dziesiątków lat „umarli uczyli żywych” oraz „upośledzeni oświecali nieupośledzonych”. Teraz dzięki nowoczesnej aparaturze możemy badać mózg przyżyciowo i (chyba) bez szkody dla badanych. A i tak mózg ludzki dla nas jest nieustającą zagadką. Tym samym kultura.

Jak bardzo zmienia się nasza etyka widzimy na przykładach dawnych, naszych ludzkich przekonań. W latach 40. XX wieku prezes Amerykańskiego Towarzystwa Neurologicznego twierdził, że „ludzi, którzy cierpią na niedorozwój umysłowy, powinno się zabijać” (eutanazja „kompletnie, beznadziejnie niedorozwiniętych; pomyłek natury”). To klimat epoki i wielu innych poglądów, jakie wtedy w naszych społeczeństwach funkcjonowały. Dzięki lekturze Eksperymentu łatwo dostrzec jak się zmieniamy jako społeczeństwo.

Jak to się stało, że w obozach koncentracyjnych zbrodniczych eksperymentów dokonywali wykształceni lekarze a nawet wybitni naukowcy? Przyczyną jest cale społeczeństwo jako takie. Bo to „zasady przewodnie obowiązujące w państwie nazistowskim spowodowały moralne upodlenie narodu niemieckiego, a to moralne upodlenie doprowadziło do fizycznego upodlenia innych istot ludzkich”. Zbrodnie nazistowskich lekarzy „były nieuniknioną konsekwencją złowieszczych doktryn, za którymi się opowiedzieli.” Niech będzie to dla nas przestrogą na teraz i w przyszłości. Im dłużej będziemy wpatrywali się w przeszłość, tym łatwiej zrozumiemy zagrożenia teraźniejszości.

Miejscami mroczność Eksperymentu wynika z faktu, że dostrzegamy samych siebie. Tego, jak patrzymy na innych ludzi, chorych, imigrantów, obcych…

Być może jednym ze źródeł antynaukowych ruchów (takich jak ruch antyszczepionkowych) jest utrata zaufania, które pojawiło się w wyniku wcześniejszych procedur i eksperymentów.

Mnie najbardziej zaintrygował wątek rozwoju nauki i samej metodologii. Na czym polega nauka? „Każde kolejne pokolenie bierze szkice stworzone przez ludzi, którzy byli przed nim, i poprawia je, czasem wprowadzając niewielkie ulepszenia, dodając przecinki lub opuszczając zdania, a czasami dokonując bardziej drastycznych zmian, usuwając całe rozdziały albo pisząc zupełnie nowe. Wszyscy oni są redaktorami i wszyscy, a przynajmniej co najlepsi, muszą z pasją podchodzić do zmiany cudzego szkicu, jeśli w ogóle mają doprowadzić do jakiegoś postępu.” Nauka ma nie tylko kumulatywny charakter, ale tak jak mózg musi zapominać, by normalnie funkcjonować. Tak, nawet uczenie się polega także na zapominaniu. Czasem zdarzają się rewolucje naukowe (zmiana paradygmatu). I nauka ma zawsze charakter zespołowy. To, co w najnowszych trendach filozofii nauki nazywa się konektywizmem. Jak w mózgu. Zatem nauka jest jak mózg. Próbując zrozumieć funkcjonowanie naszego mózgu zrozumiemy funkcjonowanie całego świata. W tym, na przykład nauki.

Dopatrzyłem się także elementów trzeciej rewolucji technologicznej, np. „Dla osoby cierpiącej obecnie na amnezję smartfon może się jednak stać nie tyle uzupełnieniem, ile substytutem, protezą hipokampu.” A dla nas rozszerzeniem mózgu, pamięcią zewnętrzną. Z całą pewnością zmienia to nie tylko funkcjonowania naszego osobistego mózgu ale i całej ludzkości.

Prawie 500 stron… ale warto przeczytać. To wciągająca lektura, czasem wstrząsająca. Na pewno pouczająca.

Ps. W czytanej książce zauważyłem dwa, irytujące mnie błędy w pisowni nazwy gatunkowej człowieka (Homo sapiens). Na stronach 108 i 289 pojawia się "homo sapiens". Czytałem egzemplarz „przed ostatnią korektą”. Mam więc nadzieję, że korekta te błędy wyłapała. Czytelniku, możesz zabawić się w naukowaca i samemu sprawdzić w swojej ksiązce.  Jeśli te błedy zostały… to świadczą o stanie wiedzy przyrodniczej wśród „humanistów” (tłumaczy, literaturoznawców, korektorów itd.). Jeśli te błędy nie zostały usunięte w tak dobrym wydawnictwie, to znaczy, że trzeba głośniej bić na alarm. Wszak dotyczy to człowieka .

© profesorskie gadanie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci